Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 72 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 30 Lis 2016 23:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
Kolejnego dnia czekały nas jeszcze dwa rejsy - poranny (o 6.00 rano :/ ) i popołudniowy (o 16.00). Miejscowi mówią, że każdej porze dnia rzeka Kinabatangan inaczej wygląda i ma zupełnie inny klimat. Fakt, podczas porannego rejsu miała klimat wyjątkowy - cały czas padało :/ (no tak, jeszcze za mało wilgoci :D Nie zraziło nas to jednak zupełnie (naprawdę, nie da się być "bardziej mokrym" :D Zwierzęta się wprawdzie pochowały (z wyjątkiem pewnej czapli, która stała bardzo dostojnie i zupełnie bez ruchu za każdym zakrętem rzeki. Mamy nawet podejrzenia, że była to jedna i ta sama czapla - możliwe, że pełniła "dyżur zwierzęcy", żeby jednak wycieczkowicze nie czuli się za bardzo zawiedzeni :D - natomiast sam klimat Kinabatangan w deszczu i mgle był rzeczywiście niesamowity.
Po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy na dzienny trekking po dżungli - oczywiście z przewodnikiem i rangerem. Celem było jezioro, powstałe z zarośniętej odnogi rzeki.

Image
Tu chowają się dusze. Podobno dla miejscowych to święte drzewo. Święte do tego stopnia, że gdy wycinano dżunglę pod uprawy palm kokosowych, takie drzewa się zostawiało i do dziś można je spotkać rosnące między równymi rządkami plantacji.

Image
Dżungla w nocy i dżungla w dzień, to dwa różne miejsca. Wbrew pozorom w nocy widać więcej zwierząt - być może dlatego, że człowiek skupia się na wyszukiwaniu oczu odbijających się od wąskiego pasma latarki. W dzień dużo bardziej przyciąga wzrok wybujała zieleń. I zieleń...i zieleń... Natomiast jedna rzecz pozostaje identyczna, niezależnie od godziny. Wilgoć...

Image
Niestety, jedyny dowód na to, że gdzieś w dżungli znajdują się słonie karłowate. I stosunkowo niedawno przechodziło tędy całe stado (Fakty mówiły za siebie - dowód był ...hmmm...dosyć świeży :D trudno się było pomylić :D Przy okazji dowiedzieliśmy się co nieco o zwyczajach słoni karłowatych. Podobno co jakiś czas przechodzą przez ośrodek, w którym mieszkaliśmy (tu aż westchnęłam z podniecenia :D. Jednak równie szybko emocje mi opadły, gdyż przewodnik dodał, że wtedy cały ośrodek jest zamykany na parę dni, a turyści wywalani do czasu, aż stado raczy przejść dalej. Te środki ostrożności podejmuje się dla bezpieczeństwa słoni. Rozsądnie, chociaż trzeba przyznać, że słonie karłowate też jakoś szczególnie pokojowo do ludzi, którzy pałętają się po ich terenie, nastawione nie są. A że za "swój teren" uważają całą dżunglę (też rozsądnie. To mogę stwierdzić z całkowitą pewnością - dżungla nie jest miejscem człowieka), zdarzały się niemiłe przypadki. Chyba najgłośniejszy był tragiczny wypadek pewnej kobiety, która tak bardzo chciała zobaczyć słonie w naturalnym środowisku (...naprawdę ją rozumiem...:( , że, nie zwracając uwagi na ostrzeżenia przewodników, w tajemnicy i samotnie weszła do dżungli nad Kinabatangan. Znalazła całe, żerujące stado. Niestety, jej obecność tak zdenerwowała słonie, że po prostu ją zadeptały. Natomiast jej włączona kamera pracowała do samego końca....

Image
Każdy krok w takiej gęstwinie kosztuje i jest walką. O oddech, o to, by nie ulec słabości i jednak nie usiąść na przyjaźnie wyglądającym konarze (niestety, tu jak w życiu, a może nawet bardziej, trzeba uważać, żeby nie polegać tylko na wyglądzie :D Tu trzeba mieć po prostu olbrzymią wiedzę - i taka wiedzę posiadał nasz przewodnik. Więc powoli, krok za krokiem, uważając na to, żeby stawiać nogi dokładnie tam gdzie on, parliśmy (bardziej adekwatne byłoby : pełzliśmy :D do przodu.

Image
I wreszcie jezioro, które było kiedyś częścią rzeki. Ukryte w środku dżungli, miejsce spotkań grup turystów z różnych ośrodków.

Image
A na środku taka oto turystyczna atrakcja. Ten mostek nie jest złamany - jest ruchomy. Żeby dojść do usadowionej na pływakach platformy, trzeba było zamoczyć się prawie do pasa. Jeśli wpatrzycie się w zdjęcie, to uzyskacie odpowiedź na pytanie o moją osobistą opinię na temat tej atrakcji :D

Image
Mieszkańcy jeziora. Trzeba przyznać, że chleb (pod aprobującym spojrzeniem rangerów) jadły bardzo chętnie.

Image
Piękne zwierzęta...

Image
Trudno zrobić zdjęcie dżungli tak, żeby było ją widać w pełnej krasie. Zaryzykuję raczej stwierdzenie, że po prostu się nie da. Tak, jak nie da się sfotografować całego giganta - można pokazywać tylko jego ciało po fragmentach.

Image
Wilgoć i specyficzny zapach - mieszanka zbutwiałego drewna, liści i niezidentyfikowanych woni. A gdy człowiek podniesie głowę do góry, nie widzi prawie nic, oprócz oplatających konary drzew lian i dziwnych roślin.

Image
A gdy trafi się taki prześwit, to masz uczucie, jakbyś wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią.

Image
Tak się chodzi po dżungli.

Image
A tak się z dżungli wraca. Widać, kto pchał się w niedozwolone rejony :D Dowód na propagowanie ekoturystyki - wszystkie gumiaki należą do ludzi z wioski. Można je wypożyczać za, o ile pamiętam, 5 MYR. Przydały się bardzo. Można też u nich wypożyczyć stuptuty (ta sama cena) w celu ochrony przed pijawkami. Jednak, pomimo obaw Marcina (ha! wreszcie nie tylko ja na coś marudzę :D , nie widzieliśmy ani jednej.

Po lunchu zarządzono czas wolny. Mieliśmy jakieś 3 godziny na odpoczynek we własnym zakresie. Można było ten czas wykorzystać na jakieś konstruktywne rzeczy - np. drzemkę, pranie i takie tam, wedle zainteresowań (słowa przewodnika). A ponieważ bardzo poważnie podchodzimy do rozkazów i staramy się spełniać pokładane w nas nadzieje, wykorzystaliśmy ten czas według zainteresowań. Naszych :D Czyli po cichutku i potajemnie wybraliśmy się sami do dżungli (w dodatku w japonkach :/ uznaliśmy, że próba ponownego wypożyczenia gumiaków mogłaby wzbudzić czujność rangerów :D
I powiem tak - pomimo, że nie schodziliśmy (a przynajmniej staraliśmy się) z wydeptanej ścieżynki, pomimo, że prawie cały czas słyszeliśmy dźwięki z leżącej nieopodal wioski (opisuję tak dokładnie, żeby dać Wam obraz jak GŁĘBOKO weszliśmy :D, a w samej dżungli spędziliśmy może pół godziny, to była jedna z najbardziej emocjonujących dla mnie wypraw. Poważnie. I nie chodzi tu o fakt, że musieliśmy się ukrywać przed naszymi opiekunami i było to trochę jak ucieczka przed wychowawcą na kolonii :D Po prostu dżungla jest...nie wiem, jak określić. Jest naprawdę dzika. I inna. I budzi lęk i szacunek. Momentalnie zapomnieliśmy, czego nie wolno nam dotykać, więc na wszelki wypadek nie dotykaliśmy niczego :D Ale spróbujcie nie dotykać niczego, gdy cała ścieżka jest zarośnięta :/ Natomiast wrażenie gdy wchodzisz w zarośla i okazuje się, że przez przypadek wkroczyłeś w ogromne stado małp - bezcenne. Najpierw słyszysz różne dźwięki, pogwizdywania, pohukiwania. Później zaczynasz dostrzegać pomiędzy zielenią poszczególne małpy...I nie wiesz, czy to co robisz, jest bezpieczne i czy przypadkiem nie wszedłeś na ich teren, którego zaraz zaczną bronić...Z wrażenia zapomniałam zupełnie, czy wycofując się należy patrzeć zdenerwowanym zwierzętom w oczy, czy wręcz przeciwnie, więc obawiam się, że zaserwowałam małpom widok wywracających się oczu szaleńca :/ :D Dżungla nie jest miejscem dla człowieka...A przynajmniej dla człowieka o tak małej wiedzy, jak ja. Ale jest naprawdę fascynująca....

Image
A na terenie ośrodka też były małpy :) I można je było oglądać z drewnianych mostków i z bezpiecznej odległości :)

Image
Taki sposób suszenia podejrzeliśmy u pani z pralni. Trzeba było tylko pilnować momentów, kiedy prosto na barierki padało słońce (a były one krótkie...:D Dawało to szansę na przynajmniej lekkie przeschnięcie ubrań.

W końcu nadszedł czas na ostatni, pożegnalny rejs po Kinabatangan. Chyba już wewnętrznie pogodziliśmy się z faktem, że słoni karłowatych nie zobaczymy, ale gdy nasz nowy przewodnik zapytał, co w takim razie chcielibyśmy zobaczyć (po wcześniejszych twierdzących odpowiedziach na pytania : czy widzieliśmy już czaplę :D - tu akurat odpowiedź nie miała znaczenia, bo wiadomo było, że i tak ją zobaczymy, i to dokładnie w tych samych miejscach, co zawsze :D - czy widzieliśmy nosacze itp), wyartykułowaliśmy nasze kolejne marzenie : krokodyle. Przewodnik obiecał więc, że zrobi co w jego mocy, żeby choć to marzenie spełnić.

Image
I trzeba przyznać, że robił naprawdę wszystko. Przewodnicy na rejsach dzielą się na dwie grupy i wszystko zależy od tego, kto ci się trafi. Jedna grupa to ci, którzy bardziej koncentrują się na śledzeniu pozostałych łodzi - płyną za innymi i korzystają z ich "znalezisk". Druga grupa, to przewodnicy kreatywni - nie płyną utartym szlakiem, sami wypatrują zwierząt i wpływają we wszystkie, malutkie odnogi, wychodząc z założenia, że gdzie mniej ludzi (czyli ciszej), tam więcej zwierząt.

Image
Nasz ostatni przewodnik zdecydowanie należał do tej drugiej grupy. Spróbujcie wypatrzeć takiego warana z odległości 50 metrów...

Image

Image

Image
A to coś, co mnie bardzo wzruszyło. Nie pamiętam już który gatunek małp nie potrafi pływać i panicznie boi się wody (zresztą czuję się z nimi mocno związana :D i dlatego nie mogą przemieszczać się na drugi brzeg rzeki (chyba slilver leaf - przepraszam, nie znam nazwy po polsku). Rangerzy zbudowali więc im taki wiszący most łączący dwa brzegi...

Image
Piękny widok, prawda? Niestety, ten makak miał dużo gorszy obraz przed sobą...

Image
Tak, niestety tak to wyglądało :/ Więc nic dziwnego, że w końcu nasz przewodnik miał dosyć robienia za zwiad dla pozostałych turystów i zabrał się do pokazywania nam krokodyli na poważnie. Łódź wpłynęła w mniejszą odnogę, potem gdzieś skręciła i dosyć szybko zgubiliśmy pozostałych wielbicieli zwierząt.

Image

Image

W końcu znaleźliśmy się w miejscu, które wyglądało lekko bagiennie - zwisające konary drzew przy brzegach tworzyły coś w rodzaju małych ciemnych zatoczek, do których można było zejść po łagodnych zboczach. Woda stała się bardziej żółta i zupełnie nieprzejrzysta (hmmm, tak jakby wcześniej była :/ :D No po prostu gdybym była krokodylem, to byłoby moje wymarzone mieszkanie :D

Image
Krótko mówiąc - pan wlał nadzieję w nasze serca, że może jednak chociaż krokodyla uda się nam zobaczyć.

Image
Kluczyliśmy łodzią, wpływaliśmy pod zwisające gałęzie, podskakiwaliśmy do góry na widok każdej pływającej po wodzie gałęzi...Wszystko na nic. Przewodnik opowiadał, że w tym miejscu jest wyjątkowo dużo krokodyli, niestety, akurat jest dosyć wysoki poziom wody. Niezbyt mogliśmy zrozumieć związek między tymi dwiema rzeczami. Wszystko się wyjaśniło, gdy z drzew zaczęły dobiegać głośne dźwięki.

Image
Okazało się, że tę odnogę Kinabatangan szczególnie upodobały sobie nosacze. Te małpy nie boją się wody, natomiast przepływać na drugi brzeg wolą wtedy, gdy poziom wody jest jak najniższy. Niestety, tak się składa, że nosacze są jednym z ulubionych przysmaków krokodyli. Czyli, podsumowując -przy niskim poziomie wody kręci się tu całe mnóstwo amatorów małpiego mięsa. Gdy woda wysoka - krokodyle czekają na lepszy moment, poukrywane gdzieś w zaroślach.

Image
Chciałabym zobaczyć krokodyla, jednak nie za taką cenę. Więc może dobrze się stało.

Image

Image

Pora wracać, zwłaszcza, że zaczęło się robić ciemno, a po tych opowieściach - dosyć strasznie.

Image
Silver leaf korzystające ze swojego mostu. Słodkie :)

Image
Tak małpy układają się do snu. Muszę jednak szczerze przyznać, że do samego końca nie straciliśmy nadziei na spotkanie krokodyla. Byliśmy już niedaleko naszej przystani, aż tu nagle...

Image
...Żartowałam :D Kolejny płynący pieniek, którego zdjęcie wykonywaliśmy na szybko i trzęsącymi się z emocji rękoma :) Ale sami przyznajcie - wygląda podobnie :)

Niestety, to był nasz ostatni rejs po Kinabatangan, więc teraz już wiedzieliśmy na 100%, że ani krokodyli, ani słoni karłowatych nie uda się już nam spotkać. Na szczęście po kolacji zamierzaliśmy się jeszcze raz wybrać na nocny spacer po dżungli. To dawało nadzieję na spotkanie jeszcze jakichś zwierząt. Jednak, jak to w małej społeczności, wieści szybko się roznoszą i chyba wszyscy obecni w ośrodku turyści dowiedzieli się o naszej wczorajszej przygodzie i spotkaniu węża, więc na miejscu zbiórki tym razem pojawiło się ich przynajmniej trzy razy więcej, niż ostatnio. A wiadomo - więcej ludzi nocą w dżungli = dużo większy hałas = mniejsza szansa na spotkanie kogokolwiek :/ I albo to był powód, albo rangerzy mocno się przejęli wczorajszą wpadką i dużo dokładniej oczyścili ze zwierząt teren do zwiedzania :D Tak, czy siak, ten spacer nie obfitował w jakieś szczególne zdobycze.

Image
Było trochę słodkich ptako-kulek. Choć dziwię się, że się nie obudziły, przy takiej ilości osób dmuchających im w piórka z podziwem.

Image
Były żabki.

Image
I to właściwie na tyle. Jak na pożegnanie z dżunglą, byliśmy trochę zawiedzeni. Jedynym pozytywnym aspektem wycieczki był fakt, że poznaliśmy przemiłą turystkę z Nowej Zelandii, która razem z nami szła przez dżunglę na samym końcu tej (głośnej. O wiele za głośnej) procesji i wspólnie ustykiwaliśmy nad ilością ludzi i hałasem. W końcu z tych nerwów postanowiliśmy razem zakończyć wieczór w barze nad rzeką :D Przy drugim piwie (10 MYR puszka, ale to dla miejscowych, więc w sumie dobry uczynek :D czuliśmy się w swoim towarzystwie jak starzy, dobrzy znajomi. Wprawdzie nowa koleżanka mnie nieco zdenerwowała, gdy opowiedziała o swoim wcześniejszym dniu (spała w innym ośrodku nad Kinabatangan i tak bardzo chciała zobaczyć słonie karłowate, że wynajęła sobie prywatną łódź i przewodnika. Pływała po rzece cały dzień - z tym, że popłynęli w zupełnie innym kierunku niż my, w górę rzeki - aż w końcu natknęli się na całe stado! Słonie kąpały się w rzece i nawet były z nimi młode. Gdy pokazała zdjęcia, to już zupełnie oszalałam. No powiedzcie sami, czy taką osobę można w ogóle lubić? :D Generalnie było bardzo miło - piwo w barze na rzece, wyśmienite towarzystwo, czego chcieć więcej? Jednak wszystko, co dobre, musi się skończyć. I tutaj jeszcze muszę Wam wytłumaczyć pewną rzecz - pobyt w tym ośrodku był bardzo wygodny. Wszystkie posiłki mieliśmy w cenie wycieczki, natomiast dodatkowe wydatki (piwo w barze, nocne wycieczki po dżungli) można było zapłacić później ("potem zapłacicie, przed wyjazdem"). Niestety, teraz właśnie nadeszło to "później". Gdy kończyłam ostatnie piwo, a Marcin poszedł do naszego pokoju po pieniądze, żeby uregulować sprawy w barze, nic jeszcze nie zapowiadało, że za chwilę świat się nam zatrzęsie w posadach. Nic też jeszcze na to nie wskazywało, gdy nieco blady Marcin wrócił i zapytał mnie "hmmm...czy mieliśmy tak mało pieniędzy, czy gdzieś je może przekładałaś?...." Ponieważ akurat ja kontrolowałam nasze wydatki, przeprosiłam nową koleżankę i pobiegłam do pokoju. Gdy wkładałam klucz do zamka, to, przyznaję, trochę trzęsły mi się ręce...Natomiast gdy zajrzałam do wspólnego portfela, tym razem zbladłam ja. I to mocno...

