Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 19 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 28 Paź 2017 15:49 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Hej. Przedstawie się/nas za pomocą linka do poprzednich relacji:

https://sevenfiftyseven.fly4free.pl/blog/2987/kierunek-korsyka/
https://sevenfiftyseven.fly4free.pl/blog/1897/weekend-w-gruzji-budapeszt/
https://sevenfiftyseven.fly4free.pl/blog/1443/19-dni-11-lotow-4-kraje-hiszpania-i-portugalia-by-757/
https://sevenfiftyseven.fly4free.pl/blog/1104/islandia-zamiast-rozniczek/




Na bałkany mieliśmy jechać rok temu, ale stanąłem okoniem bo po powrocie z Florydy mieliśmy (moim zdaniem) za mało czasu, raptem miesiąc do rozpoczęcia roku akademickiego, a jeszcze trzeba było wygospodarować sobie czas na wyrobienie rosyjskiej wizy. Niecały rok później, wyprawa jednak doszła do skutku.
Odwiedzone kraje: Serbia, Macedonia, Albania, Kosowo, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina. Przejazdem byliśmy także w Czechach, Słowacji, Węgrzech, Austrii i Słowenii. Ilość stopów: 51. Dni w podróży: 19. Przejechany dystans- 4700-5000km. Budżet na głowę: 100 euro.

Czy byliśmy już w tym regionie? Asia wcale, natomiast ja byłem kiedyś w Chorwacji z rodzicami. Czyli jedziemy w nieznane.

Ekwipunek? Wymienione w kolejności od najważniejszego do najmniej: paszport. Mapa laminowana całej środkowo-południowo-wschodniej europy. Gaz pieprzowy, scyzoryk. Jedzenie na ok. 6 dni, karimata, śpiwór, namiot. Lampka na dynamo, palnik z kartridżem, menażki, peleryna przeciwdeszczowa, pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak. Powerbank, bidon na wode, dwie pary butów, podstawowe leki i... w moim przypadku za mało ubrań.




Dzień pierwszy: 27 lipiec 2017

Z rana musieliśmy kupić nowy namiot. Bo stary był zły- za mały, zbyt jaskrawy tropik i zbyt duszno w środku. Na szczęście Bielany Wrocławskie są tuż przy autostradzie, więc nie trzeba było niepotrzebnie jeździć niewiadomo gdzie. Zaraz po zakupie, lądujemy na autostopowej wylotówce z Wrocławia, Orlenie na autostradzie A4. Wystawiamy tabliczke Ostrava/Bratysłava, ale w sumie możemy pojechać z kimkolwiek kto jedzie na wschód. Zagadaliśmy do kierowcy zestawu z naczepą do przewozu cementu, zgodził się nas zabrać do wysokości Opola. Moja pierwsza jazda TIRem w życiu! Wysiadamy na jakiejś stacji benzynowej, prawie od razu łapiemy kolejnego stopa. Tym razem para po pięćdziesiątce, znali się w młodości, rozeszli, założyli własne rodziny, i wrócili do siebie po dwudziestu pięciu latach. Facet- typowy gawędziasz, z manierami lecz mocno namolny. Żona prowadziła, on popijał z piersiówki na prawym fotelu i interesowała go tylko rozmowa z Asią :D Na pożegnanie mimo protestów wcisnął do kieszeni stówe. Wysiedliśmy na bramkach pod Chorzowem, to był błąd. Niby miejscówka idealna- osiem pasów, wszyscy jeszcze mało rozpędzeni po uiszczeniu opłaty… Ale użyteczne były tylko skrajne dwa pasy, pozostali nie mieli jak skręcić. A na tych skrajnych pasach- tiry i dostawczaki, a na zatoczce gdzie staliśmy postój urządziła sobie służba celna, czyli pojazdy z daleka do złudzenia przypominające Inspekcje Transportu. Staliśmy dwie godziny zanim nas zabrał kolejny gościu, tym razem do wysokości Żor. Ślunsk. Wysiedliśmy na shellu, i przeszliśmy się dookoła z tabliczką przerobioną z „Ostrava” na „Brno”. Po pięciu minutach złapaliśmy okazje do Czech. Poza cholernymi bramkami, szło dziś jak z płatka, a to był nasz pierwszy autostopowy wyjazd. Nasz kierowca to była ciekawa postać- wegetarianin, wyborca partii Razem, korzystający z renty 30-latek, którego utrzymuje żona i zasiłki. Jechał z wielkopolski do Czech ponieważ… udawał się na ceremonie wymiany „energii”. Pomimo totalnej różnicy między mną a nim, bo ja lubie bardzo twardo stąpać po ziemi, rozmawiało się wyśmienicie. Każdy ma prawo do własnych poglądów i podejmowania takich decyzji życiowych jakie mu się tylko podoba i nikomu nic do tego, wspólna wymiana poglądów wręcz poszerzyła umysł naszego trojga. Wpierw z Żor pojechaliśmy do Cieszyna, skąd zabraliśmy siatkarke która również się udawała tam gdzie nasz szaman. Wysadzili nas w Czechach, w sumie nadal nie wiemy gdzie konkretnie. Kierujemy się na Bratysławe.

Image

Jesteśmy w Czechach lecz praktycznie przy granicy ze Słowacją. Kolejne dwie jazdy stopem szczęśliwie doprowadziły nas do Żyliny na Słowacji, gdzie musieliśmy trochę pokombinować żeby dostać się w takie miejsce, skąd byłyby realne szanse na złapanie stopa w kierunku stolicy przed zachodem słońca. Do przemarszu ok. 2,5km (co nas trochę zmęczyło w związku z tym, że na plecach mieliśmy po ok. 15kg a to był dopiero pierwszy dzień wyjazdu). Nie powinniśmy iść tędy którędy idziemy, bo pobocze drogi ekspresowej a tym bardziej rampy i wiadukty, to nie jest miejsce przyjazne pieszym. Za to widoki jak z bajki.

Image

Image

W momencie gdy słońce się prawie kładzie na horyzoncie, docieramy na stację benzynową na wylotówce w kierunku Bratysławy, gdzie zagadujemy do polskiego TIRa. Nie ma problemu, jedzie pod Bratysławe. Zajebiście.Gdy wsiedliśmy, opowiedział że godzine temu jakiś cygan otworzył mu na postoju drzwi od strony pasażera, i ukradł jego nowiuśkiego laptopa. Nie zdążył go dogonić. Pełen szacun dla gościa, opowiadał o tym spokojnie jakby to się wydarzyło miesiąc temu, ja bym chyba odreagowywał przez tydzień jakby jakiś śmieć mi ukradł sprzęt za trzy koła.

Image


Wysiedliśmy o około 23:00 na stacji shell 30km przed Bratysławą, przed pójściem w kime przeszliśmy się po postoju ciężarówek- do wyboru do koloru, stało około 50, rejestracje m.in. Serbskie, Węgierskie, Bułgarskie czyli w naszym kierunku. Rozbijamy namiot za transformatorem, żeby nie być na widoku. Tak- pierwsze rozbicie namiotu za 250zł kupionego dziś rano, było po ciemku na kostce brukowej z której przed chwilą zamiataliśmy gałęzią potłuczone szkło.

Podsumowanie: dzień: 1, ilość stopów: 7, odwiedzone kraje: 3 (Polska, Czechy, Słowacja)
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image


Ostatnio edytowany przez sevenfiftyseven 11 Gru 2017 13:00, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#2 PostWysłany: 28 Paź 2017 20:58 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 2: 28 lipiec 2017


Image

Spaliśmy stosunkowo krótko, bo chcieliśmy wstać na tyle wcześnie by jeszcze zdążyć zanim odjedzie większość tirów, które się zatrzymały na noc. Poranny ogar- złożenie namiotu, kibel- czasu na śniadanie brak, stwierdziliśmy że sobie zjemy potem. Tym razem nasza tabliczka już mówi „Budapest/Belgrade”. Po 10 minutach zatrzymuje się zestaw na bośniackich blachach. Kierowca oferuje podwózkę na granice z Węgrami. Nam pasi. Wchodzimy do środka, i pierwszy raz poczuliśmy klimat „bałkańskiego tira”. Na pulpicie drzewko z papryczkami, wszędzie jakieś bryloczki a kierowca kiepuje całą drogę. Nie przeszkadza nam to, cieszymy się przygodą. O wschodzie słońca jedziemy autostradą przez Bratysławe, przejeżdżając koło lotniska widzę pięknego A300 w barwach DHL, lecz na nieszczęście ani jednej rządowej Tutki. Po wyjściu na granicy z Węgrami, pamiątkowa fotka.

Image

Nadszedł czas na śniadanko. Wrzucamy na ruszt kanapki z domu i oreo. Do tego gotuje wodę na kawę…. I się okazuje że menażki babci to super pamiątka (chodziła z nimi na pielgrzymki 30 lat temu), lecz obecnie na każdy atom kawy przypadają dwa atomy aluminium.

Image

Jesteśmy jeszcze na Słowacji więc opisem poniższej fotki zrobionej podczas śniadania niech będzie „polny popěrdalač”.

Image

Miejscówka marzenie. Jadą wyłącznie tiry, wszystkie spowalniają do 15km/h, jest gdzie stanąć. No i rzeczywiście, po nie więcej jak 15 minutach zatrzymuje się Rumun wracający do domu. Jego trasa rozdzielała się z naszą dopiero za Szeged. Jak się okazało, spędziliśmy z nim praktycznie większość dnia.
Ruszyliśmy w strone Budapesztu. Bardzo wierzący prawosławny. I co dla nas najistotniejsze- nie palił. Bardzo dużo z nami rozmawiał, całkiem dobrze mówił po angielsku. Narzekał na zachowanie polskich kierowców na postojach, a także pytał się o znaczenie słowa „kurwa” bo nie wie czemu Polacy tyle go używają. Fajnie mu to wyszło, bo gdy o tym mówił to akurat objeżdżaliśmy wypadek na obwodnicy Budapesztu drugorzędnymi drogami i przy drodze stały „jagódki”. Około południa zatrzymał się na postoju i nakarmił domowym obiadem jaki dostał na drogę od żony, bo wracał już na pusto do domu, do Sibiu w Rumunii. Bardzo dobra potrawka w stylu bigos/gulasz…

Image

Image

Mimo że jesteśmy na Węgrzech, to mijają nas same obce rejestracje- Serbia, Szwajcaria, Niemcy, Turcja, Skandynawia, Czechy i Słowacja- jedziemy przecież główną autostradą w kierunku Turcji, Bułgarii, Grecji a jest lipcowy weekend. Jedzie sie przyjemnie, lecz droga mijała bardzo powoli. Plus dla tirów- ogrom miejsca w kabinie, nie trzeba trzymać plecaka na kolanach, kierowcy częstują czym mają, stosunkowo łatwo idzie złapać stopa na długi dystans. Minus- prędkość maksymalna to 87-90 km/h. Na stację za Szeged, tuż przed rozwidleniem między trasą na Bułgarię a na Grecję czyli dokładnie po drugiej stronie Węgier niż wyjechaliśmy z rana, dojechaliśmy około 14. Aż żal było się rozstawać!

Image

Byliśmy już blisko Serbii, lecz do granicy ostatnie 25km. Na nasze nieszczęście, ruch na tej stacji był bardzo mały a jak jechała jakaś osobówka, to była załadowana po dach. Po półtora godziny machania tabliczką, w końcu Serbskim TIRem dojechaliśmy do granicy Węgiersko-Serbskiej. Koniec UE = koniec internetu. Kolejka do granicy na ok. 3-4 godziny stania. Przechodzimy między tymi wszystkimi autami pieszo cali w skowronkach, budząc niemałe zainteresowanie. Mijamy po drodze słynny płot antyimigracyjny postawiony przez pana Wiktora Orbana. Na granicy pieczątka do paszportu, i już jesteśmy w nowym kraju. Wymieniam 5$ na dinary żeby mieć na jakiś konieczne wydatki.

Image

Image

Po pół godziny zabiera nas Serb-Słowak wracający wypożyczoną Superb po rodzine przebywającą na wakacjach podczas gdy on pracował. W końcu jedziemy 160km/h, a nie 87. Po drodze zachodzi słońce.
Po 21 dojechaliśmy do pierwszego celu podróży- Novi Sad w Serbii. Asi przyjaciel wywodzi sie stamtąd, niestety teraz mieszka w Miami. Wysiedliśmy przy dworcu głównym, z półtora godziny kręciliśmy się aby znaleźć miejscówkę do spania. Po drodze pytaliśmy miejscowych o jakąś podpowiedź gdzie znajdziemy spokojny park- bez problemu z dogadaniem się po angielsku. Wybieramy park po przeciwnej stronie Dunaju niż miejska plaża, dokąd musimy przejść długim mostem "Slobody". Nie polecamy tego osobom bojącym się pająków, na każdy metr barierki przypadało z 50 pająków, i to bez wyolbrzymiania. Wejście do parku "Kamienitski" też było pełne adrenaliny, bo nie było tam ani jednej latarni. Rozbiliśmy się pomiędzy drzewami, tuż nad brzegiem rzeki wspomagając tylko światłem latarki mojego telefonu, i księżyca.

