Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 25 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 02 Mar 2023 13:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Przylatujemy na lotnisko przed północą. Niestety tym razem wózek nie czekał na nas przy samolocie, więc trzeba było udać się na taśmy bagażowe. Trzeba było chwilę poczekać, a każdy kwadrans miał znaczenie, gdyż z samego rana mamy już kolejny samolot. Zdecydowaliśmy się na spanie na lotnisku w tzw hotelu kapsułowym. Nie dosyć że mieliśmy małe opóźnienie z odbiorem wózka, to jeszcze był problem ze znalezieniem noclegu. Kilku ochroniarzy stale powtarzało że nie ma takiego noclegu na tym poziomie. No ale miałem rezerwację z booking, więc wiedziałem że taka istnieje. Wszyscy wysyłali nas na inny poziom. Zależało nam na czasie, a tutaj taki klops. Zmęczenie było coraz większe, a kilak razy już przechodziliśmy z jednego końca na drugi. W końcu jeden ze strażników wiedział gdzie to jest i okazało się, że trzeba przejść przez security. No ok, tylko że odprawić się można było na 3h przed odlotem, a w nocy wszystko pozamykane. W sumie można się odprawić z aplikacji, ale potrzebowaliśmy okleić wózek Wiktora, co jest wymagane aby oddać go pod samolotem. W sumie to jakieś jaja, bo przecież my wcale nie musieliśmy mieć żadnych biletów a jedynie chcieć się przespać. Tego na booking nie opisują, co jest dla mnie dużą wtopą.
Na szczęście drugi, siostrzany hotel jest na innym poziomie przy lotach wewnętrznych. Pomogła strażniczka przy kontroli biletów. Zadzwoniła do nich i podmienili bez problemu rezerwacje.
Proces rezerwacji mega szybki. Daje się depozyt, dostaje worek z ręcznikiem i butelka wody. Depozyt zwrotny przy oddaniu ręczniku na drugi dzień. Bagaże można zostawić w szafkach.
Nie był to typowy hotel kapsułowy choć w nazwie miał „Capsule”, ale boksy były na serio ok. Dostaliśmy dwa. Ja oddzielnie, a Magda poszła z Wiktorem obok. Jeszcze prysznic w na serio przyzwoitych warunkach i po pierwszej w nocy przyłożyłem głowę do poduszki. Obiektywnie bo to na serio świetny nocleg, a materac był najbardziej wygodnym materacem podczas całego naszego pobytu.

Załącznik:
IMG_2790.jpg

Załącznik:
IMG_2792.jpg


Krótka noc, ale lepsza niż spanie na lotniskowej ławce. 5 rano pobudka i idziemy na samolot. Rozpoczynamy kolejny etap, lecimy do Siem Reap w Kambodży.

Wylatywaliśmy z dużego miasta a przylatujemy w niekończąca się po horyzont zieleń. Już mi się zaczyna podobać. Jednak przyroda u mnie jest na pierwszym miejscu przed miastem.

Załącznik:
IMG_2801.jpg

Załącznik:
IMG_2809.jpg


Po przylocie ogarniamy wizy na lotnisku. Robi się tam mała kolejka ale idzie sprawnie. Już w samolocie wypełniamy deklaracje wjazdowe, więc nie trzeba robić na miejscu. Jeden ze strażników wkleja w paszporty wizę, drugi kasuje. Poproszono mnie o 100$ które daję, odbieram paszport i udaje się do kontroli paszportowej. No i w tym momencie zaczynam podejrzewać że chyba mnie cos naciągnięto. Wiza nie mogła bowiem kosztować 33 dolary i 33centy. Cos kojarzę że powinna kosztować 30usd. Wiktor się wyrywa i chce biegać po całym lotnisku. Nie mam czasu sprawdzić tej wizy, pewny nie jestem, ale czuje że mnie oskubano.