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 01 Paź 2017 12:19, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#22 PostWysłany: 01 Gru 2016 19:10 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
No, no byłaś moją ulubioną "pisarką" :D ;) :D ;) literatury kobiecej a tu proszę....kryminał :shock: Pisz dziewczyno. 8-)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 06 Gru 2016 00:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
We wspólnym portfelu mieliśmy (przynajmniej do tej pory) przeróżne waluty - malezyjskie ringgity, dolary i nawet złotówki (żeby zapłacić za powrót w Polsce). Mieliśmy tego dosyć dużo - powiem więcej, mieliśmy tam gotówkę na prawie cały pobyt :/ I właśnie kluczowym wyrazem w tym opisie jest "mieliśmy" :/ :D W tym momencie portfel zdecydowanie schudł - zostało 20 złotych, trochę ringgitów i znikoma ilość dolarów.... I świadomość, że wokół jest dżungla, więc żadnych bankomatów raczej tu nie znajdziemy.
Chcąc-niechcąc musieliśmy więc zepsuć przemiły wieczór naszemu przewodnikowi, który doskonale się bawił w barze na rzece. Muszę przyznać, że i on tej nocy stracił trochę pieniędzy, bo gdy poprosiliśmy go o rozmowę na osobności, efekty napojów polepszających nastrój momentalnie z niego wyparowały. Podobnie zresztą jak i z nas :/ :D Przewodnik obejrzał pokój, sprawdził zamek w drzwiach, kazał poprzynosić klucze od wszystkich pomieszczeń znajdujących się w domku - żaden nie pasował do naszych drzwi. Choć naprawdę się starał - nie za wiele mógł w nocy poradzić. Zaproponował więc, żebyśmy poszli spać i spotkali się z nim kolejnego dnia o 7.00 rano.

Image
Nasz domek.

Próby zaśnięcia w takiej sytuacji były z góry skazane na niepowodzenie :) wykonaliśmy więc solidną, detektywistyczną robotę i ustaliliśmy, co następuje :

1. Jesteśmy nieuleczalnymi naiwniakami/frajerami/ludźmi z przerośniętym zaufaniem do świata/głupkami (podkreśl właściwe :D, skoro potrafiliśmy zostawić WSZYSTKIE nasze pieniądze w pokoju i wyjść(no, na szczęście nie wszystkie. Każdy z nas miał osobny portfel z niewielkim "kieszonkowym" na osobne wydatki. Inna sprawa, że te portfele też zostawiliśmy w pokoju :D Tym punktem jednak nie zawracaliśmy sobie za długo głowy - ktoś mi kiedyś napisał, że nie można się denerwować na coś, czego nie można zmienić :D

2. Wychodząc na 1000 % drzwi zamknęliśmy na klucz. Gdy wróciliśmy drzwi też były zamknięte. Przez okno nikt nie mógł wejść do naszego pokoju, bo drogę zastawiała bardzo skomplikowana pułapka (zastawiona zupełnie niechcący :D z linki, na której suszyliśmy ubrania. I same ubrania. A było ich tysiące :D (ok, poza tym okna miały kraty :D

3. Niestety, dokładnie jesteśmy w stanie policzyć, ile pieniędzy nam ukradziono. Podczas podróży zawsze notuję wszystkie wydatki, więc po pięciu minutach dowiedzieliśmy się ile wynosiła cała stracona kwota. I nie była to wiedza przyjemna...:/

4. I teraz najgorsze - ktoś był w naszym pokoju DWA razy. Okradł nas też dwa razy :/ Z dużą pewnością jestem w stanie stwierdzić, że było to podczas naszych nocnych trekkingów po dżungli. Skąd to wiem? Głupio się przyznać. No głupio jak cholera :/ Zawsze w portfelu noszę medalik. I gdy wróciliśmy z pierwszej nocnej wycieczki, medalik zamiast spokojnie spoczywać w portfelu, leżał sobie na moim łóżku :/ natomiast ja, okazując całą swoją błyskotliwość, zamiast sprawdzić pieniądze (nie wpadłam na to. Poważnie. Geniusz po prostu :D uznałam, że widocznie wymachiwałam portfelem zbyt ekspresyjnie i medalik zwyczajnie wypadł (wiem, trudno w to uwierzyć. Ale gdybyście zobaczyli mój pokój, nie dziwilibyście się tak bardzo :D Wróć - możecie zobaczyć parę postów wcześniej. Wprawdzie to inne miejsce, ale duch pokoju został zachowany :D Więc to był pierwszy raz. O drugim razie wiem stąd, że przed kolejnym nocnym wyjściem do dżungli postanowiłam od razu zapłacić rangerom za ich pracę. Wprawdzie wyjmując pieniądze nie zwróciłam uwagi na to, jak gruby jest portfel, natomiast dokładnie widziałam, że był znacznie grubszy, niż teraz.

A teraz, dla rozluźnienia atmosfery, taki oto piękny motyl :)
Image

O 7.00 rano przewodnik przekazał nam, że za chwilę będzie tu manager i przejmie tę sprawę. Rzeczywiście, po chwili pojawił się manager, który przyjechał z Sepilok. I zaczęło się od początku - tłumaczenie, pokazywanie, fotografowanie pokoju itp. Głupie, przykre uczucie - mówić, że straciliśmy pieniądze, których nikt, oprócz nas, nie widział. Manager był bardzo przyjazny i zmartwiony. Zapewniał nas, że taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy. Jednak trochę mi się nogi ugięły, gdy na pytanie, czy jest do tego pokoju jeszcze jeden klucz, odpowiedział - Tak. I mam go ja...
W końcu zapytał, co zamierzamy teraz zrobić. I nie był zbyt zadowolony, gdy usłyszał, że zamierzamy jechać na policję. Za bardzo nie mieliśmy wyjścia - policja była jedynym pomysłem, jaki przyszedł nam do głowy. Wiadomo, reprezentującemu ośrodek managerowi nie było to zbytnio na rękę, ale był naprawdę pomocny i próbował rozwiązać sytuację w jakiś inny sposób. Dla nas natomiast jego propozycja była totalnie nie do zaakceptowania. W ośrodku pracowało 14 osób z pobliskiej wioski - zaproponował, żeby każda z nich oddała nam pewną kwotę i tym sposobem zwróciliby nam przynajmniej stracone ringgity. Mieszkańcy nie byli zbyt bogaci i zupełnie nie przemawiało do nas, że ktoś będzie musiał oddać dosyć sporą sumę, ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy, tylko dlatego, że jedna osoba (i zupełnie nie wiadomo która) była nieuczciwa.

Image
Tak wyglądało wejście do naszego domku za dnia. Właściwie, to mógł do niego wejść każdy, kto potrafił dorobić klucz (a nie był zbyt skomplikowany. Powiem raczej, że chyba gdybym się postarała, to nawet ja bym mogła go dorobić :D lub skorzystać z tajemnej wiedzy otwierania drzwi przy pomocy drutu wsadzanego do zamka - obsługa, wszyscy mieszkańcy pobliskiej wioski itp. Poza podejrzeniami byli tylko inni turyści (bo przecież wtedy dmuchali w piórka ptaszkom w dżungli :) , przewodnicy (bo po ostatnim rejsie wracali do siebie) i manager (bo razem ze swoim dodatkowym kluczem relaksował się wtedy w swoim mieszkanku w Sepilok).

Po paru dosyć długich rozmowach telefonicznych z, jak go nazywał "big bossem", manager oznajmił, że dobrze, w takim razie, dostaniemy kierowcę, który zamiast odwieść do hotelu, zawiezie nas na policję i pomoże w załatwianiu formalności. Cała sytuacja była dosyć trudna i nieprzyjemna. Pobyt w dżungli był naprawdę przyjemny, a cała obsługa bardzo miła. I nagle ta świadomość, że być może...być może to ten miły chłopak, który tak pięknie śpiewał wczoraj wieczorem...Głupie, wstrętne uczucie. Obsługa natomiast patrząc na nas, pewnie myślała : "to ci problemowi turyści. To przez nich będzie tu policja i pewnie big boss też i wszyscy będziemy mieli nieprzyjemności..." W dodatku świadomość, że nawet nie byliśmy w stanie udowodnić, że realnie, namacalnie te pieniądze posiadaliśmy...Tylko słowo przeciwko słowu...Ech......

Image

Nastroju nie poprawił nam fakt, że pierwsze słowa kierowcy, młodego, sympatycznego chłopaka, brzmiały : "Jak wczoraj big boss do mnie zadzwonił i powiedział, że może będę dziś jechał na policję, to całą noc nie mogłem spać z nerwów" :/ I tak, wtedy do nas dotarło - więzienie malezyjskie jest jednym z najgorszych na świecie...I każdy, ale to każdy Malezyjczyk, jeśli tylko może unika kontaktu z policją - ze strachu... Właściwie byliśmy bliscy wycofania się ze złożenia doniesienia, ale, po pierwsze, wyglądałoby to, jakbyśmy całą sytuację zmyślili, a po drugie (naprawdę. Zupełnie szczerze. Interesujące, co umysł człowieka wyprawia w sytuacjach stresu :D pomyślałam "Ciekawe, co by zrobił @Washington." I nie musiałam się nad tym długo zastanawiać. Nie odpuściłby. (dziękuję za motywację :)
Czekała nas więc dwugodzinna jazda do Sepilok, na komisariat. Było dziwnie. I trudno. Kierowca uśmiechał się uprzejmie, ale bladł z każdym przejechanym kilometrem. Czuliśmy się jak potwory, wyprane z ludzkich uczuć...

Image
To nie jest ilustracja do powyższego tekstu :D To tylko kolejna "przerwa na reklamy" :)
Komisariat w Sepilok. Absolutny zakaz fotografowania. Wokół chodzą ludzie w mundurach i przypatrują się interesantom niezbyt życzliwie. Człowiek czuje się, jakby sam był przestępcą, nie poszkodowanym. I momentalnie przypomina sobie wszystkie książki i filmy, których akcja działa się w malezyjskim więzieniu :/ :D Trzeba było jednak być dzielnym i trzymać fason. Dla naszego kierowcy, który wyglądał już (i pewnie też się czuł) jak kupka nieszczęścia. Najpierw spędziliśmy dosyć długi czas w poczekalni, w otoczeniu innych wystraszonych ludzi, którym, dla rozrywki puszczono film (na szczęście nie o tematyce więziennej :D (ale jakoś nie widziałam, żeby byli specjalnie rozerwani :) Dowiedzieliśmy się też, ile w Malezji kosztują legalne papierosy z akcyzą (15 MYR, zdzierstwo! :D - pod komisariatem był tylko legalny sklep, poza tym, trochę głupio byłoby się w takim miejscu afiszować niejakim..ignorowaniem prawa:)
I w końcu, po jakichś dwóch godzinach (trudno. Musieliśmy się już pogodzić z tym, że właśnie zapoczątkowaliśmy autorski program Azja Express - po kupnie papierosów został nam właśnie jakiś dolar na głowę :D Dużo gorszym był fakt, że cały, pieczołowicie budowany i zazębiony plan podróży właśnie się rozsypał, jak domek z kart :/ :D wszystkie głowy odwróciły się w naszym kierunku, a wystraszony kierowca powiedział, że nasza kolej na przesłuchanie.

Image
Poszło szybko. Pani była bardzo miła, spisała całe zeznanie i już-już myślałam, że może jednak się uda, zaraz ten koszmar się skończy i pojedziemy do hotelu i pan kierowca pojedzie do domu i nikogo już nie będziemy wciągać w nasze brudne porachunki, ale niestety...:/ Pani oznajmiła, że ona jest takim jakby przed-wstępem i teraz musimy czekać na inspektora...:/ :D
Po kolejnych dwóch godzinach i paru niemiłych, faktycznie nieprzyjemnych doznaniach np. wybiegająca z pokoju, zanosząca się płaczem kobieta...zaprowadzono nas w głąb komisariatu. Tam było jeszcze nieprzyjemniej - kraty w oknach, małe klaustrofobiczne pokoiki. Jedyną pociechą był fakt, że kierowca mógł zostać w "przyjaźniejszej" części budynku. W jednym z pomieszczeń czekała na nas pani inspektor. I, szczerze mówiąc, tu mogłam poczuć namiastkę tego, jak się czują w takim miejscu Malezyjczycy. Pani inspektor przerywała moje wypowiedzi, traktowała mnie bardzo protekcjonalnie i wręcz niegrzecznie. Widać było, że jest przyzwyczajona do takiego traktowania, a przestraszeni miejscowi nawet nie próbują oponować. A przypuszczam, że jako turystka, i tak byłam potraktowana lepiej, niż inni. Inna sprawa, że od samego początku chyba nie przypadłam jej do gustu - pani inspektor była praktykującą muzułmanką, nie sądzę, żeby moje odsłonięte włosy i wakacyjne ubrania, z uporczywie opadającym dekoltem wzbudziły jej szacunek. Tak, czy siak - pani inspektor była jedyną osobą, która zasugerowała, że może mijamy się z prawdą i, że właściwie to moja wina, bo zostawiłam pieniądze (o ile w ogóle jakieś istniały :/ )w pokoju. Na szczęście czasami w takich sytuacjach budzi się we mnie lew :D (@Washington , mam nadzieję, że choć raz Ci zaimponuję :D i...no...po prostu powiedziałam jej, że to nieprawda :D Tzn. to, co o mnie myśli :D
Ale zaraz spotkała mnie za to kara, bo okazało się, że teraz musimy poczekać na oficera :/ :D I w dodatku pojawiła się plotka, że być może będziemy musieli razem z oficerem wrócić nad Kinabatangan (...kolejne dwie godziny drogi....:/ ) na wizję lokalną.
Po kolejnych paru godzinach przyjechał oficer. Był naprawdę profesjonalny - jako jedyny zaproponował nam wodę. Niestety, zabił nas pierwszym pytaniem, które brzmiało "Dlaczego przyjechaliście do Sepilok?" Po naszych niezdarnych próbach wytłumaczenia, że nas po prostu tu przywieziono, kazał poprosić, niestety, kierowcę. Blady chłopak po minucie podał oficerowi numer telefonu do managera. Oficer zamienił parę słów przez telefon i zaczął nas.... przepraszać. Okazało się, że ośrodek, w którym doszło do kradzieży, podlega policyjnemu okręgowi Kinabatangan. I nie ma znaczenia, że cała, duża firma, która jest właścicielem i tego ośrodka, i hotelu w Sepilok, ma swoje biuro właśnie tu. Kradzież zdarzyła się na terenie tamtego rejonu, a on nie może wchodzić w kompetencje policji Kinabatangan, niestety. Więc musimy wrócić nad Kinabatangan i przejść tam całą procedurę jeszcze raz....:/ :/ :/ Natomiast trzeba przyznać, że był bardzo uprzejmy i profesjonalny - upewniał się parę razy, czy na pewno rozumiemy, dlaczego on nie może zająć się tą sprawą (strasznie szkoda...budził taki szacunek i respekt, że gdybyśmy pojechali akurat z nim na wizję lokalną, to jestem prawie pewna, że wszystkie pieniądze znalazłyby się w sekundę :), zadzwonił do Kinabatangan, naświetlił sprawę, przesłał wszystkie dotychczasowe zeznania i oznajmił nam, że możemy ruszać, bo już tam wszystko wiedzą i czekają na nas :/ Nie mogłam się zmusić, żeby spojrzeć w oczy kierowcy...:/

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 02 Paź 2017 20:35, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 06 Gru 2016 09:38 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6403
Loty: 298
Kilometry: 514 637
No i teraz wszyscy myslą co za potwór z tego Washington'a ;)
A ja z zapartym tchem czekam na dalszy ciąg!
(preferowanie z happy endem - w stylu zapomnieliście ze dla bezpieczeństwa schowaliscie gdzieś pieniądze - tak jak kolega który wracał się 100km na Sri Lance do poprzedniego miejsca noclegowego - z sukcesem)

Wysłane z mojego JY-G4S przy użyciu Tapatalka
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 06 Gru 2016 13:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2014
Posty: 393
Loty: 52
Kilometry: 111 240
Co tam się u was działo :o Toż to istny serial kryminalny :(
_________________
Image

Moje relacje:
Filipiny | Indonezja
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 06 Gru 2016 18:45 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3112
No @‌pestycyda‌ ależ potęgujesz napięcie. Miało być pięknie i egzotycznie, ale malezyjski komisariat to już egzotyka wyższego rzędu. Pisz dziewczyno pisz, co dalej.