Image

Image

Podsumowanie: Dzień 2, ilość stopów: 4, odwiedzone kraje: Słowacja, Węgry, Serbia
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image


Ostatnio edytowany przez sevenfiftyseven, 29 Paź 2017 13:13, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#3 PostWysłany: 29 Paź 2017 13:08 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 3: 29 lipiec 2017

Image

Image

Piękny poranek nad brzegiem Dunaju. Spało się bardzo spokojnie, cieszy mnie fakt że już gdzieś dotarliśmy, że nawet jak dalej nic sie nie uda to nie wrócimy z poczuciem totalnej porażki. Most którym wczoraj szliśmy, został zbombardowany w 1999, po dwuletniej odbudowie otwarto go ponownie w 2005, za pieniądze z EU. Miejscowi pod żadnym pozorem nie dziękują im za to, to był ich obowiązek bo w końcu sami go zniszczyli.

Image

Image

Zbieranie gratów po noclegu zajmuje nam wciąż sporo czasu, około 20 minut od rzucenia hasła do ruszenia. Pod koniec wyprawy ten czas sie skrócił do połowy ;) Wychodząc z parku dalej nie widzieliśmy żywej duszy. Za dnia wszystko wygląda dużo mniej strasznie...

Image

Idąc tym mostem uświadamiam sobie jaką głupotę popełniłem- wziąłem na wyjazd praktycznie nowe buty, i do tego skarpetki "stopki". W trzeci dzień wyprawy już kuśtykam przez otarte ściegno achillesa. Asia udziela pierwszej pomocy za pomocą plastra, ja balansuje raz na jednej, raz na drugiej nodze z 18-kilogramowym plecakiem, bo nie chce mi się go ściągać. Gdy tylko weszliśmy na główną ulicę- kupuje sobie jedyną pamiątke z Serbii- skarpetki za kostke z chińskiego marketu.

Znowu jesteśmy pozytywnie zaskoczeni, że nie ma problemu z pytaniem się o drogę miejscowych. Kupujemy bilety na autobus po ok. 80 groszy sztuka i jedziemy na rynek. Noszę się z zamiarem porobienia baniek, mam ze sobą kijek a reszte byśmy skołowali z jakiegoś marketu, jednak nie decyduje sie na to teraz. Ani potem. Bardzo przyjemne małe miasto, pokrycie dachu katedry od razu nam przypomina jedną ze świątyń w Budapeszcie. Ja natomiast, otrzymuje tytuł "Łosia roku" za sznurek od aparatu w kadrze każdego zdjęcia. Cóż, najwyraźniej zbytnio przywykłem do swojej lustrzanki...

Image

Image

Image

Idziemy na kawę. To znaczy na wi-fi, prąd, toalete, miejsce do siedzenia i przy okazji kawę. Moje ukochane espresso doppio, kosztuje mnie równowartość 2 złotych.

Image

Po półtora godziny idziemy dalej przez miasto. Mi się najbardziej podobają Zastavy- zwłaszcza kultowe Jugo. Infrastruktura komunikacji publicznej w Novi Sad, a konkretnie autobusy- opiera się na Ikarusach- niestety nie tego modelu dobrze znanego z Polski za który często ronię łezkę tęsknoty, tylko na nieco nowszych modelach.

Image

Image

Image

Mijamy biuro podróży, gdzie można wykupić wycieczke do m.in Aten, Paryża lub Świebodzina. Nie chce nam się wchodzić na miejską cytadele, więc około 14 jedziemy do stolicy byłej Jugosławii. Słońce pali niemiłosiernie.

Image

Image

Po dwudziestu minutach zabiera nas niewiele od nas starszy informatyk. Całą drogę rozmawiam z nim o perspektywach dla młodych ludzi w Serbii. On przyznaje, że jako informatyk nie będzie miał problemu z zarobieniem na życie swoje i rodziny zostając w kraju, natomiast dwie trzecie jego znajomych już wyjechało, lub planuje wyjechać na zachód. Problem emigracji młodych ludzi z krajów byłej Jugosławii jest bardzo poważny, co hamuje rozwój tych państw. Ponadto Serbia przez swoje bliskie relacje z Rosją jest "na cenzurowanym" Unii Europejskiej, już po raz wtóry słyszymy że to Serbia powinna być w UE a nie Bułgaria, która została przyjęta tylko ze względu na dostęp do morza czarnego. Ponadto kraj ten jest bardzo scentralizowany, cała kasa idzie w Belgrad przez co coraz więcej ludzi się tam przeprowadza, powiększając rozwarstwienie kraju. Obecnie co siódmy Serb mieszka w stolicy.

Image

Przejeżdżając przez miasto w pewnym momencie mijamy ruinę- nasz kierowca opowiada, że została ona pozostawiona celowo, jako pamiątka po bombardowaniu USA. ONZ nakłaniał Serbię do kompletnego wyburzenia budynku, co spotkało się z odmową.

Image

Wojna na Jugosławii trwała od 1991 do 2001. Lecz klimat wojennych sporów wciąż był wyczuwalny. Przykład- przed ratuszem, na tymczasowych barierkach były wywieszone plakaty z drastycznymi zdjęciami ofiar, z retorycznym pytaniem skierowanym do ONZ, UE i USA. Nie wspominając o tym, że ludzie którym mówiliśmy o dalszych planach podróży (Albania, Bośnia, Kosowo) nagle pomilczeli.

Image

Tyle o polityce, póki co. Zwiedzamy miasto. Na głównym deptaku, punkty z wodą pitną. Prawie na całych bałkanach można bez problemu można pić wodę z kranu. Na ulicach pełno miejscowych, życie się toczy.

Image

Image

Dopada nas głód, wymieniamy nieco więcej $$ na dinary, i idziemy jeść. Pljeskavice, bałkański burger- pita, warzywa, mięso smarzone na ogniu i sosy.

Image

Image

Image

Image

Nocujemy w hostelu. Po zostawieniu rzeczy, prysznicu oraz przepraniu ubrań, idziemy na fort, który znajduje się w miejscu gdzie Dunaj i Sawa łączą się w jedno.

Image

Image

Wieczorem jeszcze jedna przyjemność, i można iść spać.

Image

Podsumowanie: Dzień: 3, Ilość jazd stopem: 1, Odwiedzone kraje: Serbia

Image
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#4 PostWysłany: 30 Paź 2017 18:41 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 4: 30 lipiec 2017

Ten dzień był dla nas ekstremalny. Ekstremalna temperatura, pech, zniecierpliwienie, aż po ogromnego farta pod koniec dnia. Ale po kolei.

Image

Mapka Serbii znalezniona w naszym Hostelu, zawiera jeszcze terytorium Kosowa:

Image

Dziś niedziela. Wychodzimy z hostelu około dziewiątej rano, ulice świecą pustkami. Kręcimy się chwile po głównym deptaku, bo chcemy kupić po kartce pocztowej. Podchodzimy do jednego stoiska, wybieram dwie(!) i pytam się ile. Gostek śpiewa 200 dinarów (~1,7 euro) za sztuke! Śmieje mu się w twarz i dwa stoiska dalej kupujemy kartki za 10% tej ceny. Oboje stwierdziliśmy że wczorajsze popołudniowe i wieczorne zwiedzanie Belgradu nam wystarczy, udajemy się w dalszą drogę. Jest 37 stopni w cieniu, bierzemy ze sobą dużo wody (~3 litry) ale jak się później okazuje, starcza nam na styk.

Image

Wchodząc do autobusu podchodzę do kierowcy w celu kupienia biletów. Zanim zdążyłem go zapytać, inna pasażerka mnie zaczepia i mówi żebym nie kupował bo w niedziele nigdy nie ma kontroli! Dziś chcemy dostać się do Kosowa. Zgodnie z informacjami zdobytymi na hitchwiki.org, jedziemy w kierunku autostrady na południe. Duma mnie rozpiera gdy widzę markę autobusu ;)

Image

Image

Image

Stajemy na rampie wjazdowej na autostradę z napisem "Rampa" co po Serbowie podobno rozumieją jako bramki". Po 15-20 minutach, czarnym BMW podjeżdżamy 5 kilometrów do bramek. Tam, po krótkim czasie oczekiwania, zabiera nas do Nis Turecki TIR. Niestety kierowca nie zna Angielskiego/Niemieckiego/Hiszpańskiego/Rosyjskiego więc nie da się z nim porozumieć. Natomiast jest bardzo miły, częstuje nas słodyczami (które przy nas otwierał), dał nam wodę. Po drodze uświadamiam sobie, że te wszystkie niemieckie, austriackie, szwajcarskie samochody które nas wyprzedzają to nie mieszkańcy tych krajów udający się na wakacje do Bułgarii lub Macedonii, tylko właśnie Turkowie wracający do kraju. Po czym to wiem? Nasz TIR ma Tureckie rejestracje, a oni lubią pozdrawiać się nawzajem klaksonem.
Po dwóch godzinach jazdy wysadza nas na kolejnych bramkach poboru opłat.

Image

Decyzja by pojechać z Serbii do Kosowa i dopiero potem bardziej na południe, okazała się potworna w skutkach. Czekaliśmy 2,5 godziny- jak na autostop to nie jest wcale dużo. Ale 2,5 godziny w godzinach około południowych, w bałkańskim słońcu, na betonowej autostradzie, bez żadnego cienia dookoła nie było dobrym pomysłem. Powód? Prawdopodobnie dlatego, że trochę zachowaliśmy się jak ignoranci, stwierdziliśmy że "polityka polityką ale ludzie jakoś muszą się przemieszczać" i staliśmy z tabliczką "PRISZTINA". Niedoceniliśmy zaawansowania podziału narodów jeszcze nie dawno objętych wojną. Najgorsze było jednak śmieszkowanie, pewnie każdy kto jechał na stopa to zna- ktoś się niby zatrzymuje, ty podchodzisz, on odjeżdża z piskiem. Pierwszy, drugi raz można olać, ale potem już cie to wpienia.

Image

Ostatecznie jednak zatrzymuje się Peugeot 206 z dwiema młodymi dziewczynami w środku, początkowo nie wiemy czy to fatamorgana czy tak na serio ;) Chcą nas podwieźć do ronda między Nis a Prokuplje, czyli ostatniego skrzyżowania przed granicą z Kosowem. Odległość to jakieś 20 kilometrów. Brzmi jak pewniak, nie? Otóż nie.

Image

Gdy tylko wysiadamy, nawet nie myślimy o łapaniu od razu tylko idziemy na stację benzynową po wodę do picia. Kupuję cztery litry, bo to co mieliśmy do tej pory praktycznie zostało wypite, i wyparowało przez skórę bo sikać się nikomu nie chciało.
Około godziny 16 stajemy na tej niby miejscówce "pewniak", na prostej drodze do Kosowa. Ruch niby niewielki, ale co chwila ktoś jedzie. Dzisiejszy dzień mnie wykończył, zaczynam wymiękać. Po godzinie rozglądam się za autobusem spowrotem do miasta- Nis. Jednak Asia jest nieugięta. Mamy jechać dalej a nie poddawać się, trochę się posprzeczaliśmy. Ostatnia deska ratunku- trzy kilometry od miejsca w którym się znajdujemy jest autostrada, a na niej parenaście kilometrów dalej jest odbicie na Kosowo. Idąc w niej stronę, obserwujemy zachodzące powoli słońce, a ja rozglądam się za potencjalnymi miejscami do rozbicia namiotu.

Image

Droga którą idziemy nie ma połączenia z autostradą, schodzimy na dziko i przechodzimy przez płot "antyzwierzynowy". Na nasze szczęście ruch jest niewielki, nie ma sznuru samochodów. I tutaj zaczyna się w końcu nasz fart- 500 metrów dalej widać parking przy autostradzie. Lecz nie ma na nim ani jednego auta. Nie mamy innej opcji, czekamy tam do skutku, słońce już zaszło.

Co 5 minut zatrzymuje się ktoś do toy-toya, lecz zawsze auto pełne. Wizja rozbijania namiotu w polu kukurydzy przy autostradowym parkingu staje się coraz bardziej realna. Po czterdziestu minutach zdarza się jednak cud. Zjeżdża TIR, i to w pojedynczej obsadzie, i nie ADR (czyli może nas zabrać). Macedończyk. Pokazujemy mapę, on mówi że jedzie do granicy z Macedonią. Chrzanić Kosowo, jedziemy z nim. Byleby gdzieś pojechać. Prawie go całuje po rękach ze szczęścia. Tylko czemu on zjechał na ten parking skoro nie poszedł sikać...
Ściągał magnes.