Załącznik:
IMG_2805.jpg


Lotnisko małe, raczej kameralne. Po wyjściu oczywiście sporo taksówkarzy, tuk tuki.
Za dojazd do centrum chcą 10$, schodzę do 8$. Na szczęście przyjeżdża transport z hotelu i negocjacje się kończą. Warto wziąć hotel z transportem z lotniska, bo wiele takich miejsc oferuje taka usługę.
No to jedziemy tuk tukiem, co samo w sobie jest dla nas frajdą, szczególnie dla Wiktora, który niestrudzenie wszystkim musi machać, co spotyka się z radością innych uczestników ruchu drogowego.

Załącznik:
IMG_2826.jpg


Nasz hotel jest na serio fajny, pokój duży i do tego jeszcze ma basen. Cena bardzo ok, bo za naszą trójkę ze śniadaniem i transportem 100zł.

No to idziemy coś zjeść. Bardzo mi się podoba klimat miasta. Ja. To chyba lubię taki.. no taki rozgardiasz trochę :). No a samo miasto nie jest małe, bo ma 200 000 mieszkańców.
Łapię się że co kilka metrów robię zdjęcie. Podoba mi się tutaj to, że ludzie tutaj łapią się każdej pracy i są w tym bardzo kreatywni. Bardzo dużo w tym mieście jest tuktuków, a kierowcy w zasadzie przekrzykują się i zagadują o kurs non stop. Mnie takie cos nie przeszkadza, ale wyobrażam sobie że to też może człowieka zmęczyć.

Załącznik:
IMG_2920.jpg


Wybieram jednego z nich i zaczynam negocjacje, pytając o każde odcinki oddzielnie. Finalnie ustaliłem z nim, że jeszcze tego samego dnia pojedziemy po bilety do Angkor Wat, później na zachód słońca. Na drugi dzień objazdówka po świątyniach, a na trzeci dzień kurs do Kompong Plug, by zakończyć to kursem na lotnisko. Całość 40$, za 3 dni, co jest dla nas całkiem ok, choć kierowca z bólem serca chyba się zgadzał. Mają spora konkurencję, więc chyba też nie ma co się usztywniać.
Po negocjacjach udaliśmy się na główną ulice miasta, czyli tzw „Pub Street”. Widac ze to już pod turystę i jest nieco drożej niż w bocznych ulicach, choć wg mnie wcale nie jest tak drogo.
Na start idzie oczywiście kufelek zimnego piwa. No a skoro piwo kosztuje 0,5$ to dla mnie już jest tanio, bo jednak w Tajlandii piwo było drogie.
Załącznik:
IMG_2876.jpg


Skoro jesteśmy w Kambodży, to koniecznie trzeba spróbować czegoś lokalnego. Dlatego też zamawiamy tradycyjna kambodżańską zupę Amok i Khmerskie Curry. W sumie tanio nie było, bo to jednak był pub street, ale za to zupy były bardzo dobre i mieliśmy problem aby je dojeść, tak były syte.

Załącznik:
IMG_2884.jpg

Załącznik:
IMG_2883.jpg


Wiktor zasypia, więc Magda wraca do hotelu, a ja zapuszczam się w alejki pobliskiego targu. „Old Market” ma wszystko co lubię. Masę owoców i warzyw. Ryby i mięsa. Pełny rozgardiasz. Pomiędzy alejkami kobiety patroszą ryby. Ktoś tam śpi pomiędzy kokosami. Przyprawy mieszają się zabawkami. Dzieci odrabiają lekcje. Ktoś inny zaś przegania muchy nad mięsem. Totalny rozgardiasz, ale ja takie klimaty bardzo lubię, bo jest naturalnie.
Zresztą naturalnie jest wszędzie. Sklepu są połączone z miejscem gdzie można zamówić cos do jedzenia, a nie rzadko jest to i w części gdzie ktoś mieszka. Pomiędzy tym wszystkim nawet fryzjer się odnajdzie. Wszystko na raz i wszystko to jakoś funkcjonuje. Zawsze w takich miejscach z uśmiechem na ustach przypominam sobie o polskim Sanepidzie.