@‌Washington‌ gratuluje autorytetu przy okazji ;)
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 06 Gru 2016 20:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
Oj. @‌Washington‌, dopiero teraz do mnie dotarło, jak to zabrzmiało :/ :/ :D Miałam na myśli fakt, że nasze style podróżowania leżą na dwóch przeciwległych biegunach. Ty - opanowany i zawsze wiesz, co należy zrobić i co Ci się należy. I potrafisz o to zadbać. Ja - zawsze przepłacająca, zgadzająca się na wszystko, oszukiwana na własne życzenie itp., itd. :D (niezła reklama :D hotelarze wszystkich krajów - macie mnie teraz, jak na tacy :D I nie mówię, że mi z tym bardzo źle, ale czasem chciałoby się (albo po prostu trzeba) spróbować czegoś innego :) A ponieważ jest to dla mnie bardzo trudne, to zostałeś mi w głowie niejako w formie pewnej "idei podróżowania". Łatwiej mi wtedy postępować niezgodnie z moją "nienegocjowalną" naturą :D
@‌Japonka76‌, najgorsze jest to, że wcale nie próbuję budować napięcia :/ po prostu zaczynam pisać, planuję, że napiszę dużo więcej, a nagle zaczynam sobie wspominać i w połowie moich grafomańskich wynurzeń nadchodzi noc :/ :D
Pozdrawiam:)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 12 Gru 2016 22:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
Wyszliśmy z komisariatu w Sepilok z ogromnym uczuciem ulgi - miło było pożegnać tę duszną, mroczną atmosferę - i równocześnie dużej niepewności. Niezbyt wiedzieliśmy, co teraz możemy zrobić. Powinniśmy pojechać do komisariatu nad Kinabatangan - ale jak i czym? I, co najważniejsze, za co? Nie wiedzieliśmy zupełnie w jakiej części miasta jesteśmy, czy i gdzie są tu jakieś bankomaty (coś by się jeszcze może z karty płatniczej wyskrobało, bo kredytowa dawno pusta :/ :D Potrzebne nam informacje byłyby bardzo trudne do zdobycia, a miejscowi niezbyt chętnie wdawali się w rozmowy z osobami wychodzącymi z komisariatu - po prostu przechodzili na drugą stronę ulicy obdarzając nas spojrzeniami mówiącymi : na wszelki wypadek nie mam i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Bandyto :/ :D Jednym słowem - było ciężko.
Na szczęście okazało się, że nasz kierowca przeprowadził rozmowę telefoniczną z tajemniczym "big bossem" (w ogóle mam wrażenie, że "big boss" przydzielił go nam nie tylko po to, żeby nas woził. Miał mu też dokładnie zdawać relacje z każdego naszego kroku - bo po każdym kolejnym przesłuchaniu, kierowca wyciągał telefon i do niego dzwonił. Jasna sprawa - "big boss" lubił trzymać rękę na pulsie i mieć najświeższe informacje :) I chyba dlatego (albo z dobroci serca. Ponieważ nieuleczalnie wierzę w ludzi, skłaniam się bardziej do tego powodu:) zarządził, że kierowca ma nas teraz zawieźć do Bilit (miasteczko w którym był komisariat nad rzeką Kinabatangan).
Kierowca zaproponował, że najpierw podjedziemy na miejsce naszego noclegu w Sepilok (niestety - do ośrodka, który nie podlegał "big bossowi". "U niego" mieliśmy spędzić dopiero kolejną noc)(tym większa dobroć jego serca. Tego dnia nie byliśmy chwilowo jego klientami, więc mógł się po prostu na nas wypiąć), zameldujemy się, zostawimy bagaże i dopiero wtedy pojedziemy do Bilit.
Ruszyliśmy więc do naszego ośrodka.

Image

Na tę noc zarezerwowaliśmy z Polski nocleg w B&B Sepilok i, na szczęście, zapłaciliśmy za niego przelewem (125 MYR). Zameldowanie poszło więc bardzo szybko i mogliśmy ruszyć do Bilit (po raz trzeci tego dnia, ta sama, dwugodzinna droga do przejechania...)
Na prośbę kierowcy wstąpiliśmy jeszcze do jego domu, gdzie śliczna żona wyniosła mu trochę zupy w termosie na drogę, a dwójka przemiłych maluchów uśmiechnęła się radośnie na jego widok...On sam natomiast nawet nie wyszedł z auta, bo, jak powiedział "obiecałem, że wstąpimy tylko na minutkę". Tu przeżyliśmy drugi moment załamania i było nam tak zwyczajnie, po ludzku głupio za samych siebie. Nie wiem, czy wierzył, że mówimy prawdę o kradzieży. Natomiast ciągnięcie ze sobą przestraszonego człowieka i odrywanie go od rodziny (dawno już powinien wrócić z pracy) dla jakichś tam pieniędzy, jest po prostu świństwem...

Podzieliliśmy się z nim tymi przemyśleniami (ocenzurowanymi. Oczywiście nie śmialibyśmy dyskutować na temat jego przestrachu), on natomiast, chcąc nas uspokoić, opowiedział nam trochę o sobie. Otóż u "big bossa" pracuje od piątku (a była środa :/ :/ - naprawdę, wspaniały początek pracy :/ :D i jest bardzo, bardzo zadowolony. Przeniósł się tu z innej firmy, gdzie pracował przez pół roku i do tej pory nie zobaczył wypłaty. A "big boss" płaci. Więc skoro szef powiedział "jechać", to on pojedzie z radością, bo to duże szczęście pracować dla takiego człowieka....Czułam się jak ostatni podlec.

Image

Pojechaliśmy więc. Ponownie wąskimi, piaszczystymi drogami, gdzie na każdym zakręcie wzbijał się tuman kurzu. Z rzadka mijaliśmy małe gospodarstwa, dużo częściej jechaliśmy wzdłuż długich odcinków dżungli. W końcu kierowca zatrzymał się na prawie pustym placyku i oznajmił z dumą "jesteśmy". Komisariat w Bilit trochę różnił się od swojego odpowiednika w Sepilok(...hmmmm...trochę. Coś w rodzaju jak dzień od nocy :D Przede wszystkim już z samego wyglądu był dużo bardziej przyjazny. Na piaszczystym placyku stały dwa auta - w tym jedno policyjne - i budynek w stylu : barak. A wokół dżungla. Żadnych strażników, wysokich murów, uczucia niepokoju i strachu. Jak dla mnie - trochę klimat Dzikiego Zachodu. Poważnie, to miejsce miało niesamowitą atmosferę. I dobrą energię :)
Przed budynkiem stał uśmiechnięty oficer, gestem zapraszając nas do środka. A ja poczułam się jakbym dotarła do celu...Nie umiem wyjaśnić - poczułam się jak (przynajmniej tak to sobie wyobrażam :D mieszkaniec miasteczka na Dzikim Zachodzie, nieustannie najeżdżanego przez bandytów, który w końcu, zrozpaczony, wyruszył po pomoc. I znalazł ostatniego sprawiedliwego, najbardziej uczciwego i najdzielniejszego szeryfa. I poczuł, że teraz już będzie dobrze :) To miejsce i człowiek przed komisariatem budzili zaufanie.

Image

Komisariat w Bilit składał się z jednego pomieszczenia, w którym było wszystko - komputery, kubki po i z kawą, akta spraw leżące w większości na zdezelowanych krzesłach, bo przecież szafa jest tylko jedna i wszystkiego nie pomieści. No. Ale to zupełnie nie było ważne, bo całą atmosferę komisariatu robił oficer. Wróć - on po prostu był atmosferą. Nie będę Was zanudzać dokładnym opisywaniem, jak wyglądało przesłuchanie. Wspomnę tylko o tym, że było zdecydowanie za krótkie. W towarzystwie tego człowieka z przyjemnością spędziłabym kolejne dwa dni. Był życzliwy. Był profesjonalny. A co najważniejsze - był dumny i bardzo honorowy. Mocno zabolał go fakt, że na "jego terenie" zdarzyła się taka kradzież.
Na przywitanie położył na stole kryształową, lekko obitą popielniczkę i poczęstował nas papierosami (Indonezyjskimi! Z przemytu! :D i poprosił o szczegółowe przedstawienie sprawy. Później nadszedł czas na spisanie "statementu". Na jego prośbę ("niezbyt dobrze piszę po angielsku, czy mogłabyś ty to zrobić?") zasiadłam za komputerem i uwierzcie, w tym momencie już ani trochę nie żałowałam, że nas okradli. Klimat - nierealny, niesamowity. Siedzisz za komputerem na komisariacie, gdzieś daleko od głównego szlaku na Borneo, za plecami masz policyjnego oficera, który tłumaczy pytania z języka malezyjskiego, spisujesz własne zeznania, a na klawiaturę spada popiół z twojego papierosa....Niesamowite....Wspólnie (w wielu momentach policjant podpowiadał mi, co dokładnie napisać, żeby było "jak trzeba", w innych - dyskutowaliśmy do momentu uzyskania akceptowalnej przez naszą dwójkę formy) spisaliśmy zeznanie. Jedno z pytań sprawiło mi dużą trudność, a gdy wreszcie zrozumiałam, o co chodzi - rozśmieszyło i załamało zarazem. Znajdowało się w pierwszej części przesłuchania, niejako "zapoznawczej" i dotyczyło...mojego ojca :/ :D Po wielu oporach z mojej strony, udało się wreszcie sklecić wypowiedź, która zadowoliła oficera, a brzmiała mniej więcej tak : " jako pierwsza córka mojego ojca, który z zawodu jest....i pracuje w ...., ożenił się z .... i wyraził zgodę na moją tu podróż i coś tam, coś tam " :D To był jedyny moment, kiedy pan, a właściwie system, dali mi znać, jakie jest moje miejsce w świecie, jako samotnej kobiety :/ :D
Oficer obiecał, że zaraz rano pojedzie do ośrodka i będzie zbierał dowody. I że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby rozwiązać tę sprawę, ale szanse są bardzo nikłe. Jedyną nadzieję dawał fakt, że wśród ukradzionych pieniędzy znajdowało się też polskie 100 zł i to mogłoby stanowić duży dowód. Cóż, naprawdę pogodziliśmy się już z faktem, że pieniędzy nie odzyskamy, natomiast zdobyliśmy poczucie, że zrobiliśmy to, co trzeba. Że nie odpuściliśmy, mimo wahań i wyrzutów sumienia. Zachowanie się oficera dało nam dużą pewność, że zgłaszając kradzież postąpiliśmy dobrze (chociaż, szczerze mówiąc, gdyby złapano osobę, która nas okradła i, no dobrze, gdyby nas przeprosiła :D nie złożylibyśmy sprawy dalej. Może to głupie, ale chyba żadne pieniądze nie są warte tego, żeby umieszczać kogoś w malezyjskim więzieniu...) I poznaliśmy wspaniałego człowieka, zupełnie innego wyznania, który potrafił powiedzieć ze łzami w oczach : "Teraz musicie zawierzyć swojemu Bogu...". Takich momentów nie da się kupić za żadną kwotę....

Image
Wracając (kolejne dwie godziny, po raz czwarty) kierowca zatrzymał się w przydrożnym barze i zapytał, czy nam odpowiada. "Big boss" zarządził, że ma nas zaprosić na obiad (miły gest - w końcu nikt z nas nie jadł od samego rana, a dawno już było po zachodzie słońca). Bar był cudowny, a jedzenie przepyszne. Niestety, w barze nie wystawiali rachunków, więc zmieszany kierowca poprosił nas o zapozowanie do zdjęcia nad talerzami z jedzeniem - to miał być dowód dla szefa, że zjedliśmy i jesteśmy zadowoleni (albo służyć do zrobienia plakatów i wywieszenia we wszystkich jego ośrodkach z adnotacją - tych klientów nie obsługujemy, bo same problemy z nimi, ciągają po policjach i innych takich :D.

Image
Nagle kierowca powiedział : "Moja babcia zmarła". W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam. Jednak, gdy dodał : "I dziś był jej pogrzeb. Przejeżdżaliśmy koło tego miejsca", zbladłam i zaczęło do mnie docierać, do czego, tak naprawdę doprowadziliśmy...Okazało się, że Moses (przestał już być "kierowcą") nie powiedział o tym nikomu - ani szefowi, ani kumplom z pracy. A mówi to nam dlatego, że jest katolikiem, tak jak i my, a katolicy trzymają się razem... Należy do małego, katolickiego zgromadzenia, a nasze wspólne zdjęcie wysłał już też do swoich braci i sióstr w wierze. Gdy trzymając w zbielałych rękach telefon oglądałam zdjęcia z pogrzebu babci Mosesa (jego krewni przesłali mu parę zdjęć z uroczystości) odważyłam się wreszcie zadać pytanie : "Dlaczego nam wcześniej nie powiedziałeś?...Nie musieliśmy jechać do Bilit. Mogliśmy się zatrzymać i poszedłbyś pożegnać się z babcią...", usłyszałam odpowiedź, która zwaliła mnie z nóg. "Okradli was. Byliście w potrzebie. Musiałem wam pomóc" - powiedział po prostu Moses.......Chyba nigdy nie dostałam takiego pstryczka w nos od życia. I takiej lekcji pokory.

Image
To był jeden z najtrudniejszych dla mnie emocjonalnie dni. Jeden z najtrudniejszych w życiu. Straciliśmy pieniądze, ale zyskaliśmy dużo więcej...

I dlatego tak bardzo mnie do tej pory cieszy komplement, który usłyszeliśmy od Mosesa na pożegnanie. Powiedział : "Jesteście twardzi. Bo straciliście wszystkie pieniądze, a potraficie się uśmiechać. To jest ważne. Nie narzekacie, nie macie złego humoru i nie obwiniacie wszystkich wokół". To piękny komplement i zarazem bardzo ważna lekcja, którą otrzymaliśmy od tego wspaniałego człowieka.

Pod naszym ośrodkiem trudno było się nam pożegnać. Chcieliśmy mu jakoś podziękować za wszystko, co dla nas zrobił. Obdarowaliśmy go mnóstwem drobiazgów dla dzieci, żony i dla niego, ale cały czas mamy wrażenie, że to wszystko za mało.

W B&B Sepilok byliśmy około 21.00. Pierwsze kroki skierowaliśmy do naszego domku i, żeby zrównoważyć trochę moją aktualnie bardzo niestabilną sytuację emocjonalną, szybko urządziłam sobie w pokoju bardzo przytulny, wyciszający moją psychikę kącik :D

Image
Tak, płacąc za pokój dwuosobowy, dostaliśmy taki domek cały dla siebie. Miłe :) Ponieważ znam jeszcze lepsze sposoby na uspokojenie psychiki, a w kieszeniach plecaków i spodni znaleźliśmy parę ringgitów, kolejne kroki skierowaliśmy do baru (piwo - 6 MYR :D Ale byliśmy tam krótko :/ :D Pani stojąca za barem przestrzegła nas, żebyśmy przypadkiem nie zapominali o zamykaniu drzwi od domku, bo w na terenie ośrodka mieszkają kobry plujące, które lubią przebywać pod dachami :/ (momentalnie przypomniałam sobie o moim swojskim bałaganie - ile on daje takiej kobrze możliwości :/ :D I właśnie przed chwilą jedną taka kobrę zlokalizowali inni turyści. I trzeba było wezwać na pomoc specjalną ekipę oczyszczającą teren.

Image
Najważniejszy element stroju - okulary chroniące oczy.

Image
Kobra w łazience - kolejna nauka płynąca z tego dnia. Nauczyłam się brać prysznic w 15 sekund :D

Image

Image
Kobra została wypuszczona daleko poza terenem ośrodka.