Image

A więc zmiana planów, wpierw pojedziemy do Macedonii, później chyba do Albanii i dopiero do Kosowa. Kierowca wyciąga butle z gazem i wydaje polecenie zrobienia wszystkim kawy. Morale z totalnej załamki podeszły do poziomu uszczęśliwienia. To najbardziej kręci w tym sposobie podróżowania! Viva my, viva Macedonia, viva autostop!

Image

Przed północą zajeżdżamy na granice Serbsko Macedońską. Żegnamy się z naszym wybawicielem, zostawiamy mu w prezencie ciastka jakie dostaliśmy wcześniej od Turka. Decydujemy się nie przechodzić na stronę Macedońską tylko zostać w Serbii na noc. Do granicy 500 metrów, ale najpierw jest stacja benzynowa, a za nią wzniesienie. Wchodzimy na to wzniesienie, rozbijamy się spalonej słońcem glebie i wysuszonej roślinności. Gdy tak już leżymy i zasypiamy, nagle sobie uświadamiam że jesteśmy na jednej wielkiej podpałce a pożary w tej części świata są bardzo częste. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.


Nie chce być przez nikogo źle odebrany, nie mam postawy "roszczeniowej", zdaje sobie sprawę doskonale że autostop jest oparty na poleganiu na czyjejś dobrej woli, chęci spełnienia dobrego uczynku, gościnności; absolutnie nikt nigdy nie ma obowiązku wzięcia kogokolwiek. Człowiek jest jednak tylko człowiekiem i w danej sytuacji gdy czegoś bardzo pragnie, boi się o zdrowie partnera i swoje, myśli ma takie a nie inne.


p.s: Dobrze że kupiliśmy inny namiot, ten jest bardziej "stealth", w sam raz na teren przygraniczny.

Image

Podsumowanie: Dzień: 4, Ilość stopów: 4, Odwiedzone kraje: Serbia
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 05 Lis 2017 18:44 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6352
Loty: 296
Kilometry: 510 430
Fajnie się czyta, odżywają własne wspomnienia podobnej podróży :)
Szczególnie ten fragment o wydostawaniu się do Kosowa - identyczne doświadczenie. My na nasze szczęście nieco szybciej zadecydowaliśmy że z Albanii do Kosowa damy radę jedynie przez Macedonię.
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#6 PostWysłany: 10 Lis 2017 00:45 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 5: 31 lipiec 2017
Umordowani słońcem i bezsilnością przez cały dzień, śpimy jak zabici. Dla przypomnienia, śpimy 500 metrów od granicy serbsko-macedońskiej.
Pobudka w sposób naturalny- kto pierwszy wstanie, zaczyna się krzątać i budzi to drugie ;)
Gdy tylko się obudziłem, idę się odlać z 15 metrów za namiot. Oddaje się potrzebie, gdy nagle słysze "Marcin, ktoś tu jedzie!!". Odwracam się, patrzę, i identyfikuje piękne linie Mercedesa G klasy, w wojskowym kamuflażu. Asia szybko się zaczyna ubierać, z auta wychodzi trzech wojskowych z kałachami na szyi i zaczynają maszerować w naszą stronę przez tą półmetrową suchą trawę.
Pierwsze pytanie jakie do mnie pada: "A szto wy tu dzielatie?". Obowiązkowy semestr rosyjskiego podczas toku studiów się zaraz przyda. "My jechat avtostop, my spalim w sator(namiot po serbsku)". Nie bijcie za to, na szczęście chwili się ogarniam że mój rosyjski poziom A1 działa gorzej niż gdybym po prostu mówił po polsku. Potem po krótkiej wymianie zdań okazało się że myśleli iż jesteśmy imigrantami, dlatego też wyszli do nas w trójkę, a nie w pojedynkę ;) Gdy tylko zobaczyli Asię wygramolącą się powoli z namiotu, nawet nie chcieli paszportów tylko zaczęli wracać do auta. Jednak ich zawołałem i pokazałem paszporty, jakby się co nam wydarzyło w dalszej drodze, przynajmniej by został po nas jakiś ślad ;)

Image

Niby nic się nie wydarzyło, ale jednak oboje kawy nie potrzebujemy. Pora na najprzyjemniejszą część dnia autostopowicza, czyli śniadanko oraz wstępne planowanie następnych dwunastu godzin. Gdzie jedziemy? Do Skopje!

Image

Idziemy z buta do granicy. Dziwnie mały ruch, zero kolejki dla samochodów osobowych. Wkur(z)amy się na wszechobecne śmieci na tym terenie przed posterunkiem granicznym, gdzie z dwóch pasów robi się sześć. Zaraz nowy kraj, oraz nowa pieczątka w moim zbyt pustym paszporcie!

Image

Po przejściu do Macedonii, po 20 minutach łapiemy TIRa. Od razu do Skopje. Zaczynamy zauważać, iż on rozumie nas gdy mówimy po Polsku, a my jego gdy on po Macedońsku. Gadamy prawie całą drogę, dużo przyjemniejsza podróż niż poprzedniego dnia, z turkiem. Gdy nas ktoś zabiera, zakładam że brakuje mu towarzystwa, dlatego nieważne jak znużony jestem, nigdy nie usypiam nawet na chwilę i gdy znajdzie sie wspólny temat- sie rozmawia. Taka mini zapłata za wożenie dupy.

Image

Po półtora godziny, dojechaliśmy na przedmieścia stolicy Macedonii. Słońce- pali masakrycznie, w końcu jest lipcowe południe. Miasto okazuje się nie być wcale takie duże, decydujemy się wpierw przemaszerować pieszo 3km do głównych atrakcji w centrum. Damy radę, będzie dobrze, na stacji benzynowej napełniliśmy sobie wszystkie pojemniki z wodą ;) Jak przystało na dobrego autostopowicza, gdy tylko znaleźliśmy pierwszy przystanek autobusowy w strone centrum, szybko ocknęliśmy się z tego kretyńskiego pomysłu i poczekaliśmy na autobus. Właśnie! Autobusy w Skopje to rzecz warta zauważenia- jeżdżą tam takie krótkie dwupiętrowce, brytyjskiego typu, również czerwone. Taka fajna barowa ciekawostka.

Image

Image

Podjeżdżamy cztery przystanki do głównego dworca, odpalam mapkę offline i idziemy zwiedzać Skopje. Przechadzamy się wybrzeżem czegoś, co poza okresem letnim dumnie zwie się rzeką, lecz teraz zupełnie nim nie jest. Pierwsze wrażenie? Pierwsza liga kiczu. Niby ma to swój urok, ale zdecydowanie go nie widzę w tych wszelkich przyozdobieniach. Tak jakbym kupił na promocji dwadzieścia gipsowych figurek, i zaczął aranżować wnętrze 3x4m. I okazuje się że Matka Teresa z Kalkuty była tak naprawdę z Macedonii, a nie z Kalkuty :D

Image

Image

Image

Image

Image

Za to placyk z przeogromnym pomnikiem Aleksandra Wielkiego oraz fontanną w deptaku całkiem zacny. Przycupamy sobie w jednej z kawiarenek, bo oboje bardzo lubimy kawę. Ja Espresso, Asia Cappucino lub Latte. Najważniejszy warunek przy wyborze kawiarni? Darmowe wifi. Nie lubię tego jak jestem we wszelki sposób uzależniony od internetu. Ściągnięcie mapki następnego miejsca, powiadomienie rodziców że żyjemy, sprawdzenie innych atrakcji w mieście, sposobu na wydostanie się z miasta, w końcu fotka na fejsa dla zaspokojenia swojego ego bezwartościowymi łapkami w górę. Idziemy dalej, atakujemy wzgórze na którym jest wieeeelki krzyż i widok na całe Skopje.

Image

Image

Wszędzie te pomniki...

Image

Jedyna para pełnych butów już zbyt mocno śmierdzi, a gdy w TIRze trzeba ściągnąć buty przed wejściem bo kierowca ma czyściutko to jest to duży problem. Postanawiam je powiesić na plecaku by się wywietrzyły przez cały dzień, ubieram zapasowe obuwie- sandały, które zaczynają mnie mocno obcierać. Przez tą kombinację, moją stope przyodziewa stereotypowy komplet "polaka na wakacjach". Mam to w dupie, mi tak wygodnie.

Image

Mój pierwszy obiadek tego dnia. Oczywiście Pljeskavica, dużo lepsza niż w Belgradzie.

Image

Idziemy zaszaleć do supermarketu. Wydajemy denary wybrane z bankomatu (ok. 15zł) na pieczywo, wodę, sardynki, sok. Znajdujemy sposób na nie rozpieprzenie wszystkich szklanych artykułów naszymi plecakami ;)

Image

Koło głównego dworca, jak się można zresztą spodziewać, jest również główny węzeł autobusów miejskich. Podczas dostępu do internetu, znalazłem opcję na dostanie się pod dolną stację wyciągu na wzgórzę. Autobus kursuje kilkanaście razy dziennie i jest śmiesznie tani. Kilkanaście razy dziennie we wtorki, środy, czwartki, piątki, soboty oraz niedziele, a w pozostałe dni nie kursuje wcale. W który dzień tygodnia byliśmy w Skopje? Zgadnijcie.

Image

Wsiadamy zatem w inną linię, po uprzedniej komedii z "pytaniem się miejscowych o drogę". Skopje nie przypadło do gustu, zresztą po co siedzieć w jakiejś stolicy. Jeszcze dziś jedziemy do Ohrid. Podczas jazdy klimatyzacja jest zapewniona poprzez pozostawienie jednych z drzwi w pozycji otwartej. BHP, bitch!

Image

Image

Niedoszłe "nasze" wzgórze:

Image

Image

Na wylotówce, po 40 minutach łapiemy gostka po 50tce w Golfie V jadącego do Ohrid. Właściwie do miejscowości obok, ale nas podwiózł kawałeczek dalej niż sam mieszkał. Całą drogę rozmawiamy o różnych tematach, każdy w swoim języku. Rozmawiamy o stosunkach MK z Grecją, o Matce Teresie, o Unii Europejskiej, imigrantach, bezpieczeństwie autostopa, naszym kierunku studiów, jego pracy, bardzo szybko zleciała podróż. Po drodze pierwsze Albańskie flagi powiewające wesoło, w pobliżu przydrożnych cmentarzy po wojnie Jugosławskiej. Ze Skopje do Ohrid jest piękna droga.

Image

Image

Image

Jadąc, myślę o tym że wieszanie w pojedynkę flagi obcego kraju na terytorium innego jest mocno niesmaczne. Co innego gdyby obok każdej Albańskiej powiewała Macedońska. A tak to Kosowo wróć. Uświadamiam sobie w ten sposób jak bardzo inną mam mentalność niż ludzie z tego regionu. Ale to jest fascynujące, tyle narodów, tyle mniejszości w każdym państwie!

Image

Uprzejmy pan wysadza nas w centrum Ohrid. Pytamy go o jakieś pole kampingowe, bo po Jego "tatusiowym" traktowaniu nas, głupio nam się przyznać że zamierzamy spać na dziko. Fakt, że nie zna żadnego pola kempingowego a tym bardziej pomimo prób, nie jest w stanie go znaleźć, mocno zasmuca naszego Pana kierowcę. Żegnamy się z nim, życzymy wszystkiego dobrego, zapraszamy do Polski i odchodzimy we własną stronę. Kierunek- jezioro Ohrydzkie.
Jak na każdym filmie, dochodzimy doń równo o zachodzie słońca. Idziemy na południe wzdłuż brzegu. Po kilkusetmetrach zaczynają się pojawiać namioty! Weszliśmy od dupy strony na jakieś pole kempingowe. Mimo że równie dobrze moglibyśmy się już tam rozbić jakby nigdy nic, nie robimy trzody tylko tuptamy grzeczniutko do recepcji i płacimy za prawo do rozbicia namiotu, a bardziej to za prysznic, bieżącą wodę, świetną miejscówkę, i jakieś takie poczucie bezpieczeństwa.

Image

Image

Rozbijamt namiot na żwirowej plaży, pod wierzbą. Słońce jeszcze się lekko przebija przez chmury. Uświadamiam sobie, że dojechałem w to przepiękne miejsce autostopem. Za darmo.

Image

Standardowa dobranocka ;)

Image

Podsumowanie: Dzień: 5, ilość stopów: 2, odwiedzone kraje: Serbia, Macedonia
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image


Ostatnio edytowany przez sevenfiftyseven, 12 Lis 2017 19:20, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
arturro lubi ten post.
 