Załącznik:
IMG_2854.jpg

Załącznik:
IMG_2889.jpg

Załącznik:
IMG_2895.jpg

Załącznik:
IMG_2906.jpg

Załącznik:
IMG_2910.jpg

Załącznik:
IMG_2935.jpg


Zbliża się umówiona godzina i z naszym kierowcą tuktuka jedziemy do kasy Angkor Wat. Warto wspomnieć, że bilety kupione po 17 są ważne na cały kolejny dzień, ale tego dnia można pojechać do jednej ze świątyń zobaczyć zachód słońca.
W miejscu gdzie kupuje się bilety zauważam że są aż 53 kasy. Otwartych jest wprawdzie kilka, ale przygotowanych jest kilkadziesiąt. Ciekawe, bo w sumie nie ma zbyt wiele osób.
Kupujemy bilet jednodniowy za 37$, można też i na 3 dni za 62$ ale i na 7 dni, za bodajże 72$. Nasz trzylatek nie musiał płacić za wejściówkę.

Ciekawostka jest to, że do biletu robią ci zdjęcie, które na nim póżniej jest. Nawet na wizie nie mam zdjęcia, a tutaj taka ważna informacja :)
Załącznik:
IMG_2959.jpg


Jedziemy do jeden ze świątyń, czyli Phnom Bakheng. To tutaj podobno najpiękniej widać zachód słońca. Już na starcie zaliczamy wpadkę, bo Magda się zapomniała i. nie zabrała ze sobą żadnej chusty, a miała odkryte ramiona. Nie pozwolono jej wejść nawet na drogę prowadząca do świątyni. Na szczęście przechodząca obok amerykanka usłyszała o naszym kłopocie i pożyczyła swoją, gdyż akurat ona miała ramiona zakryte.
Trzeba trochę podejść w górę do tej świątyni. Trochę się zasapaliśmy, bojąc się że nie zdążymy na zachód słońca. Po kilku minutach docieramy na miejsce i kolejna niespodzianka. Do świątyni nie mogą wejść dzieci poniżej 12 roku życia. No to już lekkie przegięcie, bo gdybyśmy wiedzieli, to Magda z Wiktorem nie wchodziliby tutaj bez sensu. No ale nic z tym nie zrobimy, wiec Magda czeka pod świątynia a ja wchodzę do niej i czekam na zachód słońca.
Zbiera się coraz więcej osób i robi się lekko ciasno. W sumie nie spodziewam się spektakularnych widoków, bo słońce zajdzie na horyzoncie. Co innego gdyby zachodziło na tle jakieś budowli, która mogłaby być tłem dla tego pięknego spektaklu.

W końcu jednak doczekałem się momentu w którym miało być pięknie…. ale nie było. Niebo wcale nie było czerwone, w dodatku na dole horyzontu były chmury, wiec słońce zaszło za chmurami i tyle tego. To największy „kapiszon” tego wyjazdu i moim zdaniem strata czasu na przyjazd tutaj. Może w innych dniach wygląda spektakularnie, ale dzisiaj…. dzisiaj nie było niczego, nawet ładnego widoku.

Załącznik:
IMG_3004.jpg

Załącznik:
IMG_3043.jpg


No trudno. Wracamy wiec z naszym kierowcą tuktuka do miasta. Szybka kolacja i wracamy do hotelu. Jesteśmy zmęczeni po nocce na lotnisku i nie decydujemy się na wschód słońca w Angkor Wat. Wiem że będzie pięknie, bo widziałem wiele zdjęć tego wschodu, ale rozsądek jednak mówi, że musimy też mieć czas na regeneracje.
Załącznik:
IMG_3071.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 04 Mar 2023 15:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Kolejnego dnia pozwalamy sobie pospać dłużej i umawiamy się dopiero na 9:30 z naszym kierowcą.
Są dwie główne trasy zwiedzania kompleksu Angkor: małe i duże kółko.
Tzw. małe kółko obejmujące m. in. świątynie:
Angkor Wat, Angkor Thom - Bayon, Ta Keo, Ta Phrom, Banteay Kdei

i duże kółko obejmujące m. in. świątynie:
Angkor Wat, Angkor Thom - Bayon, Preah Khan, Neak Pean, Ta Som, Sras Srang, Banteay Kdei.

My decydujemy się na małe koło. Wiem, że z Wiktorem bieganie po świątyniach od świtu do nocy to może nie być najlepsze rozwiązanie, no i czuje że przy zobaczeniu ich kilku, następne mogą być do siebie być już podobne.