Tak więc, zamiast spędzać miły wieczór w barze, musieliśmy wrócić do domku, z duszą na ramieniu posprzątać (łącznie z wytrzepywaniem plecaków), przejrzeć cały domek (teraz jego wielkość nie była już zaletą :D pozaklejać i pozatykać wszystkie podejrzane dziury, opanować sztukę bezpiecznego wychodzenia z pomieszczenia (jedna osoba przekracza próg, druga, maksymalnie skoncentrowana, przypatruje się szparze powstałej przez otwarcie drzwi :D i potem ponownie nabałaganić (no bo jak można żyć w takiej sterylności? :D (a pomyśleć, że to miał być jeden ze spokojniejszych wieczorów - naprawdę, ale to naprawdę nie musieliśmy się już obawiać kradzieży :D
Mimo tych przeżyć noc była spokojna. Szybkie śniadanie (w cenie noclegu - na szczęście:), pakowanie ("czekaj, jeszcze raz wyjmę wszystkie rzeczy z plecaka, bo się zagapiłam i przez sekundę nie patrzyłam. Mogła wejść do środka" :D i można się było przenosić do drugiego ośrodka - po raz kolejny pod opiekuńcze (przynajmniej taką mieliśmy nadzieję) skrzydła "big bossa".

Image
(ciekawe, jak te kobry opanowały sztukę wchodzenia po schodach? Choć z drugiej strony bardzo się cieszę, że nie dane było mi się dowiedzieć :D

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda 18 Paź 2017 11:02, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#29 PostWysłany: 12 Gru 2016 23:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2014
Posty: 393
Loty: 52
Kilometry: 111 240
Prawdziwa przygoda :) Moses to prawdziwy twardziel. Szacunek dla człowieka :)
_________________
Image

Moje relacje:
Filipiny | Indonezja
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 15 Gru 2016 23:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
Nasz drugi nocleg, Sepilok Jungle Resort, oddalony był od B@B Sepilok o jakieś pół godziny drogi na piechotę. Blisko. W tej części Sepilok wszędzie było blisko, zupełnie nie-miejscowo (same hotele, hostele i ośrodki, ale dyskretnie otoczone zielenią) i każdy, my też, chciał tu mieszkać. Powód - bliskość do wszystkich miejsc, dla których przyjeżdża się do Sepilok. Wszystkie miejsca noclegowe zostały zbudowane w okolicy trzech największych atrakcji - Sun Bear Conversation Centre, Rainforest Discovery Centre, oraz, chyba najważniejszego - Orangutan Rehabilitation Centre. Pierwotny plan zakładał, że odwiedzimy wszystkie te trzy miejsca i dodatkowo Labuk Bay Proboscis Monkey Sanctuary (przecież nie odpuścilibyśmy możliwości zobaczenia nosaczy :) Niestety, przez nasze uparte podróżowanie do Bilit i z powrotem, które zajęło nam cały dzień, doskonale zazębiony plan zupełnie się rozsypał i trzeba było go przerobić (pamiętając cały czas o Cieniu Góry i magicznej dacie 8 sierpnia...). Nie potrafiliśmy jednak zrezygnować z żadnej, założonej wcześniej atrakcji.

Image

W recepcji Sepilok Jungle Resort zapytaliśmy więc o możliwość dokupienia drugiego noclegu (upewniwszy się wcześniej, że można zapłacić kartą, bo nawet gdybym przeszukała wszystkie ubrania, łącznie ze strojem kąpielowym, nie sądzę, że udałoby mi się znaleźć jeszcze jakieś ringgity :) Okazało się, że i owszem - z tym, że w innym (uwaga, uwaga! - tańszym pokoju. Czyli w sam raz coś dla osób w naszej sytuacji :) Za dwuosobowy pokój zarezerwowany z Polski przez booking.com zapłaciliśmy 165 MYR, natomiast za pokój domówiony na miejscu - 124. Kamień spadł nam z serca - mamy gdzie mieszkać, dało się załatwić płatność bezgotówkowo, zaraz odwiedzimy wszystkie ośrodki dla zwierząt, żyć nie umierać :) Ale w tym momencie po raz kolejny odezwała się kobieca intuicja Marcina i kazała mu zapytać panią w recepcji, czy kupując bilety wstępu do wszystkich tych miejsc można zapłacić kartą. Odpowiedź, którą otrzymaliśmy, była krótka i lakoniczna. I odebrała nam całą nadzieję. "Nie. Tylko gotówka". Żeby dokładnie pojąć grozę sytuacji, trzeba sobie uświadomić fakt, że miejsce, w którym się znajdowaliśmy, było czymś w rodzaju ogromnego turystycznego parku. Żadnych banków, żadnych bankomatów - tylko hotele, restauracje i ośrodki związane z ochroną przyrody...Na naprawdę olbrzymim terenie...

Image
Ale trzeba przyznać, że pięknym terenie. Szkoda tylko, że przy braku gotówki większość jego atrakcji pozostaje niedostępna :/ Łudząc się, że może jednak o czymś nie wiemy, zapytaliśmy panią w recepcji, gdzie jest najbliższy bankomat. Nie. Wiedzieliśmy o wszystkim (naprawdę solidnie przygotowaliśmy się do wyjazdu :D - do bankomatu jest godzina drogi. Samochodem :/ :/
Kwestię pieniędzy pewnie można by jakoś starać się załatwić ("Panie, błagam, podwieź mnie pan do bankomatu, a zapłacę jak wybiorę pieniądze"), ale dodatkowo dochodził kolejny stracony czas (a jeżeli chcieliśmy zdążyć odwiedzić wszystkie miejsca, to naprawdę liczyła się już każda minuta). Nie było jednak wyjścia - bardzo delikatnie zaczęliśmy naprowadzać panią recepcjonistkę na temat załatwienia nam kierowcy "na kredyt", ale jakoś, od słowa do słowa, no dobra, wiadomo - dziewczyny są gadatliwe :D - wymsknął mi się powód, dla którego nie mamy gotówki. Pani, usłyszawszy o kradzieży, bardzo się przejęła (ośrodek w Bilit to ta sama firma) (w dodatku okazało się, że to właśnie ona poleciła nam tę wycieczkę nad Kinabatangan w mailu i teraz miała straszne wyrzuty sumienia) i zaproponowała, że w takim razie załatwi nam kierowcę za darmo. Długo nie daliśmy się przekonywać :D A ponieważ do Sepilok Jungle Resort przybyliśmy dwie godziny przed czasem zameldowania, mieliśmy na kierowcę poczekać w recepcji, a bagaże schować za jej ladę. Naprawdę miła to była pani. A ponieważ nie mieliśmy jeszcze swojego pokoju, pozwoliła nam nawet wywiesić mokre ubrania na barierkach otaczających ten elegancki ośrodek :D (który od tej pory trochę stracił na swojej elegancji :D (tak, bieliznę też miałam mokrą :D

Image

Faktycznie, po chwili przyjechał kierowca i pojechaliśmy, patrząc cały czas nerwowo na zegarek. Po ponad godzinie dojechaliśmy do banku. Teraz miał wreszcie nastąpić "happy end". Od tego momentu mieliśmy wreszcie wrócić do gry i realizować nasz plan wakacyjnego zwiedzania, starając się jakoś nadrobić stracony czas. Jednak (naprawdę nie rozumiem dlaczego akurat nas to zawsze spotyka :/ :D Jakoś jak czytam inne relacje z podróży, to autorom się zazwyczaj wszystko udaje :/ :D żaden, ale to żaden bankomat nie zadziałał :/ Poważnie - sprawdzaliśmy różne karty, różne bankomaty - nic. Nawet panie w okienkach banku nie potrafiły nam pomóc - nie miały pojęcia, o co chodzi :/ Dodatkowo zupełnie nie mogliśmy odreagować stresu, bo papierosy nam się kończyły i musieliśmy wprowadzić ostrą reglamentację tego dobra :/ :D Dodatkowo kierowca poinformował nas, że w tej okolicy są tylko trzy banki, a pozostałe - "baaaaardzo daleko" (tym słowom towarzyszyło znaczące machnięcie ręką i zniechęcony wyraz twarzy - widocznie inny bank był rzeczywiście poza granicami dostępności). Czyli, tak jak w każdej dobrej opowieści, mieliśmy tylko trzy próby. Pierwszą już spaliliśmy...:/ :D Więc drugi bank. Nie uwierzycie - dokładnie to samo :/ Łącznie z zaskoczonymi wyrazami twarzy pań z okienek i słowami "Nigdy czegoś takiego nie widziałyśmy" :D Nie było wyjścia, trzeba było wykonać telefon do Polski, do banku (jakbyśmy jeszcze mało pieniędzy stracili :/ :D - może zablokowali karty, może jest coś, o czym nie wiemy? Hm, no nawet jeśli było coś takiego, to pan z banku też o tym nie wiedział :D Karty były aktywne, powinniśmy pieniądze wybrać bez problemu. Nic innego, tylko wielki Kinabalu wściekł się, że zamiast od razu jechać do niego, zwiedzamy jakieś mało istotne atrakcje i postanowił nam pokazać, na co go stać. Innego rozwiązanie nie widzę :D Ostatnia szansa, ostatni bank. Przed wejściem ostatni papieros wypalony "na spółę". Zagraliśmy "va banque" :D Nie muszę Wam chyba tłumaczyć, jak bardzo trzęsły nam się ręce podczas wkładania karty do bankomatu? :D I....(typowe zagranie w bajkach, typowe :D ....Udało się!!!! Wybraliśmy maksymalną kwotę i poczułam się jak potentat finansowy! Rany, jakie to jest cudowne uczucie - możesz sobie kupić papierosy i piwo też możesz, gdybyś chciał :D Wszystko możesz :) Kosztowało nas to cztery godziny "w plecy", ale wreszcie mogliśmy zacząć starać się nadganiać plan zwiedzania.
Dodatkowo po powrocie do ośrodka dowiedzieliśmy się, że do recepcji zadzwonił "big boss" (niesamowite uczucie, anie razu nie udało się nam go zobaczyć, ani nawet z nim porozmawiać. Czuwał tylko nad nami "z daleka" :D i zarządził, że podczas pobytu w jego ośrodku mamy dostawać całe wyżywienie za darmo. W ramach rekompensaty za kradzież. Naprawdę miły gest. Szkoda tylko, że przez moje gapiostwo (przysięgam. Nie wiem, jak to się stało :D pani recepcjonistka trochę zmieniła zdanie na nasz temat. Po ponownych przeprosinach za kradzież i zapewnieniach, że nigdy coś takiego się nie zdarzyło, a my na pewno jesteśmy godnymi zaufania i dbającymi o swój dobytek turystami, bardzo delikatnie zapytała, czy ten mały plecak zostawiony na samym środku holu przypadkiem nie był nasz, bo ona, obawiając się kradzieży, schowała go do recepcji....:/ :D :D No tak. Brawo. Zapewniam cały komisariat policyjny, że NA PEWNO zamknęłam drzwi od pokoju i NA PEWNO pilnowałam swoich pieniędzy, po czym zupełnie beztrosko zrzucam swój podręczny plecaczek na środku holu ogromnego ośrodka i wyjeżdżam na cztery godziny :D Brawo ja :D (wydaje mi się, że od tej pory pani recepcjonistka przestała ufać we wszystko, co mówimy i całkiem możliwe, że mnóstwo jej znajomych wyjechało do Bilit w poszukiwaniu pieniędzy, które, według kłamliwej mnie zostały skradzione, a w rzeczywistości leżą gdzieś pewnie pod łóżkiem np. :D

Image
Mam nadzieję, że nie powiedziała o tej wpadce "big bossowi". Ale chyba nie, bo nie padł rozkaz wycofania dokarmiania ofiar kradzieży i przez cały pobyt mogliśmy się cieszyć np. takimi daniami.

Na takich atrakcjach (i zbieraniu bielizny porozrzucanej po połowie ośrodka. Oczywiście dalej wilgotnej :D minęło nam pół dnia. Po przeanalizowaniu dostępnych możliwości (z uwzględnieniem czasu otwarcia poszczególnych atrakcji) uznaliśmy, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest zwiedzenie dziś Rainforest Centre, orangutanów i nosaczy jutro, a z niedźwiedziami to się jeszcze zobaczy.
Do centrum szło się około pół godziny, a bilety kosztowały 15 MYR od osoby (jaki to luksus móc zapytać : ile? a potem wyjąć gotówkę z kieszeni :) Całe centrum zajmuje dosyć duży teren i zbudowane jest na zasadzie ogrodu (choć to określenie znacznie mu umniejsza, uwierzcie. To raczej dżungla) przyrodniczego.

Image
Przez jego teren przebiegają różnorodne, dobrze oznaczone ścieżki turystyczne - każdy spaceruje według własnego uznania i własnym tempem, podziwiając niezliczone gatunki roślin charakterystycznych dla lasów tropikalnych i podziwiając poszczególne piętra dżungli. Co jakiś czas można zatrzymać się przy tabliczkach, na których dokładnie opisano to, co właśnie oglądamy. Jest też jeziorko i śliczne mostki. Naprawdę fajne miejsce. W niektóre dni tygodnia można też wybrać się na nocny spacer w poszukiwaniu zwierząt - jest dodatkowo płatny, a na teren parku wchodzi się wtedy z przewodnikiem.

My zaczęliśmy zwiedzanie od czegoś w rodzaju muzeum przyrodniczego (w cenie biletu). W niewielkim pomieszczeniu umieszczono przeróżne gatunki zwierząt i roślin z dokładnymi opisami. Samo miejsce może i nie jest duże, ale bardzo (przynajmniej dla mnie) ciekawe.

Image
Pozwala też na przypomnienie, że dżungla w Rainforest Center może i jest trochę bardziej oswojona i "ugładzona", ale prawdziwa dżungla jest naprawdę niebezpieczna, i , mimo wszystko, nadal nie do końca zbadana.

Jeśli natomiast miałabym poradzić coś pracownikom muzeum przyrodniczego, to raczej zachęcałabym ich do skoncentrowania się na poszukiwaniu kolejnych eksponatów na wystawę, a nie rozpraszaniu się na działalność artystyczną :D Bo trochę im to nie wychodzi :D Całą jedną ścianę pomieszczenia zajmuje bowiem malunek dżungli przecudnej urody :D

Image
:D (przepraszam, Marcin, musiałam :D No cóż, rośliny im jeszcze jako-tako wychodzą :D

Zaraz za muzeum znajduje się ogród botaniczny, w którym przedstawione są gatunki roślin charakterystyczne dla różnych krajów i już można wchodzić do dżungli.

Image
To jest bardzo stare drzewo. Takie naprawdę bardzo-bardzo stare :D (no dobrze, trochę leję wodę, bo zapomniałam i nazwy drzewa i jego wieku, a nie chcę kłamać - wystarczy, że pani z recepcji już ma o mnie złe zdanie :D ale tak jakby trochę mi się przypomina, że ma ono około 2000 lat. Jest to możliwe?

Image
Centrum jest dobrą opcją, zwłaszcza dla osób, które doceniają trochę wygody. Spaceruje się po dżungli na drewnianych podestach - i bezpieczniej, i łatwiej się chodzi. A potem czyściej się wygląda :D

Image
Przyroda potrafi się doskonale bronić.

I w końcu główna, przynajmniej według mnie, atrakcja tego miejsca - metalowe mosty i wieżyczki obserwacyjne na różnych wysokościach, czyli "canopy walk". Pozwalają na obserwowanie życia zwierząt i samej dżungli z zupełnie innej perspektywy. A uwierzcie, dżungla widziana z góry zupełnie inaczej wygląda.

Image

Image
Z wysokości parteru człowiek w ogóle nie ma pojęcia np. o takich cudach.

Image
Mostków i wieżyczek jest kilka. Każdy z nich znajduje się w innym rejonie parku, więc naprawdę można dużo zobaczyć.

Image
Mogłabym tam spędzić prawie nieograniczoną ilość czasu. Ogromna przyjemność. Stoisz i patrzysz na koronę jakiegoś drzewa. Niby nic - liście, jak liście. Dopiero po chwili zauważasz coś ciemniejszego i lekki ruch. Gdy wpatrzysz się jeszcze bardziej - zarys ciała. Tak, to małpa. Po chwili to bezkrwawe polowanie na zwierzęta tak bardzo cię wciąga, że stajesz przy każdym możliwym drzewie i jesteś strasznie zawiedziony, gdy na którymś z nich nie zauważysz nic. Poza tym uświadamiasz sobie, że w dżungli bardzo bogate życie toczy się w koronach drzew. Z dołu tego nie widać.

Image

Image
Można spacerować mostkami, można spacerować też pod nimi. Wizyta w Rainforest Discovery Centre może spokojnie trwać cały dzień - jeśli tylko lubicie przyrodę, to na pewno nie będziecie tu się nudzić.

Image
Dowód na to, jak dżungla potrafi być ekspansywna. Nie wiem, jak dawno temu postawiono tu metalowe mostki, ale dżungla już zaczyna je powoli wchłaniać...

Image
I drzewo-słoń. Niesamowite jest, prawda?

Image
Gniazdo pszczół leśnych, niesamowicie jadowitych. Gdybym stała u podnóża tego drzewa, to nie miałabym pojęcia, że..no, że lepiej pod tym drzewem nie stać :D

Image
Gigantyczna wiewiórka zaobserwowana z pomostu.