      
#7 PostWysłany: 12 Lis 2017 19:09 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Image

Dzień 6: 01.08.2017

Sierpień powitaliśmy na plaży jeziora Ohrydzkiego- znajdującego się na granicy Albanii i Macedonii. Niedaleko na południe znajduje się jezioro Prespa, po środku którego znajduje się granica trzech państw: Albanii, Macedonii oraz Grecji. My jednak zostajemy w Ohrid.

Image

Image

Zostawiamy plecaki w namiocie i idziemy na cytadele (troche ryzyko, ale gdybyśmy mieli brać rzeczy to nie poszlibyśmy na starówkę wcale).

Image

Image

Image

Image

Za wstępy do poszczególnych miejsc (amfiteatr, cerkwie, muzeum itp) płaci się za wstęp, lecz są to groszowe sprawy a poza tym działa zniżka studencka. A teraz troche motoryzacyjnych klasyków:

Image

Image

Image

Image

No i co, trzeba jechać dalej, nie zagrzewać miejsca... Cel na dziś- dostać się do Albanii. Gdzie? Niewiadomo, mi by najbardziej odpowiadało jezioro Szkoderskie, lecz zależy co się trafi.
Około 14 wracamy na kamping, i ku naszej uciesze zastajemy nietknięty namiot. Składamy pranie (które w tym słońcu zdążyło wyschnąć pięć razy od rana), składamy namiot- każdego dnia nabieram coraz większej wprawy, już mam określone ułożenie wszystkich rzeczy w plecaku i nie ma zastanawiania "gdzie co wcisne". Idziemy półtora kilometra do głównej drogi, po niedługim (ok. 15 minut) oczekiwaniu, do sąsiedniej miejscowości zabiera nas facet w Peugeocie 508, który był pełen wątpliwości co do podróży autostopem, ze zdziwieniem przyjął to, że z Polski już właśnie w ten sposób tu przyjechaliśmy. Potem ustawiamy się w całkiej porządnej miejscówce (zatoczka autobusowa) i obserwując ruch uliczny zaczynamy odczuwać Albańskie klimaty, jak z teledysku tego pajaca Popka. Mijają nas praktycznie same czarne Mercedesy z opuszczonymi szybami z których leci albański bit, co czwarte auto ma na masce przyczepioną ichniejszą flagę :D
Zatrzymuje sie dostawczak, który chce nas zabrać do Tirany. Heh, dobra! Jedziemy!
Podróżując w tym regionie trzeba pamiętać o jednym- dogadasz się w Serbii, Macedoni, Czarnogórze, Bośnii, nawet w Chorwacji i Słowenii- ale za wała nie dogadasz się z Albańczykiem jeśli nie macie żadnego wspólnego obcego języka. Tak niestety trafiliśmy- wsiadając co prawda powiedziałem dwukrotnie "jo para" co znaczy "brak pieniędzy" ale chyba nie zakumał, bo dopiero gdy dojechaliśmy do granicy i mu to powtórzyłem 5 razy pod rząd, on kazał nam wysiąść bo myślał że mu zapłacimy. Nie na tym polega zabawa mimo że nie żądał wcale dużo, wysiadamy tuż po przekroczeniu granicy. Przez to że przedostając się z Macedonii do Albanii zostaliśmy w tym busie, nie zdołałem się upomnieć o pieczątke na granicy bo paszporty podałem kierowcy.

Image

Tuż za posterunkiem granicznym zagadujemy do kolumny pięciu aut na polskich blachach, których pasażerowie sie właśnie przegrupowywali- wszyscy z warmińsko mazurskiego. Nie mieli ani jednego wolnego miejsca, ale fajnie było chwile pogadać i wzajemnie pożyczyć powodzenia. Po 5ciu minutach zatrzymał się VW Touran, z czterema osobami w środku- kierowca mówi żebyśmy wsiadali, lecz mu mówie że nie ma jak bo nas jest dwójka, a miejsce tylko jedno- wtem nagle w bagażniku wyciągnał rozkładany trzeci rząd siedzeń :D Rodzinka: rodzice, synek i babcia- jechali do stolicy. Nie lubie rezygnować z dobrych stopów, więc odpuściłem plany z jeziorem Szkoderskim i postanowiliśmy jechać z nimi do stolicy.

Image

Młody służył za tłumacza, a otwarte szyby za klimatyzację. Nie żeby coś mi nie pasowało, bo przynajmniej było czym oddychać, ale co chwila na liczniku było 100km/h ;) Jechaliśmy razem prawie trzy godziny, a po drodze krajobrazy były przepiękne. Taki sposób zwiedzania- z auta.

Image

Image

Image

Bardzo mi się podobały betonowe fundamenty mostów i tuneli- zdobiły je reklamy różnych usług, które były na nich MALOWANE.

Image

Image

Image

Nie jestem w stanie tego za bardzo wyjaśnić, ale w tym państwie się czułem bardzo nieswojo. Bez wyraźnego powodu, nie chodziło o barierę językową- chociażby w Gruzji też nie kumałem nic po ichniejszemu, ale "Albańskie klimaty" mi nie podpasowały. Mało rzeczy szanuje tak mało jak twórczość Raka (polskiej muzyki), ale idąc przez Tirane "heszke w meszke" samo pchało się na usta :D

Image

Image

Image

Mimo wskazówek na hitchwiki o całkiem fajnej "dzikiej" miejscówce do spania, właśnie z tego poczucia niepewności, poszukałem jakiegoś wi-fi i znalazłem nam jakiś hotel na tę noc. Ze śniadaniem- pierwszy raz w tej podróży mamy taki luksus. W hotelu natomiast nieprzyjemna niespodzianka, otóż nie można płacić kartą, a my nie mamy żadnych Lek- trzeba iść do jakiegoś kantoru wymienić 10$.

Podsumowanie: Dzień: 6, ilość stopów: 3, odwiedzone kraje: Macedonia, Albania
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#8 PostWysłany: 11 Gru 2017 08:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Paź 2011
Posty: 107
Loty: 83
Kilometry: 134 864
niebieski
Będzie jakiś ciąg dalszy???
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#9 PostWysłany: 11 Gru 2017 12:45 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Sorry za przerwę, bronię się w lutym, zacząłem pracę jako konstruktor i po prostu maaało czasu. Szykujcie sie za to na całkiem ciekawy wpis.

Dzień 7: 02.08.2017

Po raz pierwszy od wyjechania z Belgradu spaliśmy w "luksusowych warunkach" (w 2 gwiazdkowym hotelu). Największa zaleta- możliwość naładowania wszystkich baterii oraz przeprania swoich ubrań, zwłaszcza mi na tym zależało bo maszerując w południe po bałkanach z wielkim plecakiem, po kilku minutach już dosłownie ociekam potem, a w celu zminimalizowania bagażu wziąłem zapas odzieży tylko na 5 kolejnych dni.
Wybierając nocleg na booking.com ustawiam filtry: "ocena gości od 8 gwiazdek w górę" oraz "śniadanie wliczone w cene", a następnie sortuje cenami od najniższej do najwyższej, po czym wybieram obiekt który jest najbliżej centrum. Dzięki temu algorytmowi, w 95% jesteśmy zadowoleni- tak było i tym razem, pomimo że śniadanie nie za bardzo spełniło moje oczekiwania... Przynajmniej kawa była!
Image

Przy płatności za noc pobytu, przypadkiem robię zdjęcie które na długo ląduje na mojej tapecie w telefonie: (Asia jest Polish-American)

Image

Wychodzimy z hotelu, kierujemy się wpierw jeszcze raz na główny plac, a następnie chcemy jechać na północ. Gdzie? Okaże się jeszcze, zależy jak nam się trafi. Idąc ulicą, od czasu do czasu przejeżdża jakaś inna marka samochodu poza mercedesem.

Image

Multipla!

Image

Ceny za niektóre produkty porównywalne jak w PL, inne o 60% niższe.

Image

Bawi nas "wynajem" po albańsku:

Image

Główny plac miasta z bardzo klimatycznym muralem mozaikowym.

Image

A biur podróży o zarypania. Jak one wszystkie się utrzymują...

Image

Nie wiem za bardzo czemu, ale w wielu miejscach spostrzegałem Niemieckie flagi wywieszone odwrotnie. Usłyszałem, że to pewna forma poniżenia ze strony Albańczyków- osobiście nie widzę podstaw: bo:
1. Niemcy, jak i cała UE bardzo pomogła w kradzieży terytorium Serbii i utworzeniu Kosowa, czyli Albanii V2.0;
2.Niemcy, Austria, Szwajcaria to główne kierunki emigracyjne Albańczyków- wystarczy spojrzeć na kierunki lotów z Prisztiny by się o tym przekonać.

Image

Idziemy na wylotówkę:

Image

Stojąc i łapiąc stopa, co drugi przechodzeń coś zagaduje, próbuje radzić lub kieruje na przystanek autobusowy. Po 10 minutach jestem już tak tym wk*ony, że idziemy 300m dalej i stoimy w pełnym słońcu, ale za to w spokoju. Za chwilę będzie jedna z ciekawszych jazd stopem podczas tej wycieczki.

Image

Nie podam żadnych szczegółów nt. kto prowadził auto ani czym jechaliśmy, dokąd itp. Opowiem natomiast, że ta osoba była obywatelem jednego z naszych sąsiednich państw, pracowała na kontrakcie jednej z międzynarodowych agencji i zajmowała się zwalczaniem korupcji w Albanii. Osoba ta (podobno) posiadała uprawnienia do "prowokowania" osób nawet do stopnia ministerskiego, natomiast głównym celem była miejscowa policja. Nasłuchaliśmy się podczas blisko godzinnej jazdy sporo negatywnych historii o tym kraju. Skorumpowanym, mafijnym kraju.

Jeden z rzekomych budynków Albańskiej mafii, przez takich jak oni osoba z którą jechaliśmy miała przy sobie broń:

Image

Wysiedliśmy pośrodku pola, dookoła jakieś stragany a zaraz za nimi spalone słońcem łąki, a w oddali góry za płonącymi zboczami. Tak się złożyło, że oboje jakoś nie zachwyciliśmy się Albanią i chcemy stąd spadać. Powody? Inna kultura, niezrozumiały język, a my tacy bezdomni i bezbronni (bądźmy szczerzy- co w razie czego zdziałam tym 50 ml gazem pieprzowym i scyzorykiem). Pewnie ktoś zaraz napisze "wyjeżdżacie z tego wspaniałego kraju tak po jednym dniu, odwiedzeniu praktycznie tylko Tirany, nie pojechaliście tu tu tu i tu???". Tak, dokładnie. Pewnie jeszcze tu wrócimy. W podróży zawsze warto się kierować intuicją, która nam tym razem podpowiadała tak a nie inaczej. Jedziemy za to do Kosowa, co okazało się być strzałem w dziesiątkę.

Image

Tym razem wsiadamy do prawdziwego hippie-busa. Niemiec, przerobił starego VW Transportera niskim kosztem, wyruszył w samotną podróż, a w Bośni spotkał młodą Francuzkę i od tej pory jechali razem. Chcieli też się dostać do Kosowa- dla nas super bo od miejsca z którego nas zabrali do granicy było ok. 2,5 godziny jazdy górską drogą, bez żadnych miast po drodze. Za to z pięknymi widokami!

Image

Image

Image

Image

Image

Dziwna sytuacja. Dojeżdżamy do granicy z Kosowem, my wyciągamy nasze paszporty i podajemy kierowcy by dał strażniczce przy okienku. A oboje naszych współtowarzyszy wyskakuje z dowodami osobistymi, nie mają przy sobie paszportów. Nie zostali wpuszczeni do Kosowa, my za to wyszliśmy i przeszliśmy przez granicę pieszo. W zasadzie to muszą teraz wrócić do miejsca skąd nas zabrali, czyli spędzą 5 godzin na zawiezieniu nas na granicę po czym wrócą do punktu wyjścia. Cóż, z całym szacunkiem dla nich, ale nie używa się mózgu zawczasu to potem się cierpi. Dosłownie po minucie łapiemy stopa do Prizren.

Mamy farta dziś. Każda kolejna jazda to ciekawa opowieść. Tym razem jedziemy z ojcem i synem, którzy jadą odwiedzić Kosowo po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, a właśnie tam się urodzili. Zanim wjeżdżamy do miasta, mijamy dwa konwoje patrolujące- KFOR. Robi wrażenie, jesteśmy w państwie gdzie odbywa sie misja stabilizacyjna NATO.

Image

A NATO tutaj lubią. W końcu dzięki im istnieją, i chyba głównie dlatego że Serbia ma skłonności w kierunku Rosji. Postawili nawet pomnik NATO w centrum.