Zaczynamy zwiedzanie. Na start idzie główna świątynia, czyli Angkor Wat. Zanim się do niej dojdzie trzeba przejść spory odcinek przed świątynią i długi most. Dla Wiktora każdy kamyczek interesujący, a najlepsza trasa to zazwyczaj ta prowadząca w odwrotnym kierunku. Po drodze nasz biegający maluch robi trochę zamieszania i nawet mnisi robią sobie z nim zdjęcia.

Załącznik:
IMG_3153.jpg

Załącznik:
IMG_3168.jpg

Załącznik:
IMG_0525.jpg

Załącznik:
IMG_0723.jpg

Załącznik:
IMG_3297.jpg


Nie będę opisywał w szczegółach tej świątyni, bo jest wiele pięknych opisów na Internecie i nie chodzi o to aby przepisywać encyklopedie. Zrobiłem cała masę zdjęć, choć ze wszystkich odwiedzanych świątyń nie było to ta która podobała mi się najbardziej.
Sama świątynia jest duża i spędzamy w niej sporo czasu. Jedna rzecz mnie tylko nieustannie zadziwia. Jak bardzo trzeba być ubogim mentalnie, aby chcieć podpisywać się na tysiącletnich murach i zostawiać po sobie zwykły podpis, bez cienia refleksji nad historią.

Załącznik:
IMG_3312.jpg


Kolejny przystanek to świątynia Angkor Thom – Bayon. No i tutaj bardzo mi się podoba. Już daleka widać płaskorzeźby dużych twarz na wieżach tej świątyni. Podobno na 54 wieżach, jest 216 twarzy. Nie sprawdzałem. Zatapiam się w zaułkach świątyni. Światło pięknie przedziera się pomiędzy kolumnami. Te twarze robią na mnie duże wrażenie. Zawsze w takich miejscach mam chwile refleksji nad minionymi wiekami. Najpierw zastanawiam się w jaki sposób takie świątynie budowano, z taką precyzja wykonania. To dzisiaj można podeprzeć się inżynierskimi projektami, komputerowymi wyliczeniami i przede wszystkim zaawansowanymi narzędziami i maszynami.
Później przychodzi zawsze myśl, co się wydarzyło, że takie piękne miasto zostało opuszczone. To nie jest jedyne miejsce na ziemi, które mnie zaskakuje w ten sposób. Co, jeśli khmerowie tego nie wybudowali tylko lata temu przyszli w to miejsce a to już tam było? :)

Załącznik:
IMG_0558.jpg

Załącznik:
IMG_0689.jpg

Załącznik:
IMG_0709_4760.jpg

Załącznik:
IMG_0718.jpg



Kolejny punkt na mapie naszego zwiedzania to świątynia Ta Prohm. Można śmiało napisać, że jest pochłaniana przez dżunglę. Została ona rozsławiona przez film z udziałem Angeliny Jolie – Lara Croft: Tomb Rider. Kilkunastometrowe drzewa, których korzenia obrastają mury i budynki świątyni robią niesamowite wrażenie. Bardzo lubię widoki, gdzie natura zwycięża. O dziwo wcale nie ma tutaj dużo ludzi. Widziałem przed wyjazdem na filmach nawet długie kolejki aby zrobić sobie jedno kultowe miejsce pod drzewem. W sumie w całej świątyni podczas naszego pobytu, było może z 20 osób. Mamy szczęście. Ta świątynia także ma swój klimat. Cisza spokój. Mijamy grupki mnichów buddyjskich. Niektórzy ochoczo przybijają „piątkę” z Wiktorem. Siedzimy, podziwiamy widoki i cieszymy się ciszą. Pięknie tutaj.