Image
Widzieliśmy też mnóstwo latających wiewiórek (zdjęcie nie nasze - to fotografia tablicy informacyjnej. Ale szacunek dla kogoś, kto to zdjęcie zrobił. Latające wiewiórki są niesamowicie szybkie i złapanie jej w takim momencie jest bardzo trudne, dla nas - niewykonalne :D

Image
Dowód na dwie rzeczy : 1. jak pięknie potrafię robić zdjęcia :D i 2. jak wielkie mogą być drzewa w dżungli.

Image
Niestety, zaczęło się ściemniać i nie zdążyliśmy obejrzeć całego parku. Trudno, dobrze, że zobaczyliśmy choć tyle. Przy wyjściu pożegnały nas takie oto maluchy (wylegiwały się w okolicy jeziorka) :

Image
I trzeba było pędzić do ośrodka. W dodatku zaczął padać deszcz (dobrze, że ubrania zdążyliśmy przewiesić z barierek do pokoju, ale z drugiej strony właśnie produkowaliśmy nowe ubrania do suszenia :D Rozważaliśmy trochę przyjście na wieczorny spacer, ale byliśmy już dość zmęczeni, poza tym, niestety, skoro wreszcie mieliśmy na to środki, możliwość nieskrępowanego spędzenia wieczoru w barze bardzo nas kusiła :D I był to naprawdę miły wieczór - wreszcie odreagowaliśmy ostatnie stresy i poczuliśmy, że "wróciliśmy do gry".

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 18 Paź 2017 11:44, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 19 Gru 2016 02:57 

Rejestracja: 14 Paź 2014
Posty: 6
No tak, wróciłem do Twojej opowieści z przyjemnością tym większą, że przez dobre dwa tygodnie zaglądania tutaj żyłem w przekonaniu, że zrobiłaś dłuższą przerwę w pisaniu - dopiero dzisiaj odkryłem (hm!), że wystarczyło przejść na kolejną stronę żeby czytać dalej. A tak przy okazji sytuacji na komisariacie, zastanawiam się, czy rzeczywiście Twój ojciec pozwala Ci na takie wyprawy?
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 19 Gru 2016 18:07 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
Ja to po każdej relacji Pestycydy to chciałam się z nią wybrać na wakacje :D ;) ;) 8-) ale po tych wizytach na komisariatach w Borneo.... 8-) 8-) :lol: I ta kobra... :o :o Pozostanę na czytaniu z wielką przyjemnością relacji 8-) 8-) :lol: :oops: :P ;) ;) ;) ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#33 PostWysłany: 19 Gru 2016 23:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
K Marek Trusz napisał(a):
zastanawiam się, czy rzeczywiście Twój ojciec pozwala Ci na takie wyprawy?

Tak, ale muszę się bardzo postarać - z ogromnym szacunkiem i wręcz uniżonością proszę go o pozwolenie. I muszę najpierw wykonywać mnóstwo ciężkich prac domowych :D

@bozenak, zapraszamy serdecznie :) znasz już trochę nasz styl podróżowania, więc nie będziesz zbytnio, hm...zaskoczona :D

Przepraszam, dziś zasypię Was małpami. Dosłownie. Darzę te zwierzęta ogromną miłością, więc można powiedzieć, że to był "mój dzień" :)
Ponieważ to miał być nasz ostatni pełny dzień pobytu w Sepilok, początkowo mieliśmy trudności z logistyką. Orangutany i nosacze, Sepilok i Labuk Bay. Z żadnych nie jesteśmy w stanie zrezygnować. Jak zrobić, żeby odwiedzić te dwa miejsca? (a żeby nie było za łatwo, jest jeszcze do odwiedzenia biruang malajski, ale nim postanowiliśmy sobie chwilowo nie zawracać głowy. I bez niego było trudno :D Siedząc przy śniadaniu (tak, nadal fundował "big boss") wpadliśmy w końcu na rozwiązanie tego palącego problemu. Centrum Rehabilitacji Orangutanów jest otwarte dwa razy dziennie : 9.00-11.00 i 14.00-16.00 (a karmienie orangutanów o 10.00 i 14.00). Natomiast karmienie w Labuk Bay o 11.30. Czyli jeśli szybko wybiegniemy od orangutanów zaraz po karmieniu, to może zdążymy dojechać do Labuk Bay, a potem wrócić na drugie karmienie do Sepilok - za bardzo nie wiedzieliśmy czym, ale był to przynajmniej jakiś plan :) Wynieśliśmy bagaże z pokoju (na kolejną, domówioną wczoraj noc, przeniesiono nas do innego), a że doba hotelowa jeszcze się nie rozpoczęła, zostawiliśmy je na recepcji (cztery razy sprawdziłam, czy na pewno nie zostawiłam niczego na środku holu :D Mokre ubrania (czyli właściwie wszystkie :D powiesiliśmy tradycyjnie na barierkach i pobiegliśmy do Centrum Orangutanów.

Image

Na szczęście okazało się, że ktoś chyba nad nami czuwał, bo spod samego centrum, o godzinie 10.30 odjeżdżają busy do Labuk Bay. Bilet - 20 MYR. Czyli jednak była realna szansa, żeby zobaczyć i jedno, i drugie miejsce. Ufff, co za ulga :)
Sepilok Rehabilitation Orangutan Centre. Miejsce, w którym orangutany przygotowywane są do życia na wolności (choć może to złe określenie. Chyba nie ma już prawdziwej "wolności" na której mogłyby żyć :( Poza tym, zawsze już będą przyzwyczajone do człowieka.) Bez tej pomocy prawdopodobnie by nie przetrwały, jednak dzięki niej/przez nią staną się zupełnie innymi zwierzętami. "Zło to zło, Stregoborze..." :(
Orangutany przemieszczają się po umieszczonych bardzo blisko siebie gałęziach dżungli i miały się bardzo dobrze, do momentu w którym nie zaczęto wycinać lasów tropikalnych, aby zrobić miejsce na uprawy palm olejowych. Chyba każdy widział któreś z bardzo smutnych zdjęć - przerażony, samotny orangutan trzyma się kurczowo gałęzi ostatniego, nie wyciętego jeszcze drzewa. A wokół, aż po widnokrąg, tylko pustka...Orangutany nie były w stanie przeżyć w takim środowisku. Wymierały - ze strachu, z głodu. Dużą rolę odegrali też kłusownicy - pozbawione ochrony dżungli zwierzęta, stawały się bezbronne. Matki starały się chronić dzieci, najczęściej przy tym ginąc i pozostawiając nieporadne maluchy zupełnie bez opieki. Mały orangutan musi się dużo nauczyć, żeby przetrwać. Musi wiedzieć co jest jadalne, a co trujące, jak rozpoznać niebezpieczeństwo, jak wspinać się po drzewach, jak zbudować gniazdo...To ogromna ilość wiedzy, dlatego maluchy przebywają z matkami prawie do 10 roku życia. Bez ich wsparcia i pomocy są zgubione...Rząd malezyjski na szczęście zorientował się, że powoli doprowadza do zguby swojego najcenniejszego skarbu - przyrody. Zaczęto wprowadzać programy naprawcze - niektóre plantacje pozostawia się dziko, aby ponownie zarosły dżunglą. Zaczęły powstawać też ośrodki pomocy dla zwierząt, takie jak Centrum Rehabilitacji Orangutanów. To dobrze. Idzie powoli, ale w dobrym kierunku.

Sepilok Orangutan Rehabilitation Centre jest jednym z najlepszych ośrodków tego rodzaju. Bilet wstępu kosztuje 30 MYR i obowiązuje przez cały dzień (czyli można wyjść i wejść na drugą, popołudniową turę otwarcia). To, że zwiedzający mogą przebywać na terenie w sumie tylko przez cztery godziny, to też bardzo dobrze - orangutany mają spokój i nie są zbytnio zmęczone turystami. Za możliwość używania aparatu fotograficznego dopłaca się 10 MYR, a wszystkie pieniądze przeznaczone są na utrzymanie ośrodka. Na teren, oprócz aparatu, nie można wnieść niczego - wody, jedzenia, sprayów przeciwko komarom (tego w szczególności - gdyby przypadkiem dostał się w ręce orangutana, zatrucie murowane). Przed wejściem są szafki, gdzie bez problemu można zostawić wszystkie niepotrzebne rzeczy. Potem tylko obowiązkowa dezynfekcja rąk i przejście przez matę dezynfekującą i już można biec, żeby zdążyć na karmienie :)

Image

Sam ośrodek zbudowany jest w bardzo przyjazny dla zwierząt sposób. Drewniane mostki i platformy, po których chodzą turyści, otoczone są lasem tropikalnym, w bardzo przemyślany sposób. Część dostępna dla zwiedzających tworzy jakby wyspę w dżungli i wydaje się, że to właśnie ludzie znajdują się na wybiegu. A orangutany albo przyjdą nas oglądać, albo nie :) Karmienie, które daje szansę na zobaczenie zwierząt, rozpoczyna się o 10.00 na jednej z platform. Biegliśmy do niej pędem, żeby nie stracić nic z tego wymarzonego widowiska. Niestety, ledwo wybiegliśmy za ostatni zakręt, ukazał się nam niezbyt optymistyczny widok.

Image
Tak, wszyscy ci ludzie patrzą na położoną w dżungli platformę, na której, być może, pojawią się orangutany :/ (a spróbujcie się dopchać do najbliższej barierki :/ No cóż, można zapomnieć o przeżywaniu tej chwili w ciszy i samotności :/ :D
Po paru minutach krzewy w dżungli zaczęły się poruszać, a my wszyscy wstrzymaliśmy oddech z napięcia :) I pomalutku, zza krzaków zaczął się wyłaniać pan z ogromnym, wypełnionym owocami, koszem na plecach. Gdy zbliżył się do platformy, zza zasłaniającej ją do tej pory wysokiej trawy, wyłoniła się brązowa główka, a tłum jęknął z zachwytu :) Po chwili na platformę wdrapał się drugi orangutan, pan zaczął wyrzucać smakołyki z kosza, a o obecności turystów świadczyły tylko odgłosy strzelających migawek :)

Image

Do platformy prowadziły też niknące w dżungli liny. Można było nimi przedostać się z lasu prosto na śniadanie, można też było uprawiać na nich skomplikowane ćwiczenia gimnastyczne. Bardzo skomplikowane :D
Image

Image

Image
Czy ta bródka nie zachęca, żeby w nią podrapać? :)

Image
Na karmienie wyszły tylko dwa orangutany (może pozostałym przeszkadzała obecność tak wielu ludzi?), więc makak mógł spokojnie pożywić się tym (ale tylko tym :D, czego nie dojadły.

Niestety, minuty mijały nieubłaganie, więc ponownie puściliśmy się biegiem do wyjścia. Na bus zdążyliśmy w ostatnim momencie, jednak gdy tylko ruszyliśmy, pojawił się problem. Otóż okazało się, że bus powrotny z Labuk Bay do Sepilok odjeżdża o 15.30 (a jedzie się około pół godziny). Czyli nawet nie to, że nie zdążymy na drugie karmienie orangutanów - w ogóle nie zdążymy przed zamknięciem ośrodka :/ Był to poważny problem, bo jak do tej pory byliśmy u orangutanów tylko 15 (słownie : piętnaście :D minut :/ To nawet trochę nie wypada, żeby lecieć przez pół świata na tak krótkie odwiedziny :D Uznaliśmy więc, że coś się wymyśli w Labuk. I rzeczywiście, wymyśliło się :D Pani w kasie (60 MYR za wstęp + 10 MYR za aparat) miała bardzo dobre serce i obiecała, że załatwi nam prywatny powrotny bus. Za 60 MYR w sumie, ale za to o 13.30 (to i tak nie najgorzej - tylko 20 MYR więcej od tego, co musielibyśmy zapłacić, wracając tym oficjalnym). Nie było się nad czym zastanawiać, tym bardziej, że czas nas gonił, bo o 11.30 miało się zacząć karmienie w Labuk Bay. Pan podwiózł nas pod Platformę B (w Labuk są dwie platformy, z różnymi godzinami karmienia), pouczył, gdzie mamy się pojawić o 13.30 i podprowadził do wejścia.

Image
Niezbyt efektowna kładka nie zapowiadała tego, co za chwilę mieliśmy ujrzeć...

Image
Na całej, dosyć dużej platformie, znajdowało się niezbyt wielu turystów, za to masa małp :) To akurat silver leaf.
Nie bały się ludzi, a ludzie, trzeba przyznać, zachowywali się bardzo taktownie - nie hałasowali, nie podchodzili za blisko.

Image
Silver leaf to przepiękne, małe małpki o bardzo mądrych pyszczkach.

Image
Przepraszam, ale ostrzegałam, że zabiję Was ilością zdjęć :D ale one były tak rozkoszne, że nie dało się, no nie dało się nie robić :)

Gdy zeszliśmy na niższe piętro platformy, to czekała nas jeszcze większa niespodzianka.

Image
Nosacz. Liczyłam, że może jakoś, z daleka, uda się go zobaczyć. Ale zupełnie się nie spodziewałam, że będzie siedział po prostu na barierce platformy i wydawał swoje śmieszne, buczące dźwięki.

Image
Wydawał się zupełnie nie zainteresowany ludźmi. Czasami tylko, gdy ktoś z nas próbował naśladować jego dudniące "thhmmm", odwracał głowę i patrzył spokojnym wzrokiem, z wyrazem pyska mówiącym : "co ty wiesz o zabijaniu?" :D

Image
To samica. One nie były tak odważne. Siedziały cierpliwie w miejscu przeznaczonym do karmienia - na platformie daleko poza zasięgiem turystów. No ale nie ma co się dziwić, miały przecież poważne obowiązki - obok nich bawiła się cała gromadka dzieci.

Image
A w to, że nasze spotkanie skończy się tak, to już zupełnie-zupełnie nie wierzyłam :D No i nie wiem, jak to powiedzieć. Nie chciałabym spowodować kompleksów... :/ :D Samce nosacza mają 48-godzinną erekcję :D

Image
Przepiękny i przedziwny endemiczny gatunek.

Image
Posilające się samice.

Image
A tak wyglądało miejsce do karmienia. Labuk Bay jest zupełnie innym miejscem, niż Centrum Orangutanów. Tam wszystko zostało stworzone, żeby pomóc tym pięknym małpom. Gdy przygotowano już całość, zaczęto wprowadzać do ośrodka orangutany. W Labuk Bay było zupełnie na odwrót. W lesie żyły sobie duże stada, doskonale sobie radzących nosaczy. Ktoś wpadł na pomysł, że można dobudować mostki i platformy, zacząć je dokarmiać i będzie świetna atrakcja turystyczna. W sumie dobry pomysł. Na dokarmianiu kończy się ingerencja człowieka w życie nosaczy. A małpy biegają po lesie, bawią się na platformach, coś sobie zjedzą, ale bez większego entuzjazmu. Nie dzieje się im żadna krzywda - zresztą dbają o to rangerzy, bardzo uważnie obserwując wszystkich turystów.

Image
Problem mógłby się zacząć wtedy, gdyby ktoś zechciał wykorzystać fakt, że małpy są przyzwyczajone do obecności człowieka, więc i bardziej ufne. Jednak nie sądzę, żeby właściciele ośrodka na to pozwolili - sprzedaż biletów daje im dość wysoki zarobek, więc faktycznie o to dbają.

Image
Jadąc w to miejsce, zupełnie nie znałam silver leaf, jednak po pierwszym spotkaniu z nimi, zakochałam się bez pamięci.

Image
Przy wejściu zostaliśmy bardzo surowo pouczeni, że pod żadnym pozorem nie wolno dotykać małp. Każdy tej zasady skrupulatnie przestrzegał. Jednak co zrobić, jeśli to małpka dotknie ciebie? :D

Image
Malutkie silver leaf są jaskrawopomarańczowe. Dopiero gdy podrosną, ich futerko ściemnieje. Powód? Jedna z teorii mówi o tym, że to sposób na zapewnienie maluchom bezpieczeństwa. Kolor pomarańczowy w dżungli oznacza " Nie rusz. Jestem niebezpieczny. Trujący. Trzymaj się ode mnie z daleka". Za każdym razem wzdycham z podziwem nad przemyślnością natury...

Image
Małe są bardzo szybkie (co widać na zdjęciu :D Ten maluch właśnie odpoczywał (trudno w to uwierzyć, patrząc na zdjęcie :D po bardzo wyczerpującej lekcji oswajania się z wodą. Mama posadziła go na gałązkach zwieszających się bardzo nisko nad przepływającym nieopodal strumieniem i, nie zważając na jego przeraźliwe piski, odeszła prawie na sam szczyt drzewa. Maluch gramolił się i gramolił, piszczał, wpadał do wody i z niej wychodził i generalnie był bardzo nieszczęśliwy. W końcu mama uznała, że dosyć na dziś i zabrała go w spokojniejsze miejsce (czyli prawie nam na kolana :D

Image

Image
Natomiast małe nosacze mają takie dziwne niebiesko-fioletowe twarze. Nie wiem czemu.