Image

Miejscowa waluta? Euro. Na szczęście ceny pozostały bałkańskie, natomiast już sporo drożej niż było np. w Macedonii.

Image

Zwiedzamy miasteczko. Ogromny plus- bieżące źródła pitnej wody na rogach ulic.

Image

Image

Image

Image

Image

Chwilowo zakochałem się w Pljeskavicach.

Image

Spędzamy w Prizren całe popołudnie. Wspominałem o intuicji i podświadomości w podróży- teraz nam obojgu się tu bardzo podobało, mimo że to dalej jest praktycznie Albania.
Teraz cenna uwaga dla stopowiczów w tym regionie- koniecznie się upewnijcie trzy razy, czy tabliczka którą trzymacie ma poprawną pisownie. Chcieliśmy się wydostać z miasta na noc, prawdopodobnie spać gdzieś po drodze, bo ominiemy Prisztine gdyż najłatwiej będzie nam tam wrócić (loty z SXF), kierujemy więc na N-W. Pierwsze miasto w tym kierunku? "PEJ", ok, to tak pisze na tabliczce. Co się potem okazuje? Nasza laminowana mapa Bałkan ma nazwy Serbskie. A to tutaj działa jak płachta na byka, pewnie dlatego stoimy już ponad godzine, słońce praktycznie zaszło a nas nikt nie wziął. Staliśmy tacy nieświadomi, co jakiś czas ktoś trąbił. W końcu się ktoś zatrzymał i nas powiadomił, że z tabliczką "PEJ" nigdzie nie dojedziemy i żeby zmienić na "PEĆ" bo to jest Albańska nazwa tej miejscowości. No kur*a dzięki stary! I rzeczywiście, po kolejnych 15 minutach już jedziemy nowiutkim mercem, oczywiście na szwajcarskich blachach.

Image

Image

Image

Nie dojechaliśmy jednak do samego Peć, tylko do Djakovicy, ekhm, tfu, Djakovy. Przez nieporozumienie wysiedliśmy niestety w centrum, musieliśmy przemaszerować już po zachodzie słońca ok. 2 km aż zrobiło się nieco spokojniej. Na szczęście słońce już zaszło i jest już tylko ok. 27 stopni. Za to miejscówek do spania brak, a ta miejscowość zdaje się nie mieć końca. Trudno, odbijamy w bok od głównej drogi. Trafiliśmy na osiedle domków jednorodzinnych, ale o nieco innej budowie niż przywykliśmy- wyglądało to tak, jakby wpierw deweloper podzielił betonowymi płotami pole na jednakowe działki, a później dopiero prywatni ludzie stawiali swoje domy na właśnie takich działkach. Na jednej z niezabudowanych, obrośniętych, rozstawiliśmy po ciemku namiot, zasypiając z nutami albańskiej muzy z imprezy w jednym z domków obok. Co za dzień.

Podsumowanie: Dzień: 7, ilość jazd stopem: 4, odwiedzone kraje: Albania, Kosowo.
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image


Ostatnio edytowany przez sevenfiftyseven, 12 Gru 2017 20:30, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 12 Gru 2017 01:46 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 103
Loty: 63
Kilometry: 116 488
Pisz dalej, nie myśl że nikt nie czyta, zazdroszczę Wam młodości, ale my starsi tez nie wymiękamy
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#11 PostWysłany: 12 Gru 2017 22:19 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 8: 03.08.2017 (czwartek)

Spaliśmy w namiocie rozbitym w krzakach na jednej z niezabudowanych działek na osiedlu domków jednorodzinnych. Życie autostopowicza przypomina nieco tryb rdzennych mieszkańców planety- kładziesz się godzinę lub dwie po zachodzie słońca, wstajesz godzinę lub dwie po wschodzie słońca. Pobudka to jednak sztuka kompromisów: sen, poranny chłodek lub pośpiech. Pierwsza opcja: możesz spać tyle ile chcesz, nie spieszyć się zbierając graty lecz wychodząc z miejscówki gdzie spałeś już zaczynasz ociekać potem, druga opcja: możesz się zbierać powolutku i cieszyć się cudownymi 25 stopniami z rana ale wtedy się nie wyśpisz, my natomiast często wybieraliśmy opcje z dłuższym snem i pośpiechem przy wyprawianiu w drogę, żeby się jeszcze nie zdążyć ugotować nim złapiemy pierwszego stopa.Dalej jesteśmy w Djakovicy, a musimy dojechać do Pej aby mieć szanse znaleźć kogoś jadącego do Czarnogóry. Gwoli ścisłości, prawidłowo powinno być napisane "do Peji", ale kojarzy się z pewnym patusem, a patusów nie lubię. Gdy powróciliśmy do głównej drogi, wciąż jeszcze idąc, wystawiłem tabliczkę "Montenegro" bez jakiejkolwiek nadziei, że ktokolwiek się zatrzyma bez standardowego stania co najmniej 10 minut. A tutaj zdziwko- zatrzymało się pierwsze auto które nadjechało. Kierujący- agent firmy ubezpieczeniowej, który zawodowo oceniał szkody po wypadkach- zawiózł nas do centrum Pej/Peć.

Image

Idziemy coś zjeść- wtem nadeszła wielkopomna chwila, pora otworzyć sałatkę z tuńczykiem, którą tacham na plecach od samego Wrocławia. Jesteśmy w zachodnim Kosowie, dojechaliśmy tam autostopem przez Macedonie, usiedliśmy sobie w parku w cieniu pod drzewem, na jednej ławce usiedliśmy, na drugiej położyliśmy plecaki, zrobiliśmy kanapki, otworzyliśmy mapę i zaczeliśmy planować gdzie by tu dalej jechać- właśnie takie momenty najbardziej zapadną w pamięć. Aż się podzielę zdjęciem tej kanapki.

Image

Po wszamaniu chleba, tuńczyka, kabanosów (też jeszcze z Polski) i czegoś tam jeszcze, odmaszerowujemy w kierunku "Mali i Zi". Co to takie? "Czarnogóra" po Albańsku- że też się nie domyśliłem.

Image

Znów zaufałem naszej mapie, która wyraźnie pokazuje najbardziej logiczną drogę do Czarnogóry (co prawda strasznie krętą, górską- ale jednak krótszą niż inne) w tym kierunku, gdzie sie udajemy. Jakieś zrządzenie losu, bo w tej malutkiej, zupełnie nie turystycznej miejscowości, odchodząc od centrum, znajdujemy biuro informacji turystycznej. Wchodzę, bo aż żal nie spytać czy dobrze główkujemy. Miły starszy pan po rosyjsku powiadamia że ta droga jest nieczynna, ale jego syn może nas zawieźć do dobrej drogi skąd na pewno ktoś nas zabierze. Nie z nami takie numery, gałganie- pomyślałem ;) Zawiezie nas, a potem będzie chciał za tą podwózkę dinero, nie na tym polega zabawa, mówie mu że pójdziemy z buta, bo musimy się wrócić "tylko" 1,5 km. Ale ten syn tak bardzo naciska żeby nas podwieźć, w dodatku całkiem dobrze mówi po angielsku i czujemy sie nieco pewniej. W końcu mówi magiczne "no money" i nas wygrywa- strasznie to brzmi, wiem- ale serio chcieliśmy pójść z buta i nie robić nikomu kłopotu.

Wsiadamy do auta, zawozi nas z powrotem do centrum i zaprasza na kawę- już dzisiaj jedno espresso piłem (żal nie skorzystać, jak tutaj kosztuje 0,50 eur). Znowu wymiękamy, i idziemy z nim na kawę- widać że bardzo dużą sprawia mu to przyjemność. Przy stoliku opowiadam mu o naszej podróży, o Polsce, on za to odpowiada na różne pytania dot. Kosowa. Mam rozdwojenie jaźni. On tak się cieszy z niepodległości swojego kraju.
Za to moja opinia o Kosowie jest taka, że nie powinno być odrywane od Serbii. Dawno dawno temu, ludność albańska na terytorium obecnego Kosowa, a wtedy jeszcze Jugosławii wzięła się z tego powodu, że uciekający przed dyktaturą Albańczycy, odnajdywali azyl w regionie dzisiejszej południowo-zachodniej Serbii. Czas poszedł do przodu, Jugosławia się rozpadła, dyktatura w Albanii się skończyła, lecz ludność tam pozostała- i jak to w muzułmańskich rodzinach przystało, mieli bardzo dużą dzietność i przez te kilkadziesiąt lat, stali się większością w tym regionie. Przyszło USA, NATO, pomogli się odłączyć- powstało Kosowo.
Lecz nie mówię mu tego. Jest dla nas taki miły, zresztą on chce żyć jak każdy inny człowiek na świecie, a to wszystko o czym obecnie pisałem to polityka, czyli samo zło. On się zajmuje prowadzeniem pensjonatu i organizowaniem wycieczek, poprosiłem o jego wizytówkę- polecam osobom które chcą odbyć kilkudniowy trekking szczytami Czarnogóry, Albanii i Kosowa.
[url]
http://kosovatourism.com/list/guesthouse-panorama/[/url]

Czas mija bardzo przyjemnie, lecz trzeba się zbierać żeby dziś jeszcze dokądś dojechać. Dlaczego się tak śpieszymy, zamiast posiedzieć na miejscu trochę? W sumie teraz jak tak wróciliśmy i odpoczeliśmy 5 miesięcy to za bardzo nie wiem, trochę żałuje...
Po pożegnaniu, łapiemy krótką podwózkę od gościa z synem, którzy oboje mieszkają na Islandii, a w Kosowie przyjeżdżają na wakacje, do rodziny. JAK JA IM K$%^A ZAZDROSZCZE tej Islandii. Ale pewnie mówię tak bo byłem tam dwa razy, łącznie przez 9 dni, i za każdym razem zwiedzałem piękne miejsca- gdybym pomieszkał tam w zimie, mając 4 godziny światła za dnia i codzienne lodowate wichury znad atlantyku, pewnie już nie byłoby tak kolorowo.

Wysiadamy na jakimś rondzie i stoimy dalej z tą tabliczką "Mali i Zi/Montenegro". Heh, do stolicy- Podgoricy, 6 godzin jazdy, małe szanse że daleko ujedziemy, ale może przynajmniej ktoś nas zawiezie te 0:35, do granicy. Po pięciu minutach zatrzymuje się Golf VI- w środku dwóch typków ok. 40tki- jadą do Podgoricy. No k**a, dlaczego by nie skorzystać.

Image

Szło się dogadać po Albańsku, ale dosyć słabo. Z tego co zrozumiałem, to chyba właśnie zawieźli jakieś auto do Pej i teraz wracają we dwójkę spowrotem do stolicy. Od razu idzie wyczuć doświadczonego kierowce po górskich drogach- prowadzi bardzo dynamicznie, lecz bez szaleństwa, bezpiecznie. Muza na całego, oraz- i tutaj szkopuł tej jazdy- NON STOP SZLUGI. Przez całą jazdę z nimi, 5,5 godziny, każdy z nich wyjarał chyba po paczce fajek. Ich auto, my się do nich wpakowaliśmy, nie mamy prawa nic mówić- ale nas obojga ich jaranie przy ledwo tylko uchylonych szybach tak zmęczyło, że dochodziliśmy do siebie potem do wieczora. Asia nigdy nie paliła, ja natomiast przez trzy lata- i jadąc tak przypomniałem sobie czasy liceum- kiedy już dawno zaspokoiłem swoją dawkę zapotrzebowania na dym papierosowy (2-3 fajki zazwyczaj) ale wszyscy dalej palili to ja też kontynuowałem fajkę za fajką, mimo że już tak naprawdę mi sie już nie chciało- łeb zaczyna boleć.

Natomiast droga jest niesamowita. Kręta, górska, droga. Nieraz po drodze by się chciało gdzieś zatrzymać. To akurat chyba największy minus autostopa- gdy już złapiesz coś fajnego, to szkoda wysiadać- i sporo cię omija.

Image

Image

Zatrzymujemy się po czterech godzinach jazdy na postój. Nie mam ochoty na nic po tej komorze gazowej, a widmo wejścia tam spowrotem przyprawia mnie o mdłości- wmawiam sobie że przynajmniej ja to gorzej przeżywam przez to, że byłem palaczem. Siedząc przy stoliku, podłączyłem się do wi-fi i zaistniała śmieszna scena- telefon złapał internet i zaczęły przychodzić wiadomości na messenger- Asi mama nam obojgu wysłała screena z MSZ:

[url]
http://www.mfa.gov.pl/pl/informacje_kon ... 21.cmsap6p[/url]

Cytuj:
Z powodu niestabilnej sytuacji w Kosowie nie zaleca się podróżowania do tego kraju. W przypadku konieczności udania się tam, bezwzględnie należy unikać wyjazdów w ogarnięte konfliktem północne rejony kraju (w praktyce - leżące na północ od stolicy kraju - Prisztiny). Zagrożenie przestępczością pospolitą w Kosowie jest wysokie. Należy zachować szczególną ostrożność podczas postojów na małych, niestrzeżonych parkingach przydrożnych, a w nocy w ogóle się na nich nie zatrzymywać.