Załącznik:
IMG_3391.jpg

Załącznik:
IMG_3395.jpg

Załącznik:
IMG_3464.jpg


Powoli zaczynamy czuć jednak zmęczenie dnia i zaczynamy robić się głowni. Nasz kierowca zawozi nas do jednej z restauracji na terenie kompleksu. Jest nieco drożej, ale też bez przegięcia, za to jedzenie smaczne. Po wyjściu dopada nas grupa dzieciaków oferując magnesy z twarzami z poprzedniej świątyni Bayon. Może i bym kupiłem gdybym już wcześniej się w takie nie zaopatrzył. Za to dzieciaki nie bardzo chyba chciały przyjąć odmowę i były mocno natarczywe. Nie lubię tego, tym bardziej że odmawiałem wiele razy.

Obejrzeliśmy jeszcze kolejne dwie świątynie, które oczywiście były bardzo ładne, ale tak ogromnego wrażenia jak poprzednie już nie zrobiły. Wybraliśmy tzw małą pętle, ale w sumie na zwiedzaniu spędziliśmy tego dnia 7h. No i wcale nie mamy poczucia że jakoś wyjątkowo duża czasu na te świątynie poświęcaliśmy. Z pewnością było warto. Jesteśmy pewni że to był dobrze spędzony czas i to miejsce możemy zdecydowanie polecić.

Załącznik:
IMG_0750.jpg

Załącznik:
IMG_3259.jpg



Wracamy do Siem Reap. Wiktor oczywiście każdemu po drodze musiał pomachać rączką ku uciesze innych. Spędzamy resztę popołudnia na basenie hotelowym. Wiktor opanowuje nurkowanie w wodzie i łapiemy trochę odpoczynku.

Wieczorem udajemy się na „Pub Street”. Dzisiaj dużo więcej ludzi, ale pewnie dlatego że to weekend. trochę się powłóczyliśmy, zjedliśmy dobrego strret food’a i tajskie lody.

Załącznik:
IMG_3579.jpg

Załącznik:
IMG_3624.jpg


Na finał dnia zdecydowaliśmy się na „rybne spa”, czyli w zasadzie obskubywanie martwego naskórka przez ryby. Czytałem o tym że to mało higieniczne i oczywiście istnieje ryzyko zakażenia, ale jak to w życiu bywa, człowiek najlepiej aby z domu nie wychodził bo wszystko jest niebezpieczne. Samo spa bardzo przyjemne, taki w sumie relaks po całodniowym chodzeniu. Koszt to całe 3$ dla naszej dwójki, bez limitu czasu. Czyli jak za darmo w sumie. Widziałem gdzieś na jakiś lotniskach 15 minut za 15euro. W sumie fajne doświadczenie. Nie musze tego powtarzać, ale chciałem sprawdzić jak to jest. Przyjemnie.
Najwyższy czas udać się już do hotelu, bo na drugi dzień wylatujemy już z Kambodży, a rano planujemy jeszcze pojechać do Kampung Phluk
Załącznik:
IMG_3586.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 08 Mar 2023 14:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Kampong Phluk - Kambodża

Rano polatałem trochę dronem po okolicy, ale nic spektakularnego nie było. Śniadanie i witamy się z Tee, naszym kierowcą tuktuka. Dzisiaj „pływająca wioska” Kompong Phluk.
W sumie czekałem na tej wyjazd. Chciałem na własne oczy to zobaczyć. Wcześniej przeczytałem, że jak ktoś był już w kanałach Thonburi w Bangkoku to może odpuścić temat w Kambodży. Niw chce mi się w to wierzyć. W Bangkoku byłem, widziałem i było fajnie. Nie mniej to w Kambodży to zupełnie inna skala i zupełnie coś na innym poziomie. Jedyny co mnie martwiło to fakt, że część relacji opisywało to jako „ludzkie zoo”. Takie określenie kojarzy mi się z wioską długich szyi w Tajlandii, ale to chyba nie to samo. Wiele relacji temu przeczyło i warto tez samemu się o tym przekonać.

Dojazd tuktukiem zajął nam chyba z godzinę. O ile część drogi była normalna asfaltowa, to druga część była szutrowa, pomiędzy małymi wioskami. To że czasem trochę się zakurzyło to jeszcze nic, ale stan dróg masakryczny. Może to po ziemie, ale dziura na dziurze. Wiec raz że wolniej się odcinkami jechało, a dwa że mocno nas „wytrzepało”.
Dojedzmy do punktu kontrolnego, gdzie niby kupuje się bilety.