Image
Nosacze żyją w stadach złożonych z samca i kilku samic (zupełnie się nie dziwię - biorąc pod uwagę, hmmm....możliwości samca :D
W stadzie panuje hierarchia - mam wrażenie, że samica po prawej stronie stoi w owej hierarchii dosyć nisko (zaniedbane futro).

Image
W Labuk Bay można też spotkać dzioborożce.

Image
Piękny widok...

Image
Powiem szczerze, mieliśmy duży dylemat, czy wracać na drugie karmienie orangutanów, czy nie lepiej zostać w Labuk do wieczora. Szczerze, szczerze polecam to miejsce każdemu. W Labuk Bay macie nie szansę, tylko pewność, że zobaczycie i poobserwujecie małpy. I to w takim stopniu, jakiego byście się nie spodziewali :) Warto.

Image
W okolicach 13.30 małpy zaczęły się rozchodzić. Najpierw po jednej, później odchodziły całe grupy. Gdy czekaliśmy na nasz prywatny bus, dowiedzieliśmy się, dlaczego :D Przedzierały się przez las w stronę Platformy A, bo zbliżała się pora karmienia w innym miejscu. Bardzo sprytne te małpy :D Gdyby ktoś mógł zostać w Labuk Bay, byłaby to dodatkowa atrakcja - do Platformy A można iść na piechotę, wzdłuż lasu, czyli niejako przemieszczać się z małpami. A obserwacja ich wyczynów to naprawdę wielka przyjemność.

Image

C.D.N.

P.S. Myślałam, że dziś skończę z małpami :/ a wyszło, jak zawsze:/ przepraszam :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 19 Paź 2017 09:45, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
22 ludzi lubi ten post.
jobi uważa post za pomocny.
 
 
#34 PostWysłany: 20 Gru 2016 00:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1045
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
Dzięki @‌pestycyda‌! Widok nosacza zawsze poprawia mi nastrój :D
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 20 Gru 2016 14:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Kwi 2015
Posty: 172
Loty: 209
Kilometry: 335 844
fantastyczne zdjęcia @pestycyda!
nie mogłam się napatrzeć i nadziwić ,jak u każdego nosacza inny czubek tego nochala. :shock:
Jakie to bardzo ludzkie :)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 20 Gru 2016 20:28 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
ale mają nochale :shock: :shock:
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 22 Gru 2016 00:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
@spty13, dziękuję w imieniu Marcina :)
A nosacze są naprawdę cudowne! :)

Prywatny bus przewiózł nas (i chyba wszystkie pracujące w Labuk Bay panie - autostopem :) ponownie do Centrum Orangutanów. Szybko przeszliśmy standardową procedurę - chowanie bagażu, dezynfekcja - i biegiem ruszyliśmy na znaną już nam platformę. Tym razem bardzo chcieliśmy zająć miejsce tuż przy barierce. Jednak gdy pędem wybiegliśmy zza ostatniego zakrętu, okazało się, że nie ma takiej możliwości :D Na środku platformy dla ludzi biły się (ba - tłukły, wyrywały z siebie sierść i krzyczały) dwa orangutany ochraniane przez rangerów - nie pozwalali oni podejść nielicznym turystom zbyt blisko. Niesamowity spektakl. Wyglądało to dość niebezpiecznie, jednak chyba było tylko niewinną zabawą młodych samców, bo po chwili przestały i zaczęły się interesować otaczającymi ich turystami. To z kolei niezbyt spodobało się rangerom. Gdy jeden z orangutanów podbiegł do stojącego niedaleko obserwatora i zaczął badać jego kieszeń i sprawdzać, czy na pewno jest mężczyzną :D ochroniarz zabronił mu ruszać się i dotykać zwierzęcia. Trzeba przyznać, że mężczyzna był twardzielem - całe badanie zniósł bez zmrużenia oka :D A śmiać zaczął się dopiero, gdy zadowolony z wyników oględzin orangutan odszedł z dystynkcją po barierce.

Image

Drugie karmienie jest o wiele lepszym wyborem - w ośrodku przebywa wtedy dużo mniej turystów (jak nam ktoś wytłumaczył : to jest standard wizyt w tym rejonie - rano ogląda się pierwsze karmienie orangutanów, a potem wycieczka nad jezioro, żeby popływać na łabędziach - cokolwiek by to nie było :D Poza tym, mam wrażenie, że skoro już ktoś odpuścił sobie super atrakcyjne pływanie na łabędziu ( !!! :D ) i wrócił do Centrum, to musi być prawdziwym pasjonatem i, jako taki, po prostu zachowuje się dużo ciszej. Dzięki temu na drugie karmienie wychodzi więcej orangutanów (to słowa obsługi ośrodka) i często zdarzają się takie widoki, jakich dziś byliśmy świadkami.

Image

I tak jak po pierwszym karmieniu byliśmy trochę zawiedzeni, tak teraz, ani przez moment nie żałowaliśmy, że nie zostaliśmy dłużej w Labuk Bay.

Image

Wychodzące z dżungli liny co chwilę mocno drżały, ogłaszając, że za moment na podest nadejdzie kolejny obżartuch. W sumie pojawiło się sześć orangutanów, w różnym wieku i o innej hierarchii ważności. Obserwacja ich relacji była niesamowicie interesująca. Gdy na platformę nadciągał starszy, ważniejszy samiec, młode szybko łapały ze dwa owoce i odsuwały się, żeby zrobić miejsce dla bardziej zasłużonego. Ten natomiast zachowywał się z wielką klasą, nie to, co niesforne młokosy - oglądał każdy owoc uważnie, żeby wybrać same ulubionego gatunku i jadł je, siedząc elegancko na platformie. Młodsze orangutany szalały w tym czasie ze swoim jedzeniem na linach :D Nad dżunglą, nad platformą i nad turystami. Widocznie pracownicy ośrodka przeżyli tu wcześniej kilka nieprzyjemnych sytuacji, bo nad głowami oglądających zawieszona była siatka o bardzo małych oczkach. Nie powiem, przydała się :D Otóż zdarza się, że czasami (a nawet dosyć często :D orangutany wpadają na to, żeby nakarmić swoich dwunożnych kuzynów fragmentami owoców (ale nie oszukujmy się - wybierają te mniej smaczne :D I robią to z dosyć dużą siłą :D

Image
Spróbujcie tak zrobić :D

Image
Albo tak :D

Image
Nawet jeśli jesteś bardzo małym, nic nie znaczącym orangutanem, to nie martw się. Jest ktoś, kto w hierarchii stoi dużo niżej od ciebie - makak :D Gdy lina wychodząca z dżungli ponownie zadrżała (świetnie się to obserwuje. Widzisz tylko ruchy liny, która niknie w dżungli, więc wiesz, że ktoś nadchodzi. Wpatrujesz się w nią, aż w końcu z drzew wyłoni się orangutan), wstrzymaliśmy oddech w oczekiwaniu : może wyjdzie jakiś starszy, z rozwiniętym talerzem policzkowym, samiec? Tymczasem na końcu liny ukazał się mały makak. Szedł po niej uważnie stawiając kroki, jak linoskoczek. Szedł skromnie, powoli i nieśmiało, licząc na poczęstunek na platformie. Niestety, orangutany również go zauważyły. I niezbyt się im spodobało, że taki ktoś ma zamiar podjadać im owoce. Jeden z orangutanów, z zaciętą i srogą miną, podbiegł do liny i zaczął nią potrząsać z całych sił. Biedny makak początkowo próbował się jej trzymać, ale tracił równowagę i w końcu spadł w krzaki. A zadowolony orangutan otrzepał dłonie (przysięgam! :D i powrócił spokojnie do jedzenia.

Image
A wyglądają tak niewinnie :D

Image

Image
To najstarszy samiec. Wprawdzie jeszcze trochę mu brakuje do dorosłości, ale talerze policzkowe już zaczynają się kształtować.

Image
Karmienie i obserwacja małpich figli trwała z jakąś godzinę.

Image
A naprawdę było co obserwować. Jeśli chcecie wybrać się do Centrum Orangutanów, a macie mało czasu - bardzo, bardzo polecam drugie karmienie. Jeśli natomiast możecie sobie na to pozwolić - spędźcie tam cały dzień. Oprócz platform do karmienia na terenie ośrodka znajdują się drewniane mostki i krótkie szlaki - można próbować wypatrzeć orangutany na własną rękę. My nie mieliśmy niestety takiej możliwości (ach ten brak czasu :( i bardzo żałujemy.

Image
Gdy wszystkie (a przynajmniej te smaczniejsze :) owoce zostały zjedzone, orangutany zaczęły się rozchodzić. Niektóre do dżungli, niektóre zaś postanowiły odprowadzić ulubionego pana (od zawsze wiadomo, że ten ulubiony, kto daje jedzenie :D
My natomiast pobiegliśmy (bieg, bo znowu zostało niewiele czasu - ośrodek zamykają o 16.00) w stronę kolejnego miejsca, które chcieliśmy zobaczyć. Dla najmłodszych orangutanów na terenie ośrodka znajduje się...przedszkole, w którym uczą się podstawowych umiejętności przydatnych w dżungli. Na sam teren przedszkola wejść nie można, wchodzi się natomiast do piętrowego budynku, gdzie siedząc na wygodnych fotelach i patrząc przez oszkloną ścianę, można obserwować wyczyny maluchów. Żeby nie stresować małp, szyba jest przezroczysta tylko od strony widzów i dźwiękoszczelna. Małpki natomiast nie widzą turystów wcale.
Samo przedszkole jest właściwie placem zabaw, na którym, jak w prawdziwym przedszkolu, wszystko jest malutkie. Malutkie i niskie platformy, nisko przymocowane liny - wszystko w trosce o bezpieczeństwo maluchów. W końcu dopiero się uczą :)
I, jak w prawdziwym przedszkolu, bardzo przy tej nauce łobuzują :D Powiem tak - siedząc w budynku momentami czułam się jak w kinie, na dobrej komedii. Cała sala równocześnie wybuchała gromkim śmiechem obserwując wyczyny dzieciaków.

Image
Ten rozdziawiony na przykład to wyjątkowy łobuz :D Poważnie :D Chodził po całym terenie i ciągle szukał zaczepki - tu kogoś potrącił, tu kopnął. I jeszcze się z tego złośliwie cieszył :D Każda z małpek ma swojego opiekuna, który uczy ją odpowiednich zachowań, nawiązywania relacji itp. Po prostu pełni rolę matki, której im zabrakło. Przypuszczam, że na parterze budynku mieściło się takie samo pomieszczenie obserwatorskie, z tym, że tam dyżurowały "zastępcze matki". Po każdym nieakceptowalnym zachowaniu swojego podopiecznego, opiekun wybiegał z pomieszczenia i próbował (tak. to odpowiednie słowo w tym miejscu :D go zdyscyplinować. Opiekunem łobuza był młody, szczupły (nie dziwię się :D chłopak. I serdecznie mu współczułam, gdy po raz dziesiąty, wyczerpany i czerwony, wybiegał z pomieszczenia do swojego malucha i starał mu się wyjaśnić niestosowność jego zachowania. Opiekunowie łapią wtedy małpkę za rączkę, odwracają uwagę od nieakceptowalnej sytuacji i próbują coś tłumaczyć. Maluch nie dość, że wyrywał swojemu opiekunowi rękę z ogromną złością, to jeszcze odwracał głowę, zatykał uszy dłońmi i pyskował w swoim języku :D A złośliwy był bardzo :D Przy jedenastej ingerencji opiekuna zmienił taktykę. Stał grzecznie i pokornie wysłuchał kazania. Natomiast gdy za jego zadowolonym (wreszcie!) opiekunem zamknęły się drzwi, natychmiast podszedł do platformy, na której grzeczne dziewczynki (przynajmniej tak to wyglądało :D jadły sobie owoce, obrzucił je niechętnym spojrzeniem i jednym ruchem ręki zmiótł im wszystkie owoce z podestu na piasek :D :D :D Życie...:D

Image
Opiekunka tego malucha też nie miała zbyt lekko. Dla bezpieczeństwa orangutanów, ludzie na teren przedszkola wchodzą w rękawiczkach i maseczkach na twarzy. I gdy "zastępcza mama" przyszła do niego coś mu wytłumaczyć (a właściwie odciągnąć od bójki z łobuzem), zamiast przejąć się jej słowami, po prostu wykorzystał chwilę nieuwagi i ukradł jej jedną rękawiczkę :D Natychmiast uciekł z nią na wysoki słupek i z ogromnym zainteresowaniem zaczął badać, do czego taka rękawiczka może się przydać. Najpierw próbował ją nadmuchać, co udało mu się połowicznie i rękawiczka trochę się rozpękła :D Zaczął ją więc przymierzać - z równym entuzjazmem na stopy i na ręce. Opiekunka stała pod słupem, prosiła, wołała, maluch ewidentnie jej "nie słyszał" :D (jakie to dopiero jest ludzkie :D Jak nie wierzycie, wejdźcie do jakiegokolwiek przedszkola w godzinach szczytu :D W końcu wyniosła pod słup duży kawał dorodnego ananasa. Mały popatrzył na ananasa, popatrzył na zniszczoną już nieco rękawiczkę i szybko przeanalizował, co mu się bardziej opłaca :D Grzecznie zszedł z słupa, wymienił się i zadowolony odszedł w kąt konsumować smakołyk (inna sprawa, że zaraz przyszedł łobuz i go kopnął i cała zabawa zaczęła się od nowa :D

Image
Najmniejsze, najbardziej nieporadne orangutany, po pobycie w przedszkolu na noc zaprowadzane są do klatek (nie poradziłyby sobie jeszcze na wolności). Starsze wracają do dżungli, żeby kolejnego ranka ponownie wrócić "na nauki".

Image
Balet na słupie :)

Image
W przedszkolu można by spędzić długie godziny, a orangutany nie przestałyby nas zaskakiwać. To bardzo inteligentne zwierzęta. Tym bardziej szkoda, że nie mogą spędzić swojego dzieciństwa z naturalnymi matkami, na wolności. Pracownicy ośrodka opowiadają, że czasem mają problem związany właśnie ze zbytnim przywiązaniem zwierząt do opiekunów i miejsca. Założenie pomocy jest takie, że każdy w pełni dorosły orangutan, powinien z ośrodka odejść do dżungli - ma taką możliwość w każdym momencie, bo ośrodek nie jest ograniczony kratami itp. Jednak tu żyje się łatwiej i czasem orangutany wracają do znanego sobie miejsca. Gdy jest to dojrzały samiec, to niestety pojawia się duży problem - żeby zdobyć odpowiedni status musi walczyć z innymi. Więc walczy z nieprzygotowanymi do tego, młodymi mieszkańcami ośrodka. I niestety zabija. Zdarzały się takie przypadki, więc teraz, gdy podrośnięty samiec sprawia wrażenie mocno dominującego, pracownicy wywożą go po prostu gdzieś daleko, żeby zapobiec powrotom (obawiam się, że łobuza będzie trzeba wywieźć przynajmniej do Indonezji :D

Image
Ten orangutan przyszedł z dżungli. Jest albo chory, albo to jakaś mutacja - jego ciało nie było porośnięte włosami tak mocno, jak u innych. W porównaniu z pozostałymi był po prostu łysy. Jednak dzieciom to zupełnie nie przeszkadzało i szybko wciągnęły go do zabawy.

Niestety, czas szybko mijał. Jako jedni z ostatnich opuściliśmy Centrum Rehabilitacji Orangutanów. Teraz zyskaliśmy pewność, że nasz pierwotny (nie zaburzony przez wizyty na komisariatach) plan zwiedzania, był optymalny - jeden cały dzień na orangutany, jeden dzień na Labuk Bay. Tak byłoby idealnie. Niestety, trzeba było brać, to, co możliwe. Dobrze, że choć na chwilę udało nam się być w każdym z tych ośrodków.

Image
Po drodze jeszcze zakup coli na przydrożnym stoisku (2 MYR puszka) i powrót do hotelu. Po szaleńczym tempie dzisiejszego zwiedzania, należało nam się trochę odpoczynku. Więc bardzo powoli (kłamię :D z przyzwyczajenia wszystko robiliśmy już szybko, ale chciałam wprowadzić trochę nowości do relacji :D pozbieraliśmy nasze bagaże z recepcji (Ha! Tym razem udało mi się niczego nie zostawić na środku holu, ani w żadnym innym miejscu :D i przenieśliśmy się do drugiego pokoju.