Opowiadam naszym poznanym Kosowianom o tym co właśnie przeczytałem i wszyscy się z tego śmiejemy. Na parkingu kwintesencja bałkan- obok siebie rejestracje Kosowa, Albanii, Czarnogóry i Serbii.

Image

Image

Dojechaliśmy w końcu do Podgoricy. Na stacji benzynowej jest wi-fi, sprawdzam co tu jest ciekawego, może jakiś ryneczek, pljeskavica- i tu zawód, ponieważ gówno tu za przeproszeniem jest, nawet nie ma co jechać do centrum by zobaczyć jedną cerkiew. Ale wał. Najciekawsza w Podgoricy okazuje się zajezdnia kolejowa.
Moją pasją jest oczywiście lotnictwo, ale od jakiegoś czasu coraz bardziej interesuje mnie kolej.

Image

Image

Image

Uciekamy z tego nudnego miejsca, kierujemy się dalej- do Virpazar, nad jezioro Szkoderskie. Problem ze znalezieniem kartonu- zazwyczaj na wszelki wypadek mam ze sobą jakiś zapasowy świstek, ale tym razem wszystko już zużyte i dawno wywalone do śmieci. Podbijam do strażnika przy jakimś magazynie- ten uchachany przynosi praktycznie w zębach 3 praktycznie nieruszone, czyste kartony.
Z Podgoricy do Virpazar zabiera nas perfekcyjnie mówiący po angielsku młody żyd, którego akcent bardzo mnie irytował. Ale kawał drogi dziś ujechaliśmy.

Image

Virpazar:

Image

Wbrew moim nadziejom, nie udaje się znaleźć miejsca na rozbicie namiotu tuż przy brzegu jeziora. Albo bylibyśmy zbyt bardzo na widoku, albo rozbilibyśmy się na bagnie. Wchodzimy na lekkie wzgórze, rozbijamy się kawałek za ulami, na nasze szczęście, chyba pustymi.

Image

Podsumowanie: Dzień 8, Ilość stopów: 5, odwiedzone kraje: Kosowo, Czarnogóra
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#12 PostWysłany: 24 Gru 2017 23:44 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 9: 04.08.2017 (piątek)

Nasz namiot ma na szczęście opcję podwinięcia wejść w taki sposób, że zostaje jedynie tropik. Ta funkcja się idealnie przydaje w ciepłych klimatach, ponieważ w namiocie można oddychać, a jednak warstwa przeciwdeszczowa zapewnia prywatność. Jesteśmy na północnym końcu jeziora Szkoderskiego. Można popływać sobie po nim kajakiem, w ciekawych klimatach- ale nie idziemy na to bo: 1. Nie ma gdzie zostawić bagażu (brak przechowalni), 2. Drogo, 3. Za miesiąc z hakiem będziemy w Tajlandii, Laosie, Wietnamie i Kambodży więc takie klimaty tam też na pewno będą.

Image

Virpazar, miejscowość w której nocowaliśmy, składa się dosłownie z jednego skrzyżowania. Jedna z dróg które od niego odchodzi przechodzi przez tory kolejowe, a następnie łączy się z główną drogą w strone Budvy i Kotoru. Na tym skrzyżowaniu był supermarket, w którym nakupiliśmy produktów mieszcząc się w budżecie ok. 10zł (moje śniadanie: wielka buła, pasztet, sardynki; Jej: brzoskwinia, jogurt oraz 5L wody na cały dzień). Poszukaliśmy jakiegoś spokojnego miejsca w cieniu do zjedzenia śniadania, najbardziej pasował nam murek na który się wchodzi po drabinie.

Image

Image

Wzdłuż wspomnianej drogi na Budvę biegną tory kolejowe. Zwróćcię uwagę na podniesione rogatki. Na szczęście kolejarze o tym wiedzieli, i pociąg się zatrzymywał przed przejazdem!! Czemu by ich po prostu nie naprawić, hmm...

Image

Image

Nasze kochane łapanie stopa w około południowym słońcu. Czemu zawsze musimy się tak długo zbierać, jeść prawie godzinę itp... Wiem czemu. W końcu jesteśmy na wakacjach!
Łapiemy dwójkę chłopaków niewiele starszych od nas, jeden z Luksemburga natomiast drugi chyba Ukrainiec. Przyjechali do Czarnogóry aby się spotkać po latach, bo są przyjaciółmi ze studiów. Jadą do Kotoru, ale zamierzają się na trochę zatrzymać w Budvie- bardzo turystycznym kurorcie. Na samą myśl zaczyna mnie przekręcać. Bardzo źle kojarzą mi się takie miejsca- tak samo jak Magaluf na Majorce, Los Christianos na Tenefyfie itp. Koszmar autostopowicza- ciężko się wydostać z tych miejscowości bo długo się ciągną wzdłuż głównej drogi, prawie zerowy ruch lokalny, pełno ludzi i jesteś kolejną "atrakcją turystyczną", podczas ty też tutaj jesteś na urlopie- na swój sposób. Umawiamy się że wysiądziemy na samym początku Budvy i będziemy łapali dalej stamtąd. Po drodze zatrzymujemy się na zdjęcia przy Świętym Stefanie, która jest wyspą całkowicie zabudowaną i przemienioną w hotel.

Image

Wysiadamy w Budva. Jest jakiś kiosk, znajduje tam jeden z moich najbardziej ulubionych napoi:

Image

Image

Po chwilowym postoju, zaraz jedziemy dalej- tym razem ojciec z synem, Kią dopiero odebraną z salonu (mówił że to jego druga jazda tym autem). Jedna z tych osób "powiedzcie gdzie, a was podwioze". Zdziwił się że zamiast do Kotoru (gdzie zresztą jechał), rzuciliśmy hasło: lotnisko Tivat. Tak jest; od dawna chciałem tam być. Poza tym chcemy sobie troche poplażować.

Image

Image

Jest i ono. Tivat; niestety jestem tu o około dziesięć lat za późno- ruch na lotnisku to tylko samoloty które mogę spotkać gdziekolwiek indziej, kiedyś tu przylatywała w lecie chmara Tu-154, Il-86 itp.

Image

Image

Od namiotu który sobie rozbiliśmy na plaży do płotu przy lotnisku, mam około 30 sekund marszu w klapkach. Przy plaży bar, gdzie za ok. 1 euro jest zimny browar. RAAAAAJ.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pod płotem spotykam spottera ze szwajcarii- Stefan przyleciał tu przede wszystkim na spotting, a przy okazji na wakacje. To się chwali! Łapie swojego pierwszego A320 NEO w kolekcji:

Image

Jest i łódka. Wiąże się z nią pewna historia. Leżąc na plaży pomiędzy przylotami, obserwowaliśmy jak jakiś koleś wchodzi do tej łódki i gdzieś odpływa. Normalka. Po dwóch godzinach wrócił, pijany jakby po drugim brzegu jeziora obalił całą flaszkę (i pewnie tak było). Podchodzi do mnie, i po Chorwacku coś zaczyna bełkotać. Wstaję z ręcznika, a ten mnie obejmuje i zaczyna pokazywać raz na mnie, raz na Asie, raz na łódkę. Powoli zaczynam go rozumieć- chce abyśmy sobie wzięli tą łódkę, popłyneli gdzieś i dosłownie "tenteges" a on nam popilnuje rzeczy :D :D :D Oczywiście grzecznie dziękuję kierując się ograniczonym zaufaniem, odprawiam namolnego gościa i wracam sie opalać. Okazuje się że ten facet to brat właściciela baru, i gdy szedłem po kolejne piwo i loda już oboje z właścicielem namawiali bym sobie pożyczył łódkę :D Co mi tam. Spytałem Asi czy chce popływać- nie chciała, wsiadłem więc sam, odpaliłem motor, pokręciłem się 3 minuty i wróciłem :D Cóż, przygoda...

Image

Image

Po solidnych pięciu godzinach na plaży, zmywamy się. Najpierw jeszcze musze się pożegnać z bratem właściciela i mu wytłumaczyć, że na pewno nie chcemy płynąć jego łódką do Dubrownika xD

Około zachodu słońca, łapiemy na stopa Golfa 7, prowadzonego przez piękną Rosjankę, młodą mamę z dzieckiem na tylnym siedzeniu. Znowu nauka rosyjskiego się przydała, bo "kali mówić" ale przynajmniej było jak gębę otworzyć. Jechała do Herceg Novi, pojechaliśmy więc z nią. Gdyby jechała do Kotoru- też byśmy z nią pojechali. Ogólnie- gdzie nas zabiorą, tam nam się będzie podobało. Po drodze przeprawa promem.

Image

Image

Image

Wysiedliśmy w Herceg Novi. Już od dawna jest ciemno, gdzie tu znaleźć miejsce do spania. Wyjątkowo nie zaczęliśmy odchodzić gdzieś na obrzeża, tylko poszliśmy do centrum. Pomysł okazał się trafiony, znaleźliśmy miejską plażę. Kupiłem litrowe białe wino oraz słoik oliwek i jakieś chrupki, rozłożyliśmy sobie karimaty pod pinią na plaży i bez żadnych przygód spaliśmy pod gołym niebem do 9 rano. We Włoszech bym się na to nie zdecydował. Ze względu na to wino- zdjęć z wieczora brak ;)

Podsumowanie: dzień: 9, ilość stopów: 3, odwiedzone kraje: Czarnogóra
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
Pabloo lubi ten post.
 
      
#13 PostWysłany: 25 Gru 2017 11:47 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 10: 05.08.2017 (sobota)

Znieczuleni winem spaliśmy pod chmurką jak zabici. Nic nie zginęło, przez noc portfel trzymałem w majtkach, leżąc na nim ;) Nie bez znaczenia dzień tygodnia, obudziliśmy się już w sobotę. Znacie tą praktykę, że żeby znaleźć sobie godny lub w ogóle jakikolwiek kawałek plaży, to trzeba wstać wcześnie rano i sobie go zarezerwować? Tak właśnie tam było- plaża publiczna, obudziliśmy się dosłownie otoczeni plażowiczami, gdzie niektórzy nawet tylko siedzieli na ręczniku bo nie było miejsca by się położyć. Wszystko przez to, że ten ogólnodostępny fragment plaży miał długość raptem 100-150 metrów, a szerokość dosłownie kilku bo kończył się małym skalnym klifem.
W tej podróży, bardzo cenię sobie poranny rytuał. Powolne dobudzanie się, niedowierzanie że tutaj dojechałem autostopem, skrupulatne zbieranie ekwipunku i dokładne poukładanie wszystkiego z powrotem na swoje miejsce... Tym razem hieny dookoła już czaiły się na nasze cztery metry kwadratowe plaży, w dodatku w cieniu. Jakaś kobieta bezczelnie zaczęła przesuwać mój plecak w bok by zmieścić swoje tłuste dupsko. Asia tylko zaczęła składać karimatę, już jakiś "Janusz" bez masła zaczął się pakować na jej miejsce. jakby nie mogli poczekać pięciu minut dłużej, aż się spokojnie zbierzemy i pójdziemy w swoją stronę. Myślę sobie "Super, będziemy wkur*ni od rana" ale na szczęście dosłownie zaraz przy plaży poszliśmy na śniadaniową pljeskavice i już było ok :)

Image

Image

Wieczorem, gdy szukałem sklepu gdzie mogę zapłacić kartą, bardzo mi się podobała kamienna starówka na wzgórzu- pełna życia z racji piątkowego wieczoru. Oczywiście nie chce nam się znowu leźć do góry, idziemy zatem wzdłuż wybrzeża do jakiejś głównej drogi. Jedziemy do Chorwacji. Troche cienko to brzmi- kojarzy się droga przez Austrię i Słowenię... Podczas gdy nasza droga prowadziła przez Macedonie :P

Obecnie, kilka miesięcy po tej podróży, jestem zdziwiony jak wiele szczegółów pamiętam. Cały ten blog jest pisany z głowy, nie mam żadnych notatek. Niestety pierwsza dziura w pamięci się pojawiła- nie mam pojęcia z kim się przedostaliśmy z Hercegnovi do centrum handlowego na wyjazdówce w stronę granicy.