Załącznik:
IMG_3653.jpg

Załącznik:
IMG_3655.jpg


Jakoś nie wiedzieć czemu, myślałem że dojedziemy do łodzi i będę negocjował z kimś lokalnym. Okazało się że to normalnie zorganizowany biznes. Stoją strażnicy, nie przejedziesz dalej. Kupuj Pan bilet lub zawracaj… hmm…. 20$ od osoby za kurs + 5$ las namorzynowy. Próbuje cos negocjować, ale nic to nie daje. No wrócić przecież nie wrócimy, więc płacę po 20$ od osoby, Wiktor nie musi płacić nic. Dostajemy bilety i w sumie na nich jest taka cena wydrukowana. Wygląda na to że to już stała opłata i faktycznie zrobiła się z tego komercyjna atrakcja. Nie zrażony tym jedziemy dalej. Po kilku minutach docieramy do miejsca, gdzie zacumowanych jest cała masa łodzi.

Załącznik:
IMG_3667.jpg


Rozglądam się po miejscu i w sumie jesteśmy sami, co mnie nieco zaskoczyło. Nie przyjechaliśmy wcale jakoś wcześnie, jest po 10 rano. Ktoś na przekierowuje do jednej z kobiet która nas przejmuje i prowadzi na łódkę. Widziałem takie na filmach które oglądałem przed wyjazdem, więc wszystko jest zgodnie z oczekiwaniami. Płyniemy.
Nasza „kapitan” nie mówi po angielsku, więc próby kontaktu kończą się wymownymi uśmiechami. Nic to, za to za burtą robi się interesująco.

Jezioro Tonle Sap jest niezwykle ciekawe. Ustanowiono tutaj Rezerwat Biosfery UNESCO. Jest to największe jezioro na Półwyspie Indochińskim oraz jeden z największych akwenów słodkowodnych na świecie, zasobny w ryby słodkowodne. Powierzchnia Tonle Sap zmienia się w zależności od pory roku. Od ok. 2,5 tys. w porze suchej do ok. 15 tys. km² w porze deszczowej. Z tego właśnie względu, budynki wznoszone są na kilkumetrowych palach, co robi niesamowite wrażenie. Mnie to trochę przypomina film „Water World” z Kevinem Costnerem. Po rozpoczęciu pory deszczowej rzeka Tonle Sap zmienia kierunek i zaczyna płynąć wstecz, wtłaczając do jeziora wody z Mekongu. To wtedy poziom wody gwałtownie się podnosi. Podobno wyławia się tutaj rocznie ponad 200 tysięcy ton ryb.

Załącznik:
IMG_3812.jpg

Załącznik:
IMG_3805.jpg

Załącznik:
IMG_3798.jpg

Załącznik:
IMG_3945.jpg


Hasło woda to życie tutaj ma szczególne znaczenie. Mijamy coraz więcej zabudowań. Ludzie jednak zupełnie się nami nie przejmują. Co więcej, ochoczo wchodzą w interakcje z Wiktorem, który za cel obrał sobie pomachanie każdemu kogo zobaczy. Ludzie uśmiechnięci, machają nam i wracają do swoich zajęć. Życie tutaj płynie swoim rytmem. Czy to ludzkie zoo? Absolutnie nie. Za to jest dla mnie wyjątkowo interesująco.
Ludzie zajęci rozwieszaniem czy reperowaniem sieci. Ktoś inny transportuje trzcinę, to znowu drewno. Ktoś inny naprawia łódkę. Płyniemy w ciszy obserwując to wszystko z uwagą.

Załącznik:
IMG_3769.jpg

Załącznik:
IMG_3735.jpg


Po jakimś czasie dopływamy do takiej większej platformy. Ktoś do nas podchodzi i zaprowadza do miejsca gdzie uwięzione są krokodyle. Jest tam tez restauracja, więc można i krokodyla sobie zjeść. Pomimo tego że to drapieżniki i których się jednak boje, to nie spodobało mi się to. W małej klatce przetrzymywane gady, ku uciesze odwiedzających. No niby jak w prawdziwym zoo, ale tutaj tak jakoś inaczej. No nie podobało mi się to i tyle. Może dlatego że Wiktor chciał sobie po platformie pobiegać, a mnie to szczególnie chyba stresowało. Łączenie oglądania tego wszystkiego, filmowanie, robienie zdjęć i pilnowanie aby trzylatek nie wpadł do krokodyli jest męczące.