Image
Naprawdę nie mam pojęcia, jak inni radzą sobie z tą wilgocią...My sobie nie poradziliśmy, a próbowaliśmy wszystkiego, łącznie z przekładaniem ubrań co pięć minut na inną część barierki - w zależności od tego, gdzie akurat w tym momencie padało słońce :D

Image
Jedzenie w ośrodku było naprawdę wyborne. I, na szczęście, nie najtańsze :D ("na szczęście", bo dzięki gestowi "big bossa" mogliśmy sobie wmawiać, że trochę skradzionych pieniędzy się nam wróciło :D

Image
A to jakiś wybitnie rzadki i niesamowity ptaszek :D A wiem to nie z powodu mojej olbrzymiej wiedzy ornitologicznej, tylko dzięki umiejętności obserwacji :D W restauracji hotelowej razem z nami siedziała wycieczka fotografów (a patrząc po sprzęcie nie - amatorów). I w jednym momencie zrobił się gwar, ruch, wszyscy rzucili się w jedno miejsce i skierowali półmetrowe obiektywy na jedno drzewo (na którym, szczerze mówiąc, nic nie widziałam :D Ale jak wszyscy, to wszyscy. Podbiegliśmy i my, choć z naszym małym aparacikiem czuliśmy się tam trochę nie na miejscu :D I wtedy wypatrzyliśmy tego oto malutkiego ptaszka.

Image
A potem, dzięki grzeczności panów-fotografów (a raczej ich hałaśliwemu trybowi działania :D jeszcze takiego. Ten też był ważny, ale oceniając ich mowę ciała, jednak mniej :D

Ponieważ nasz plan podróży nieco się rozpadł, została nam jedna, niewykorzystana noc (za mało, żeby jechać w jakieś inne miejsce) przed pierwszym noclegiem pod Kinabalu. Dzień wcześniej napisaliśmy więc do Jungle Jacka (człowieka, u którego załatwialiśmy wspinaczkę na górę), czy możemy przyjechać dzień wcześniej. Za takim rozwiązaniem przemawiały mocne argumenty : odpoczniemy sobie przed wejściem na szczyt, a poza tym, dostaniemy dodatkowy czas na aklimatyzację. Jack odpisał, żebyśmy przyjeżdżali. W agencji naszego hotelu załatwiliśmy bilety na jutro na autobus (35 MYR sztuka + 15 MYR za serwis - zakup biletów i podwózkę na drogę wylotową, gdzie autobus miał się zatrzymać i nas zabrać), więc wieczór mogliśmy spędzić na ulubionej przez nas czynności (Ha! I tu Was zaskoczę - na przewracaniu ubrań pod klimatyzatorem :P (no dobra - 11 MYR puszka :D

Kolejnego dnia mieliśmy czekać pod recepcją o 12.00 na kierowcę. Czyli kolejny uśmiech losu - jeśli wstaniemy wcześnie (ech...) i będziemy się bardzo spieszyć (czemu mnie to nie dziwi :/ po powrocie z wakacji zawsze muszę mieć kolejne na odpoczynek :/ :D , to zdążymy przed wyjazdem odwiedzić jeszcze Bornean Sun Bear Conservation Centre. Tym razem nie musieliśmy zostawiać plecaków na recepcji. Było tak wcześnie, że ze zwiedzaniem mieliśmy uwinąć się przed zakończeniem doby hotelowej :/ :D i biegiem do niedźwiedzi! Trzeba przyznać, że nasz ośrodek, Sepilok Jungle Resort, oprócz dobrych cen i warunków, ma znakomitą lokalizację - do wszystkich trzech atrakcji : niedźwiedzi, orangutanów i lasu deszczowego, jest bardzo blisko i łatwo można się wszędzie dostać na piechotę.
Pod Centrum byliśmy jako pierwsi goście. Bilet - 31,60 MYR.
Biruang malajski (sun bear) jest bardzo rzadkim i jednym z najmniejszych niedźwiedzi. Przykro mi, ale brak czasu nie pozwalał na dłuższe pogawędki z pracownikami ośrodka, więc za bardzo nie wiem, na jakich zasadach on działa. Przewodniczka mówiła coś wprawdzie o wypuszczaniu niedźwiedzi na wolność (i również o wywożeniu daleko, bo czasem wracają), ale do końca nie wiem, czy są to niedźwiedzie odratowane i chwilowo przebywające w ośrodku, czy po prostu mają tu pozostać do końca życia. Jedno jest pewne - warunki, które im stworzono, są naprawdę znakomite.
Po ośrodku chodzi się również po mostkach i platformach, na których dodatkowo znajdują się lunety do podglądania zwierząt.

Image
Początkowo człowiek nie patrzy tam, gdzie trzeba i martwi się, że żadnego niedźwiedzia nie zobaczy. Dopiero po chwili staje się jasne, że las jest ich pełen :)

Image
Mostki dla turystów zbudowane są wysoko nad terenem ośrodka i można zauważyć, że las jest podzielony siatką na kwatery. W poszczególnych kwaterach mieszkają razem zwierzęta, które nie są wobec siebie agresywne.

Image
Biruang malajski jest znakomitym wspinaczem i na drzewach spędza dużą część życia.

Image
Mostki dla turystów. Prawie jak kolejny "canopy walk" :D Ale to świetny pomysł, bo często jest się prawie na tej samej wysokości, co niedźwiedź na drzewie.

Image
Niespodzianka :) to nie jest tylko takie sobie zwykłe drzewo :) Widzicie?

Image
Biruangi mają wyjątkowo długi język. Wygarniają nim miód dzikich pszczół i nektar kwiatów.

Image
Popatrzcie, jakie pazury...

Sam ośrodek nie jest może jakiś wybitnie wielki, ale warto tam spędzić trochę czasu. Obserwacja zwierząt - i bezpośrednia, i przez lunetę - to doskonała zabawa. Poza tym, podobno często przychodzą tu orangutany z pobliskiego Centrum :)

Image

Niestety, nadszedł czas, w którym musieliśmy pożegnać się z naszym ośrodkiem ("big boss" pewnie odetchnął z ulgą - na nieszczęście dla niego dość sporo jemy :D , kierowca podwiózł nas na drogę wylotową, wręczył różowe karteczki (mieliśmy szczerą nadzieję, że to nasze bilety :D i kazał czekać na żółty autobus. A jak będzie przejeżdżał, to mamy na niego zamachać, bo, jak oznajmił dumnie, kierowca jest już uprzedzony, że ma nas stąd zabrać.

Image
Nie dało się pomylić :D Okazało się, że na biletach mamy nawet numer miejsca, a w autobusie była także toaleta (inna sprawa, że skorzystanie z niej wymagało umiejętności akrobaty :D

Podróż do Kinabalu trwała około czterech godzin. Standardowo postoje na posiłek i na wpuszczenie do środka pań z przekąskami.
Image

Image
Nie byliśmy głodni. Byliśmy całkowicie zaprzątnięci myślą, że już niedługo będziemy w miejscu, dla którego głównie tu przyjechaliśmy. Byliśmy przejęci, podekscytowani i podnieceni. (a poza tym, nie żałowaliśmy sobie na pożegnalnym śniadaniu u "big bossa" :D

Image

Image
Widoki za oknem się zmieniały, przyroda stawała się bardziej surowa, zaczęło się robić chłodniej...

Image
...a ja zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno wiem, co robię. I gdzie schowałam testament :D

Image
Kinabalu w pełnej krasie...

Image
I wreszcie jesteśmy u celu. Schronisko Jungle Jacka.

C.D.N.

P.S. Dla osób, które nie lubią małp (chociaż trudno mi uwierzyć, że są takie :D Przysięgam. Więcej małp na Borneo nie spotkałam. Więc nie obawiajcie się, nie będę Was zarzucać kolejnymi zdjęciami :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 19 Paź 2017 10:32, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 23 Gru 2016 09:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Wrz 2014
Posty: 18
Loty: 34
Kilometry: 88 311
Żona mnie uświadomiła, że piszesz relację :D i oczywiście jak zawsze z zapartym tchem czytałem linijka po linijce, jakby pominąć ten jeden przykry incydent to po prostu bajka!!! Nie piecz pierników, nie lep uszek :P karpia tez nie musi być, wole małpy :D karm nas dalsza częścią opowieści ;-)

Pozdrawiam serdecznie
Max
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#39 PostWysłany: 23 Gru 2016 22:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
@Maxi1982, uszka jak uszka, ale samo się niestety nie posprząta :/ :D (a to akurat nie jest moje ulubione zajęcie, jak widać na zdjęciach :D

Załatwienie wspinaczki na Kinabalu nie jest proste. To znaczy proste jest dla kogoś, kto może przeznaczyć na ten cel ogromne sumy i ma wystarczającą ilość czasu, żeby zarezerwować trekking z dużym wyprzedzeniem. Dziennie wydawana jest ograniczona ilość zezwoleń na wyjście, dlatego terminy są bardzo odległe. Koszt trekkingu z agencją lub biurem jest bardzo wysoki (uwierzcie. Sprawdzaliśmy chyba wszystkie możliwe opcje), natomiast samemu wejść nie można (tzn. podobno można, ale jest to niezmiernie trudne do załatwienia. Otóż zdobywanie szczytu trwa dwa dni, z noclegiem po drodze. Znajduje się tam hotel i parę hosteli - możliwe, że niedługo będzie łatwiej o nocleg, bo buduje się kilka nowych. Ceny noclegów są masakrycznie wysokie - wiadomo, monopoliści. Ale gorsze jest to, że samodzielne zarezerwowanie pokoju jest chyba niemożliwe - mam wrażenie, że hostele mają umowę z agencjami i trzymają miejsca tylko dla nich. Jest też druga opcja, tańsza - wejście jednodniowe. Ma to jednak swoje minusy. I to poważne. Odchodząc już nawet od znakomitej kondycji, którą trzeba posiadać, problemem jest pogoda. Zdobywając Kinabalu w jeden dzień, na szczycie jest się po południu. Góra całkowicie ukryta jest wtedy wśród chmur i ogromna szansa, że będzie padać. Może też się zdarzyć, że właśnie z powodu ulewy turyści zostaną zatrzymani na ostatniej bramce i nie wpuszczeni na szczyt. Tak więc nie wygląda to zbyt optymistycznie).

Image

Istnieje jednak tańsza opcja zdobycia szczytu. Należy skontaktować się z Jungle Jackiem (Jungle Jack Backpacker na Facebooku), który za dużo niższą kwotę organizuje trekkingi na Kinabalu. Za 1380 MYR otrzymujemy zezwolenie, przewodnika, dwa noclegi w schronisku Jacka i jeden nocleg pod szczytem oraz wyżywienie. Jack ma schronisko niedaleko wejścia do Parku Narodowego i można u niego nocować też wtedy, gdy nie zamierzamy wchodzić na sam szczyt, tylko chcemy pochodzić po innych trasach. Wówczas koszt noclegu z wyżywieniem to 50 MYR.
Jungle Jack. O tym człowieku można by książkę napisać, a i tak byłoby mało. Jack jest Chińczykiem i zdecydowanie nie ma na imię Jack - powtórzenie jego prawdziwego imienia jest prawie niemożliwe :D Mieszka we własnoręcznie zbudowanej u podnóża Góry chatce, razem z dwoma malezyjskimi chłopcami - pomocnikami. Kawałek dalej samodzielnie zbudował też schronisko dla turystów. Nie pierwsze zresztą. Jego wcześniejsze schronisko zlokalizowane było trochę głębiej w lesie z doskonałym widokiem na Kinabalu. Niestety, do ziemi zaczęli rościć sobie prawo (podobno zupełnie niesłusznie) miejscowi członkowie plemienia Kadazandusun, którzy uznali, że to idealne miejsce na modlitwy (Kadazandusun są plemieniem ściśle związanym z Kinabalu. Nie bez powodu mówi się na nich "Ludzie chmur"). Zaczęli pisać petycje do władz i dopięli swego. Ale nie w taki sposób, jak myślicie. Gdy Jack sam wybrał się do władz porozmawiać, został poproszony o odstąpienie ziemi (zmusić go nikt nie mógł). Kadazandusun to duża grupa wyborcza, więc rządowi zależało na uspokojeniu nastrojów. Zaproponowano mu inny kawałek ziemi, jednak dom i schronisko musiałby zbudować od nowa. Jack wynegocjował jeszcze obietnicę, że od przyszłego roku będzie dziennie otrzymywał 40 zezwoleń (z i tak niewielkiej puli) na wspinaczkę i się zgodził. Jak będzie to działać - zobaczymy w przyszłym roku. Jeżeli władze obietnicy dotrzymają, będzie to oznaczać krótszy czas oczekiwania i duże ułatwienie dla turystów.

Image
Schronisko Jungle Jacka.

Image
I jego dom.

Image
Z takim widokiem...Może to nie Kinabalu, ale i tak dech zapiera :)

Nasz zestaw trekkingowy miał rozpocząć się 7 sierpnia, my jednak (po uzyskaniu wcześniej mailowej zgody) przyjechaliśmy już 6 sierpnia. W schronisku miejsc nie było, więc Jack ulokował nas w swoim domu. I teraz mam problem, bo chciałabym Wam przedstawić Jacka dokładnie takim, jaki jest. A jest wybitnym człowiekiem. Jest mądry, taką życiową, wynikająca z doświadczenia mądrością. Jest twardy. Jest honorowy i uczciwy. Jest ciepły i bardzo, bardzo dobry - ale musi to ukrywać, bo przecież jest twardy :D Jest znakomitym psychologiem. No dobra, nie będę Wam już ściemniać...:D Powiem wprost, z całkowitą odpowiedzialnością za słowa - zakochałam się w tym człowieku :) Kolega Marcin również się zakochał. Poważnie. Przebywanie z Jackiem, to według mnie, ogromny przywilej...

Image
Spod schroniska do naszego noclegu w domu Jacka podwozili nas jego pomocnicy - malezyjscy chłopcy (mówię : chłopcy, ponieważ, pomimo 20 lat, wyglądali na dużo młodszych. Żartowali, śmiali się i prawie przez cały czas robili sobie dowcipy. Byli typowymi "chłopcami Piotrusia Pana". Zresztą sam Jack mówił o nich : "boys"). Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy Jacka - wbiegał pod górę i promiennie się uśmiechał. Chłopcy również wybuchnęli głośnym śmiechem i wykrzyknęli : "To Jack! On jest szalony!" "Gdybym nie był szalony, to bym was nie potrzebował" - odkrzyknął z uśmiechem mężczyzna i pobiegł dalej. To nam dużo powiedziało o klimacie panującym w domu Jacka :)

Image
Na piętrze domu znajdowały się dwa pokoje (jeden Jacka, drugi chłopców) i otwarta przestrzeń, w której ustawione były piętrowe łóżka. To tu mieliśmy teraz mieszkać (trochę szkoda - głupio tak robić własny bałagan komuś zaraz pod drzwiami do pokoju :D Na parterze natomiast - łazienka i pokój-składzik na wszystkie niepotrzebne rzeczy (ale wkrótce będzie tu kolejny pokój dla turystów - jak z dumą oznajmili nam chłopcy).

Image
Nasz "pokój". Może i nie był szczytem luksusu, za to towarzystwo - wybitne.
Pomimo żartów i bardzo luźniej, życzliwej atmosfery, Jack był zdecydowanym i konkretnym szefem całego przybytku. Chłopcy byli bardzo pracowici i dokładnie wypełniali jego polecenia. Z początku myśleliśmy, że żartują, gdy z uśmiechem na twarzach powiedzieli nam, że zbiórka na kolację jest pod schroniskiem o 19.00, "a skoro Jack mówi o 19.00, to o 19.00 i ani minuty później". Później okazało się, że dokładnie taki jest jego styl zarządzania. W tym miejscu prawem był Jack, a jego słowo najważniejsze. Ale szefem był dobrym i sprawiedliwym.