Za to spod tego centrum handlowego do granicy z Chorwacją podwiózł nas typ, który był chyba jedynym średnio przyjemnym wspomnieniem z tego wyjazdu. Chodziło o to, że przez te kilka minut wspólnej drogi, kilkakrotnie proponował 10 000 euro za "papierowe małżeństwo" z Asią, aby dostał obywatelstwo UE. Nie mam dystansu do takich propozycji, nie oddałbym jej za nawet 100 razy tyle (chyba, że jeszcze więcej to może już bym sie zastanowił :P )- ale jakoś udaje obrócić się to w żart i zmienić temat mimo że był natarczywy. Żegnamy się, ale jeszcze dziś się z nim zobaczymy znowu.
Opuszczamy Czarnogórę. Teren między graniczny musimy przejść pieszo.

Jestem fanem Kultu i ogólnie twórczości Kazika- następną godzinę z hakiem doskonale opisuje moim zdaniem genialna piosenka z nowego projektu we współpracy z Kwartetem Proforma:

Ta droga była daleka
Ta droga była bez końca
Horyzont wciąż dalej uciekał
I asfalt był śliski od słońca


Otóż zazwyczaj między posterunkami granicznymi jest ok. 150-200 metrów. W tym przypadku, odległość wynosiła 2,2 km, ze 140 metrowym przewyższeniem w kierunku Chorwacji. W południe, z 17+ kilogramowym plecakiem :D Ale jak teraz o tym myślę, i tak mieliśmy lepiej niż ludzie z małymi dziećmi którzy po długiej, całonocnej drodze z np. Polski, stali w wielogodzinnej kolejce do granicy. Chwała Bogu za strefę Schengen.

Image

Image

Image

Po tej wędrówce, chwilowo wyczerpani kładziemy się na pół godziny w jakimś kawałku cienia tuż po wejściu na teren Chorwacji. Następnie zaczęliśmy łapać stopa w kierunku Dubrownika, wtem pojawił się znowu nasz kolega od obywatelstwa. Wychylając się przez okno jest jeszcze bardziej natarczywy i już nawet nieco agresywny, chce abyśmy wsiedli i nas zawiezie do Dubrownika, tym razem już bezpośrednio mówie mu żeby "szybko uciekał". Tak szybko się przedostał przez granicę bo była kilkugodzinna kolejka w stronę Czarnogóry, natomiast w stronę Chorwacji praktycznie nie było ruchu. Na szczęście zaraz potem złapaliśmy już normalnego stopa, i to jakiego- kompletnie pusty, klimatyzowany autokar- kierowca wracał na pusto po rozwiezieniu turystów z lotniska.

Image

Image

Image

Nie planowaliśmy aby w Dubrowniku się zjawić akurat w sobotę, tak niestety wyszło. Ludzi tłumy, a tego nie lubimy. Ale i tak bardzo mi się Dubrownik spodobał, oboje byliśmy tu pierwszy raz.

Image

Ten gościu, w kółko grał temat z Gry o Tron. Dookoła pełno pamiątek związanych z tym serialem. Nie oglądnąłem ani jednego odcinka, tak w ogóle to żadnych seriali nie oglądam, szkoda na to czasu.

Image

Image

Image

Image

Ostatni raz byłem w Chorwacji w 2010, w Makarska (obok Splitu). Powiem szczerze, że trochę się stęskniłem za Chorwacją, ale jak się później okazuje- nie na długo.

Image

Image

Temat cen pominę- to chyba oczywiste że jest wszędzie cholernie drogo. Na szczęście jak to przystało na "Polską cebule", mamy ze sobą wystarczająco jedzenia by przeżyć aż znajdziemy jakiś tani supermarket ;) Idziemy się pokąpać na miejską plażę. Kocham skoki do wody- bardzo fajna miejscówka była na końcu tego wybetonowanego klifu.

Image

Image

Po znalezieniu jakiegoś wi-fi, dla przezoru sprawdziłem Booking.com w poszukiwaniu jakiegoś noclegu na dziś dla dwóch osób. Gdy się okazało że to będzie wydatek ok. 150zł za osobę (w Hostelu wieloosobowym), ucieszyłem się że mamy możliwość nie dać się wydymać.

Potem do zachodu słońca próbujemy złapać stopa w kierunku Bośni- planujemy wpierw pojechać do Trebinje, następnie spędzić w Bośni dwa lub trzy dni (Mostar, Sarajewo), a następnie wrócić do Chorwacji i odwiedzić naszą znajomą która przebywa na wakacjach w Trogir. Przez dwie godziny nic nie złapaliśmy, księżyc już w pełni, postanawiamy rozbić namiot przed opuszczonym domkiem na wzgórzu, do którego prowadziły schody widoczne na zdjęciu poniżej:

Image

Nasz Hotel z 5-gwiazdkowym widokiem:

Image

Image

Podsumowanie: Dzień 10; ilość stopów: 3, odwiedzone kraje: Czarnogóra, Chorwacja

Jutro ciężki dzień i kolejny kryzys, ostatni mieliśmy jeszcze w Serbii.
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#14 PostWysłany: 28 Gru 2017 22:13 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 11: 06.08.2017 (niedziela)

Pobudka z widokiem:
Image

I to by było prawie na tyle, jeśli chodzi o zdjęcia z tego dnia. Dlaczego?
Po ogarnięciu się, zaczęliśmy łapać stopa ok. 8 rano, najpierw z powrotem na wschód w stronę Trebinje w Bośni, po dwóch godzinach zmieniliśmy kierunek na Neum- czyli tą praktycznie jedyną nadmorską miejscowość w Bośni. Po kolejnych dwóch godzinach zmieniliśmy miejscówkę i dalej łapaliśmy stopa w kierunku Neum- do południa nikt, ale to nikt się nie zatrzymał. A ruchu miejscowego wbrew pozorom było sporo, oczywiście większość aut była napakowana po dach turystami wracającymi z urlopu (wymiana turnusów), jednak co piąte-dziesiąte auto jakie się przewijało, to Chorwackie/Bośniackie blachy z jedynie kierowcą w środku. Po sześciu godzinach łapania stopa (pamiętając że próbowaliśmy się wydostać z Dubrovnika także przez dwie godziny poprzedniego dnia), zraziliśmy się do Chorwacji na tyle, że daliśmy znajomej znać że nie przyjedziemy do Trogir tak jak było wcześniej mówione, tylko zmieniamy trasę i gdy się tam dostaniemy, to zostaniemy już w Bośni.

Załamani, wsiedliśmy do autobusu (znowu drożyzna- 2 euro za 15 minut jazdy) i podjechaliśmy pod dworzec główny, niedaleko którego poszliśmy na pizzę do restauracji. Za 40zł dostaliśmy przesoloną pizze, lecz nie miało to znaczenia bo przynajmniej był prąd, cień i zimna woda. Pora poszukać innych opcji. Załapalibyśmy się na jeszcze jeden autobus do Mostaru, lecz szybciej i taniej podpasował nam Blablacar, którego UŻYŁEM PIERWSZY RAZ W ŻYCIU. Kierowca oferował przejazd z Dubrownika do Mostaru za ok. 30zł od osoby. My jednak wpierw chcieliśmy się dostać do Medjugorie, kierowca niechętnie, lecz za małą dodatkową opłatą zawiózł nas tam, gdzie chcieliśmy. A miało być tak pięknie, chcieliśmy pojechać i wrócić kompletnie za free...

Wiózł nas były amerykański konsultant w powojennej Bośni. Bardzo nam to pasowało, bo wreszcie można było pogadać i się wypytać o wszystkie nasze wątpliwości co do historii tego regionu.

Image

Zajechaliśmy tuż przed zachodem słońca. Akurat się kończył tydzień młodzieży i ludzi było multum.

Image

Rozbiliśmy się na jednym z dwóch pól namiotowych.

Dzień 12: 07.08.2017 (poniedziałek)

Image

Śniadanie w praktycznie luksusowych warunkach:

Image

Wszechobecne Golfy:

Image

W Medjugorie istotne są dwa wzgórza- Brdo Ukazanja/Podbrdo, gdzie podobno Matka Boża się wielokrotnie objawiła, oraz Krijevac- góra Krzyża. Wszystko jest bardzo skromne.

Podbrdo:

Image

Image

Image

Krijevac:

Image

Osobom wierzącym bardzo polecam wycieczkę w to miejsce, ma niesamowity klimat.

Image

Image

Podsumowanie: dzień: 11 i 12; ilość stopów: 0.5, odwiedzone kraje: Chorwacja, Bośnia
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
bozenak lubi ten post.
 
      
#15 PostWysłany: 13 Sty 2018 20:33 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 13: 08.08.2017 (wtorek)

Wyjeżdżamy z Medjugorje, kierujemy się na Mostar. Niestety trzeba było przejść ok. 4km do głównej drogi. Po pół godziny łapiemy stopa- oczywiście Golfa. Chłopak i dziewczyna, niewiele starsi od nas- zabiorą nas do samego Mostaru. Pytam się ich o to, jak żyją ze sobą różne religie w tym regionie- mówią że nie ma obecnie prawie żadnych starć. Dostaje też odpowiedź na to, dlaczego w niedziele podczas mszy było słychać strzały- nieopodal odbywało się wesele (na którym właśnie oni byli) i to były tradycyjne wystrzały w powietrze z kałacha.

Zdjęcia z Mostaru- stare miasto naprawde godne polecenia, ma bardzo unikalny klimat- tutaj minaret, tam turkusowa rzeka, wszędzie kamienna zabudowa, ślady po kulach.
Do tego gorąc. Mostar jest ze wszystkich stron otoczony górami, w lecie temperatura niejednokrotnie przekracza 45 stopni celciusza. Gdy tam byliśmy, było zaledwie 42.

Image

Image

https://lh3.googleusercontent.com/5Z7Bz ... 34-h974-no

Image

Image

Image

Nad miastem króluje wzgórze. Wzgórze snajperów. Opowiedział nam o nim kierowca z którym jechaliśmy z Dubrownika do Medjugorje. Snajper który się znajdował na tym wzgórzu, miał widok na całe miasto.

Image

Image

Image

Przez ten gorąc i ciężar na plecach stajemy się oboje bardzo drażliwi i niepotrzebnie zaczynamy na siebie warczeć. W dodatku jesteśmy już troche zmęczeni, bo jesteśmy w podróży już od trzynastu dni. Takie kryzysy między nami zdarzały się parokrotnie podczas tego wyjazdu, natomiast fajne jest to, że gdy pojawia się z powrotem "comfort zone" = złapiemy stopa/usiądziemy w restauracji itp, od razu się zapomina i wszystko wraca do normalności.

Łapiemy stopa do Sarajewa. Z dostawcą przypraw- jedziemy Trafficiem i możemy siedzieć oboje z przodu. Przed nami trasa z najpiękniejszymi widokami z całego wyjazdu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Sarajewo.

Image

Tak jak w Mostarze i Medjugorje akceptowalne były Euro, tak w Sarajewie potrzebujemy już dostać miejscową walutę. Przy wymianie w kantorze- proszą o twój paszport, podpis itp- nie wiem po kij.

Image

Image

Łażąc w poszukiwaniu jakiegoś fast foodu, napotykamy pomnik który chyba najbardziej do mnie trafił spośród wszystkich jakie kiedykolwiek widziałem. Pomnik upamiętniający pomordowane dzieci podczas oblężenia Sarajewa.

Image

Image

Image

[img]https://lh3.googleusercontent.com/l97vIxCkFQyxx3CxIfeisRXMqJhBqXCfo4GvIgiKk7rbAK7y3WBUiTfKxR5kR2iFIqCl8E2Gh0aVGyi1iwl8RnJEz-LTqwcjAuDV9sCamZ75Q6cVuZmFDbEB8f4FWYwNon8jLNmTPhhJYclKaK42vVGQ6aoESCMeKO_PrqhM3y90vhpUPEv3Lg6nvFZH05hPZT3FfzbCz6xHqOK7oSLpDneYzQpzGvNFozkAgMPWbC_DMPcdgzSLpEXWaiQFJ1WMrzwS6xm3LCfHC8SbNqo97dnMFbJAxXcGkq0R8RUU7px4CQQn2dZkF_4Ikw_TsTUFv1tGrMb_j94glX71-n0qCEXTxotNF7PLowadkUtggStMdGMuYJA_xFprSmWEq1PjPYKGR0LgbA3u6vTnPiCSIX8xLqAYeCGb_TEq1wjZqHV7N_yiyw0_UiHPNqyAth3KcoTFUEqRle6eZZnpJlXO7Mbl9_k0wfXoaTRdKRKoHXXLV7QNMZeoVVG2BcovauZsg0o-dtxGvBD0OD3af8oKCaCHjED4aAdMV2mmUA6KrmAvJX_kA60gKhTBfs5lyllI7JVgQ3i_d00rGxtfTRmFFs1jKSoWdm4SISasUq8=w1734-h974-no
[/img]

Image

Image

Idziemy zobaczyć miasto z góry.