Image
Na kolację zabrał wszystkich "swoich" turystów do chińskiej restauracji. Było nas kilkunastu - niektórzy mieli jutro wchodzić na Kinabalu, inni przyjechali tu po to, żeby pochodzić po Parku Narodowym. Ledwo upchnęliśmy się w busiku. Na miejscu Jack poinformował wszystkich, że on będzie zamawiał dania : "Zamówię dużo różnych dań. Macie próbować każdego po trochu. Ja będę zamawiać, bo wiem, co dla was dobre. Będzie wam smakować. A jak komuś nie smakuje - niech spada" :D I miał rację - wiedział, co dla nas dobre - dania były...no niby nie próbowałam wiele z chińskiej kuchni, więc moje zdanie może nie być wybitnie opiniotwórcze, ale były to najlepsze chińskie potrawy, jakie jadłam w życiu :) Potraw na stół wjechało kilkanaście, Jack czujnie sprawdzał, czy każdy spróbował wszystkiego, a gdy byliśmy napchani po uszy, zebrał do foliowego woreczka resztki dla psów. Psów Jack miał kilka - pod schroniskiem biegały ze cztery (w tym jeden szczeniak - jak się potem okazało znaleziony na drodze w ciężkim stanie przez jednego z chłopców i przygarnięty przez Jacka - "Nie ma mowy! Nienawidzę psów!" :D Pod domem natomiast, na łańcuchu przywiązany był Stinky. Stinky czuł się bardzo samotny, więc często wypinał się z łańcucha i biegł do swoich kumpli pod schronisko ("Znowu uciekłeś! Nie wytrzymam z takim psem! Najgorszy mój pies w życiu! Natychmiast tu chodź, draniu! Zaraz się z tobą policzę!"), spędzał z nimi pół wieczoru, następnie Jack zabierał go do domu autem i ponownie przypinał do budy. Codziennie. Dziwne, obejrzałam łańcuch dokładnie - nie wyglądał na taki, z którego można się wypiąć. Nie mogłam tego zrozumieć, do momentu, gdy przypadkowo wyglądając przez okno, zobaczyłam Jacka, oglądającego się na wszystkie strony, głaszczącego Stinky'ego z czułością i ...odpinającego łańcuch :D Natomiast wieczorem groźne okrzyki pojawiły się jak zawsze :)

Image
"Ucieknięty" i ponownie złapany Stinky :)

Wiem, rozgadałam się za bardzo :) ale strasznie zależy mi, żebyście poznali dokładnie, jakim człowiekiem jest Jack :) Postaram się trochę przyspieszyć : noc minęła spokojnie :D

Image
Na śniadanie ponownie przeszliśmy do schroniska. Każdy mógł wybierać sobie ze spiżarni to, na co miał ochotę i przygotować sobie to sam. Na parterze schroniska znajdowała się dobrze zaopatrzona kuchnia, naczynia itp. Kuchnia dostępna była cały czas - jeśli zgłodniałeś, w dowolnym momencie mogłeś zabrać sobie coś do jedzenia, wybierając z ogromnego zapasu owoców, jajek, makaronów itp. Jednak jeśli chodzi o śniadanie, to Jack oczekiwał (hm...przy jego stylu zarządzania bardziej odpowiednie byłoby : wymagał :D gdy ktoś zaspał, patrzył na niego potem niechętnym okiem), że wszyscy będą jeść razem. Był ku temu dobry powód - otóż podczas śniadania następowała odprawa dla ludzi, którzy tego dnia mieli wychodzić na Kinabalu. Oni zyskiwali potrzebne informacje, pozostali pławili się w atmosferze lekkiego niepokoju i wydzielającej się adrenaliny. Pożegnaliśmy dzisiejszą grupę, patrząc za nią z pewną zazdrością, gdy nagle podszedł do nas Jack i nieco zmartwiony, oznajmił : "Nie wyjdziecie jutro. Są problemy. Nie ma zezwolenia. Trzeba czekać"...

Image
Kinabalu, mógłbyś być wzorem i przykładem na wszystkich kursach podrywania :D (podstawowa zasada : być trudnym do zdobycia :D Nie to, żebym bywała na takich kursach - dowiedziałam się z sieci :D

Wytłumaczyliśmy Jackowi złożoność naszej sytuacji - jest niedziela, jeśli wyjdziemy dopiero we wtorek, to wrócimy w środę popołudniu. W środę mamy już nocleg gdzie indziej (zgodnie z pierwotnym planem), a wszystkie autobusy stąd odjeżdżają rano, więc nie uda się nam przemieścić. A co, jeśli trzeba będzie czekać dłużej? I wyjdziemy dopiero w środę? Samolot powrotny mamy w piątek, od lotniska jesteśmy kawał drogi. Boimy się zaryzykować, ale jeszcze bardziej nie chcemy pożegnać się z marzeniem o Górze...Zmartwił się mocniej i zapewnił nas, że zrobi wszystko, żebyśmy jednak jutro wyszli. Jeśli natomiast mu się to nie uda, to solennie obiecuje, że wyjdziemy we wtorek. Obietnica Jacka to nie byle co, więc wszystkim nam poprawił się humor.

Pozostawała sprawa zagospodarowania dnia - w okolicy znajdują się gorące źródła, więc chcieliśmy się tam wybrać. Jack odradził przejażdżkę skuterem (faktycznie, jadąc autobusem w to miejsce, widzieliśmy serpentyny i zjazdy, o których mówił. Jak zwykle miał rację :) i zaproponował, że chłopcy nas zawiozą (30 MYR w dwie strony). W schronisku mieszkała też pewna Włoszka. Niezbyt byliśmy pewni, co tu robi, trochę się krzątała, przestawiając pakunki z jedzeniem w spiżarni, czy poprawiając ustawienie kubków po śniadaniu. Okazało się, że podróżuje po Malezji przez całe wakacje i ma bardzo niewiele pieniędzy. Gdy Jack o tym usłyszał, zaproponował jej "pracę" za mieszkanie i wyżywienie :D Cały Jack - Carla przestawiała więc kubki, czasem coś zmiotła. Raz dostała bardzo poważne zadanie - pomalowanie na zielono drewnianych słupków (Jack dwoił się i troił, żeby jej honor nie ucierpiał i wyszukiwał przeróżne prace :) Słupki ją bardzo uszczęśliwiły - malowała je z takim zapałem, że zielona była nie tylko ona, ale i trawa wokół zyskała nowy, zielony odcień :D Jack w ogóle miał dużo takich pomocników. Carla była jedyną Europejką, która u niego "pracowała", ale miał też różnych miejscowych pracowników, którzy na śniadania przychodzili z żonami...Niesamowite było to, że przy całej swojej dobroczynności, cały czas pamiętał o honorze tych, którym pomagał. Nigdy, ale to nigdy nie dał nikomu odczuć, że to dar, a nie uczciwy zarobek....
Dobrze, już wracam do Carli :) Jack w minutę rozdzielił zadania na dzisiaj. Więc tak : "Wy jedziecie do gorących źródeł. Zabierzcie sobie lunch z kuchni, bo tam jest drogo. Chłopcy tak samo. Ty pojedziesz do sklepu, ty wyczeszesz psa, ty zmieciesz podłogę, a ty Carla, jedziesz z nimi do źródeł..." Rozumiecie już, dlaczego tak go pokochałam?....

Image
I gorące źródła. Wstęp kosztował 30 MYR (i tak, za Carlę zapłacili chłopcy. Jack i o to zadbał...), a same źródła były dosyć...hmm, dziwne? A przynajmniej nie takie, jak sobie wyobrażałam :D Składały się z niby-wanien, w których wszyscy się moczyli. Trochę wstyd, ale zdążyliśmy się też wykąpać, nim odkryliśmy, że każda wanna ma korek na dnie i można sobie przed kąpielą wymienić wodę :/ ale nic dziwnego, że go wcześniej nie zauważyliśmy - trudno było coś zobaczyć w wodzie z mydlinami...i resztkami jedzenia po wcześniejszych użytkownikach :/ :D

Image
Za siatką i za dodatkową opłatą można było też skorzystać ze zwykłego, rekreacyjnego basenu. My nie skorzystaliśmy.

Poring Hot Springs jest czymś w rodzaju kompleksu wypoczynkowego, bardzo popularnego wśród miejscowych. Oprócz basenu i niby-wanien, na jego terenie znajdują się ogrody kwiatowe, szlaki turystyczne po dżungli, wodospady i jeden z najwyższych w tym rejonie "canopy walk".

Image
Wejście na ten system mostów jest dodatkowo płatne - 5 MYR + jeszcze 5 MYR jeśli chcemy korzystać z aparatu. Ładnie wygląda na zdjęciu "en face", prawda? Taki szeroki, bezpieczny...:D

Image
Niestety, zdjęcia często przekłamują rzeczywistość :D Tak naprawdę, to bardzo wąska, gibająca się cały czas kładeczka :D Uwielbiam "canopy walk"! Ale tylko te, które są ze stali. Najlepiej pancernej :D

Image
Droga do wodospadu.

Image
A to jest niesamowita chyba gąsienica (zupełnie nie wiem, gdzie ją umieścić w systematyce :) - przysmak dzikich świń. Ma bardzo miękkie podbrzusze, natomiast plecy okrywa taki oto twardy pancerz. Gdy ktoś ją dotknie, lub poczuje drgania ziemi pod świńskimi kopytkami, natychmiast zwija się w taką zabezpieczoną, bardzo twardą kulę. Jest trochę przewrażliwiona na swoim punkcie, bo jeśli chce się ponownie zobaczyć, trzeba czekać dobrych parę godzin - dopiero po takim czasie uspokaja się na tyle, żeby ponownie się rozwinąć :)

Image

Image
Droga do wodospadu szybko zmienia się z parkowej alejki w prawdziwą dżunglę.

Image
Do drugiego wodospadu nie doszliśmy. Wilgoć. Niezbyt optymistyczne przed Kinabalu.

Image
Doszliśmy natomiast do jaskini nietoperzy. Faktycznie, było ich tam tysiące. Musicie jednak zadowolić się naszym wizerunkiem, bo w środku było za ciemno :D

Image
A tak rosną duriany.

Image
Dzień mijał szybko, wilgotno i miło. Jednak cały czas, gdzieś z tyłu głowy czaiło się pytanie : pozwolisz nam wejść na siebie, czy nie?

Po powrocie do Jacka okazało się, że dojechała jeszcze jedna para, która również miała zarezerwowane wejście na jutro i również Jack zapowiedział im, że raczej jutro nie wyjdą. Byli jednak w dużo gorszej sytuacji - my mogliśmy poczekać do wtorku, oni nie - powrotny samolot mieli w środę. Mieli być przygotowani na rano i dopiero wtedy się okaże. 8 sierpnia był po prostu jakiś pechowy :(

Image
Na kolację pojechaliśmy do innego miasteczka. Tym razem indyjska restauracja, reszta taka sama - Jack zamawia, my próbujemy wszystkiego. A jedzenie - obłędne.

Image
Nie byliśmy w stanie dokończyć, jak ostatnio. I tym razem jedzenie się nie zmarnowało - Jack porobił kanapki dla chłopców.

Poranek 8 sierpnia nie przyniósł nam dobrych wieści. Byliśmy przygotowani do wyjścia, ale ani dla nas, ani dla drugiej pary nie było zezwoleń. Jack dwoił się i troił, nie odkładał telefonu, krzyczał, dyskutował - wszystko na nic. Nas już mi nawet nie było tak bardzo żal, jak drugiej pary. My mieliśmy jeszcze szansę jutro, oni musieli pożegnać się z marzeniem o Kinabalu. Wprawdzie rozważaliśmy jeszcze wspólnie opcję ich wyjścia we wtorek, powrotu w środę i szaleńczej jazdy autem wprost na lotnisko, jednak i tak nie miało to szans powodzenia. Po wielu telefonach Jack, wskazując na nas palcem, oznajmił "Wy wychodzicie jutro na 100%. Oni niestety nie". 8 sierpnia, mimo wcześniejszych rezerwacji, w góry nie wyszedł nikt.
Nie wiem, na czym polega załatwianie tych zezwoleń i jakie Jack ma układy z władzami. Jednak wiem jedno - jest to dosyć trudne. Druga para otrzymała z powrotem wszystkie pieniądze, a Jack zaproponował, żeby zostali u niego jeszcze do jutra - tak, jak planowali -za darmo.
Następnie przystąpił do rozdzielania zadań na dziś : chłopcy na zakupy do miasteczka, my z nimi. Jakie zadania mieli pozostali "pracownicy" - nie wiem. Jack powiedział "zakupy szybko", więc trzeba było biec i nie dosłyszałam :D

Image
W dzień miasteczko miało zupełnie inny klimat. Chłopcy poszli robić zakupy, a my oddawać się turystycznym obowiązkom :) czyli robieniu zdjęć pod najbardziej znanymi pomnikami w mieście :D

Image
Nie wiem, co takiego dobrego uczyniła temu małemu miasteczku marchewka :D Jedno jest pewne - równie waleczna była kapusta i coś w rodzaju papryki, ale tymi zdjęciami nie będę już Was straszyć :D

Image
Miasteczko o bardzo sennym, spokojnym klimacie (możliwe, że odważne warzywa trochę się pomyliły i oprócz wrogów, pozbyły się też większej części mieszkańców :D

Image
Wzdychaliśmy do Kinabalu (połowa nas z zachwytu, druga połowa z ...ekhm...lekkiego niepokoju :D

Image

Podziwialiśmy niesamowite graffiti. Poważnie, to były dzieła sztuki. Poniższe rzuciło mnie na kolana...
Image

W końcu znaleźliśmy coś, co lubimy najbardziej - targ.
Image

Image
Ulubiona przekąska - suszone, słone rybki, sprzedawane na wagę. Przepyszne!

Image
Dziwne to było miasteczko, jakby horrorowe. Bardzo mało ludzi i bardzo duży targ, na którym o wiele więcej osób sprzedawało, niż kupowało. Dziwne. I jeszcze te warzywa na samym środku głównego placu. Nie wiem, co o tym myśleć...:D

Image
Głównymi kupującymi na targu byli nasi chłopcy. Chodzili od stoiska do stoiska, wybierając najładniejsze warzywa. Co chwilę sprawdzali kierunek w telefonie i szli w stronę, którą wskazał. "Oho" - pomyślałam. "Jack zaprogramował im na GPSie stoiska z najlepszymi produktami. Nie ma się co dziwić, to młodzi chłopcy, skąd mają wiedzieć, jak się wybiera produkty". Nic bardziej mylnego :D Otóż chłopcy łapali...pokemony :D :D :D

Image
Ciekawe, czy mogą się tu kryć jakieś wybitne okazy?

Image

Resztę dnia spędziliśmy pod schroniskiem. Rozmawiając z Jackiem i chłopcami, ucząc grać w kości innych turystów (tu nastąpił moment, z którego jestem bardzo dumna. Przyuczany do gry Australijczyk nagle rozjaśnił się i wykrzyknął - już wiem! To jest ta gra, w którą gra się w "Wiedźminie"! Bardzo, bardzo byłam dumna z osiągnięć naszych rodaków) (tu nastąpił też moment, z którego jestem dużo mniej dumna :D błyskotliwa wypowiedź : "A teraz nauczę was grać w super grę, nazywa się "Bones" :D :D :D Anglojęzyczni koledzy początkowo niezbyt mogli zrozumieć, co wspólnego ma szkielet z kośćmi do gry :D) i po prostu chłonąc klimat.

Image

Poznaliśmy też dziewczynę z Kambodży, która jutro miała z nami wyruszyć na Kinabalu. Jej zezwolenie było w porządku i też miała 100% pewności, że wyjdzie.

Image
Mogłabym wychwalać Jacka pod niebiosa, ale to tylko słowa, które nie oddadzą obrazu rzeczywistości, więc nie będę więcej próbować. Chciałabym tylko jedno dodać - jakim trzeba być człowiekiem, żeby pod swój dach przygarnąć dwóch malezyjskich chłopaków i stać się dla nich prawie ojcem? Chłopcy w ogień wskoczyliby za Jackiem, tak samo, jak on za nimi. Pod może nieco szorstkim (choć to złe słowo. Bardziej odpowiednie jest : zdecydowanym) stylem bycia, kryje się ogromne serce.

I ostatnia kolacja - ponownie chińska restauracja.
Image
Podobno jedno z najlepszych chińskich piw, przynajmniej według Jacka.

Image
Dla mnie piwo jak piwo. Ja tam wszystkie lubię, jakoś koneserem nie jestem :D Ale świetnie gasiło ostrość tego dania.

Image
Fragment naszego "pokoju". Przed wyjściem na szczyt można pożyczyć sobie dowolne ubrania - są tu ciepłe bluzy, kurtki i czapki. Jack pożycza też rękawiczki i czołówki.

Noc była nerwowa. Kręciliśmy się na wszystkie strony, nie mogąc zasnąć. Bałam się, że jednak jutro nie uda się wyjść (szczerze mówiąc, odkąd przyjrzałam się Kinabalu z miasteczka, bałam się również, że może jutro uda się wyjść :D Na śniadaniu zjawiliśmy się jeszcze przed czasem i w pełnym rynsztunku. Gdy Jack nadchodził, już z oddali jego uśmiechnięta twarz dawała odpowiedź. Wychodzimy!

Image
Obowiązkowa fotka przed wyjściem :) Na Kinabalu wchodzą ci, którzy mają zezwolenia zawieszone dumnie na piersi :) reszta to chłopcy Jacka (+ dodatkowy, dochodzący chłopiec Jacka) i sam Jack :)

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 19 Paź 2017 12:23, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 23 Gru 2016 23:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1014
Loty: 180
Kilometry: 337 077
niebieski
No Kinabalu rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza w chmurach wygląda groźnie. Stopniujesz napięcie, ale mam nadzieję, że udało się bez przeszkód zdobyć szczyt.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
 [ 72 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group