Image

Image

No i się zaczyna pojawiać problem, gdzie my tu będziemy spać. Ja nalegam aby pójść do hostelu, znalazłem na b.com w całkiem dobrej cenie i w centrum, natomiast nie ma to większego sensu bo NIE BĘDZIE WODY, o czym poinformował nas nasz kierowca z którym tu jechaliśmy. Zazwyczaj, w lecie, wodociągi przestają dostarczać wodę między 23 a 6 rano, dla oszczędności bo wody tu brakuje od zawsze. Natomiast tego dnia kiedy tam byliśmy, wodę mieli wyłączyć już o 18. Szukamy więc innych opcji.

Jedziemy w inną dzielnicę miasta i rozbijamy namiot na wzgórzu-polanie, nieopodal lotniska.

Image

Image

Nocujemy na takiej wysokości i tak niedaleko pasa startowego, że nawet w nocy mogę gołym okiem zidentyfikować lądujące samoloty. Po kolei przyleciały AT7 Air Serbia, B738 Norwegian, A321 Lufthansy oraz A320 Austrian na nocowanie.

Podsumowanie: Dzień 13, Ilość stopów: 2, odwiedzone kraje: Bośnia i Hercegowina
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
bozenak lubi ten post.
 
      
#16 PostWysłany: 04 Lut 2018 15:18 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 68
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Dzień 14: 09.08.2017 (środa)

Pobudka nad Sarajewem.
Image

Image

Zejście z tego wzgórza było lekkim wyzwaniem, bo roślinność była spalona słońcem i sięgała do kolan, a my w krótkich spodniach, oprócz tego nachylenie zbocza ze 40 stopni a na naszych plecach po 15 kg. Z jedzeniem jesteśmy praktycznie na zero, trzeba odwiedzić prędko jakiś supermarket bo na głoda daleko nie zaj(e)dziemy. Problem jest w tym, że mamy przy sobie dosłownie kilka KM, a kartą płacić nie można. Udaje sie nam jednak nakupić troche żarcia za 7.20KM (ok. 15zł). Dopinguje nam kasierka, której opowiedzieliśmy troche o naszym wyjeździe.
Plan wycieczki został mniej więcej wykonany. Zabrakło Chorwackiego wybrzeża, ale to byłby chory pomysł żeby się tam znowu pchać. Kierujemy się zatem na północ, rozpoczynając powrót do Polski.

Najpierw- ok. 2km do wjazdu na wylotówkę z Sarajewa. Jedną z moich ulubionych czynności było proszenie ludzi o kartony (na tabliczki)- zawsze spotykamy się z bardzo pozytywną, rozbawioną reakcją. Potem trzeba się określić gdzie będziemy sie kierować, bo na granicy z Chorwacją są co najmniej 3 przejścia- słuchamy hitchwiki i ustalamy że piszemy "BANJA LUKA" aby przejść przez granicę w miejscowości Gradiska. Duże miasta mają to do siebie, że ciężko się z nich wydostaje- nam to zajęło ok. 90 minut nim kogoś złapaliśmy, trzeba było wpierw zmienić miejscówkę. Zatrzymuje się TIR, niestety dla nas jedzie stosunkowo niedaleko i w nieco innym kierunku niż chcemy, ale już się nauczyliśmy aby zawsze jechać, nieważne gdzie.

Image

Dojeżdżamy z nim ze 150km na północ od Sarajewa, do miejscowości DOBOJ. Stamtąd kolejne kilkanaście kilometrów podwozi nas Chorwat, który mnie zmusił do szybkiego przypomnienia sobie (o zgrozo) języka niemieckiego, którego nie używałem od 4 lat. Znowu wysiadamy na jakimś zadupiu, a do granicy jeszcze z 60 km, przejechanie nich zajmuje nam jeszcze kolejne 2 godziny i kolejne dwie jazdy stopem. Ale jest ok, przed 14 lądujemy na granicy Bośniacko-Chorwackiej.

Image

Te cztery jazdy stopem od rana nas trochę zmęczyły, dlatego też nim będziemy jechać dalej siadamy sobie tuż za granicą i robimy herbatkę. Pogoda zaczyna się robić nieprzyjemna- po raz pierwszy od wyjazdu z Węgier dwa tygodnie temu, jest mi nieco chłodno. Co dalej? Kierunek- Słowenia/Zagrzeb.

Image

Łapanie tuż za posterunkiem granicznym jest jednym z najłatwiejszych i najszybszych sposobów. Po kilku minutach zatrzymuje sie Chorwat w firmowej Oktawii, który ku chwale niebios mówi bardzo dobrze po Angielsku i można sobie troche porozmawiać. Przedstawiciel firmy produkującej soczewki do mikroskopów, mamy sporo współnych tematów, Asia idzie w kime a my gadamy całą drogę. Wysadza nas na ogromnej stacji benzynowej tuż za Zagrzebiem.
Mamy nieco rozdwojenie jaźni- z jednej strony szkoda wracać gdy jesteśmy tak blisko Słowenii (która jest przepiękna) a z drugiej strony mamy już dość i chcemy wracać do Polski. Pomimo, że miejscówka wydaje się idealna- duży MOP przy autostradzie, przez dwie godziny, do zachodu słońca nie udaje się już tego dnia złapać kolejnego stopa. Głównie dlatego, że spotykamy innych autostopowiczów, których serdecznie nie pozdrawiam- my staliśmy przez ok 50 minut na miejscówce kiedy do nas przyszła druga para, z Czech. Zaczęliśmy łapać we czwórkę rozmawiając sobie o pierdołach- nic nie wspomniałem o umownej "kolejce" bo myślałem że to oczywiste. A wtem, gdy po pół godziny zatrzymuje się jakiś koleś, nim zdążyłem zareagować to durna Czeszka podbiega do okna i woła swojego chłopaka, ładują się i odjeżdżają do Słowenii machając nam przez okno. Kij w ryj, słońce zaraz zachodzi, musimy tu nocować. Przeskakujemy przez siatkę anty zwierzynową i rozkładamy namiot nad rzeką która płynie wzdłuż autostrady.

Podsumowanie: Dzień:14, ilość jazd stopem: 5, odwiedzone kraje: Bośnia, Chorwacja

Dzień 15: 10.08.2017 (czwartek)

Po ogarnięciu się wracamy spowrotem w to samo miejsce co wczoraj wieczorem. Pełno tirów, po 15 minutach łapiemy stopa. Turek- jedzie aż do Austrii. Nie ma co marnować okazji, jedziemy z nim, jesteśmy już zbyt zmęczeni podróżą.

Image

Zdobył na tyle naszego zaufania, że podczas przejścia pieszego przez granice Chorwacko-Słoweńską, zostawiamy większość rzeczy u niego w kabinie. Praktycznie całą Słowenię przejeżdżamy w deszczu, niestety bo z poprzednich wyjazdów pamiętam że widoki są niesamowite. Dalej- granica Słoweńsko-Austriacka, niby już Schengen ale jako że blachy Tureckie, poleca nam abyśmy też przeszli granice pieszo.

Image

Kawałek dalej, już w Austrii, zatrzymujemy się na kawę. Pół godziny jazdy później znowu się zatrzymujemy- dostajemy wtedy poczęstunek od Aliego- zarówno na teraz jak i "na potem".

Image

Image

Bardzo przyjemny kierowca, aż szkoda się żegnać. Zaprasza kiedyś do siebie, do Trabzon- prawdopodobnie skorzystamy gdy po raz trzeci wrócimy do Gruzji, i tym razem pojedziemy w okolice Batumi. Wysadza nas w Linz, niedaleko granicy z Czechami. Mamy pomysł podjechać gdzieś na jakąś austriacką wioskę i rozbić się namiotem na jakimś wzgórzu mając widoki jak w reklamie Milka, ale pogoda znowu staje się paskudna i nam się odechciewa. Zakładamy peleryny z Decathlona i kondomy na plecaki. W międzyczasie stereotypowy busiarz-Polak, przejeżdża obok nas pokazując nam faka.

Image

Image

Rozpoczyna się porządna ulewa, tak mocna że łapanie stopa nie ma sensu i idziemy na stację. Ja jeszcze się przechadzam po parkingu w poszukiwaniu Polskich tirów- jest ich kilka. Jeden z kierowców, Robert- mówi że za pół godziny odjeżdża do Zgorzelca. Rezerwujemy sobie miejsca ;)

Od wyjazdu z Sarajewa do granicy (270km) jechaliśmy czterema stopami, a od granicy Chorwacko-Bośniackiej do samego Zgorzelca (1000km) tylko trzema. Robertowi tuż za Pragą wychodzą godziny i trzeba nocować- pozwala nam zostać z nim w kabinie, on kima na dole a my we dwójkę na waleta na górze.

Image

Robert ma córkę w naszym wieku- bardzo "tatusiuje" Asi, adorując ją jak własne dziecko :D Jazda z nim była... ciekawa ;)

Podsumowanie: Dzień: 15, ilosć jazd stopem: 2, odwiedzone kraje: Chorwacja, Słowenia, Austria, Czechy

Dzień 16,17: 11.08.2017 (piątek)

O 7 wyjeżdżamy z parkingu pod Pragą do Zgorzelca, gdzie zajeżdżamy po 10 rano. No i jest. Polska. Strasznie szybko, nie spodziewaliśmy się że powrót pójdzie tak gładko. Tak jak pod Zagrzebiem chcieliśmy już wracać, tak teraz nam sie jeszcze nie chce. Postanawiamy podjechać jeszcze na ślunsk, bo sierpień ;) Łapiemy stopa ze Zgorzelca do Sosnowca, a potem do Częstochowy.
Zawsze chciałem być na Jasnej Górze w sierpniu, gdy przybywają pielgrzymki. Następną noc spędzamy tutaj:

Image

Image

Dzień 17: 12.08.2017 (sobota)

No i jest, ostatni dzień podróży. Po 14 ruszamy spowrotem do Wrocławia. Łapiemy stopa do Gliwic- do Europy Centralnej, gdzie potem schodzi nam ok. godziny na ogarnięcie się z łapaniem stopa w strone Wrocławia- nie ma wyjścia, łapiemy już praktycznie na autostradzie, sytuacja nie jest ciekawa, zachodzi już słońce. Rzutem na taśme udaje nam się- pewien kierowca z bardzo ciężką stopą zabiera nas do samego Wrocławia.

Image

Pozostaje już tylko przejechać kawałek komunikacją miejską, a następnie wisienka na torcie- mieszkam w Smolcu, dosłownie 2km za granicą Wrocławia, ale komunikacja publiczna prawie nie istnieje, zatem łapiemy naszego ostatniego stopa tej podróży na ten krótki odcinek :D

Podsumowanie: Dzień 16,17, ilość jazd stopem: 2+2, odwiedzone kraje: Polska

Podsumowanie wyjazdu:
Ilość dni: 17
Ilość jazd stopem: 51
Całkowity dystans: ok. 4700km
Budżet na osobe: 100 euro
Odwiedzone kraje: Czechy, Słowacja, Węgry, Serbia, Macedonia, Albania, Kosowo, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Słowenia, Austria

Niecały miesiąc później (05.09) wylecielismy na 3,5 tygodnia do Azji połudiowo-wschodniej: Tajlandii, Laosu, Wietnamu i Kambodży, relacja też sie pojawi lecz tym razem wkleję ją od razu w całości.
Plany na przyszłość? W marcu Maroko, na majówkę Malezja i Indonezja (pewniaki) a także chce w sierpniu lub wrześniu zaliczyć Kazakhstan i Kirgistan

Wszystkich którym udało się dobrnąć do końca tej przydługiej opowieści gratulujemy, dziękujemy i serdecznie pozdrawiamy- świeżo upieczeni Inżynierowie mechaniki i budowy maszyn (od 31.01) :D
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
      
#17 PostWysłany: 06 Lut 2018 19:02 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 84
Loty: 46
Kilometry: 105 369
Gratuluję inżynierom :D :D I czekam na następne relacje ;) ;)
Góra
 Profil Relacje PM off
sevenfiftyseven lubi ten post.
 
      
#18 PostWysłany: 01 Kwi 2018 02:05 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 103
Loty: 63
Kilometry: 116 488
Też jestem zachwycony do końca czytałem, bo Bałkany to mój klimat, też czekam na kolejną relacje
Góra
 Profil Relacje PM off
sevenfiftyseven lubi ten post.
 
      
#19 PostWysłany: 01 Kwi 2018 15:56 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 84
Loty: 46
Kilometry: 105 369
jerzy5 następna relacja już jest ;) ;)
Góra
 Profil Relacje PM off
sevenfiftyseven lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 19 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group