Załącznik:
IMG_3827.jpg


Zostawiam więc Magdę z młodym i sam wspinam się na pięterko, bo dosyć wątpliwie bezpiecznych schodach zabezpieczonych drutem. Na górze leżaki, parasole, w sumie można sobie posiedzieć. Ja puszczam drona i oblatuje okolice. Z góry to jednak zupełnie inaczej wszystko widać. Nie planujemy korzystać z małych łódek aby chwile popływać po lesie namorzynowym. Tutaj akurat mam wątpliwości, nie chodzi nawet o te 5$, ale w zasadzie każda wcześniejsza relacja okraszona jest opisami niemal bardzo nachalnych próśb o dodatkowy napiwek czy kupni ryżu lub zeszytów dla dzieci. Niestety wszystko na to wskazuje, że ryż który jedynie można kupić w dużych workach i całe pakiety zeszytów pewnie nigdy nie trafiają do dzieci, i handlowane są w kółko. No taki pomysł na biznes, a ja strasznie nie lubię czuć się jak bankomat. Dlatego już przed wyjazdem wiedzieliśmy że to odpuścimy.

Załącznik:
IMG_3834.jpg

Załącznik:
IMG_3848.jpg


Wracamy na łódź i płyniemy dalej. Krajobraz nie zmienia się, ale chwile później wypływamy na szeroką przestrzeń jeziora. W oddali widzę kilka dużych łodzi, takich platform w których są restauracje.

My odpływamy od brzegu i po chwili silnik gaśnie. Nic się nie stało, to celowe zagranie. Po chwili podpływa mała łódka z towarem do kupienia. Czyli jednak był w tym jakiś interes. W sumie kupiliśmy kiść bananów chyba za 1-2$ i po krótkiej rozmowę na temat asortymentu i koniec pokazu. W sumie nie pozostaje chyba nic innego, niż wracać, bo co zobaczyliśmy to nasze. Nic więcej chyba już z tego nie wyciągniemy, a mamy na uwadze fakt, że za kilka godzin mamy już samolot do Bangkoku.

Załącznik:
IMG_3859.jpg


Wracając mijamy sporo łódek wyładowanych turystami, zaczyna się na zakrętach nawet korkować. Więc mieliśmy jednak szczęście oglądając to w sumie bez innych i w ciszy. Robi się tłoczno i głośno, wiec na nas czas.

Po powrocie do miejsca startu, żegnamy się z nasza Panią kapitan i jej synem, bo po drodze odebrała go ze szkoły. Widzieliśmy że biegnie do nas jakiś bosy chłopczyc, który później wskoczył do naszej łodzi. Wiktor szybko nawiązał kontakt i spędził czas na pokładzie z nowym kolegą bawiąc się zabawkami.

Załącznik:
IMG_3963.jpg

Załącznik:
IMG_3982.jpg


Wracamy do hotelu, po drodze przyglądam się życiu na kambodżańskiej wsi. Widać duża biedę, ale co chwile widać tez bardzo ładne domy i widać że ktoś tam tez miał na to wszystko pieniądze. Dysproporcje są na całym świecie. Po powrocie do Siem Reap, mamy jeszcze 2h na szybkie zakupy, obiad i ruszamy na lotnisko. Żegnamy się z naszym kierowcą. Dostaje od nas finansowy bonus, a Wiktor żegna się z nim na lotnisku jak ze starym przyjacielem :). W sumie spędziliśmy z nim 3 dni, wiec już się z zaprzyjaźniliśmy. Szkoda że nie używa telefonu, bo byśmy mogli go z czystym sumieniem polecić.

Załącznik:
IMG_4025.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 16 Mar 2023 22:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Przylatujemy do Bangkoku, ale nie chcemy tutaj nocować. Tym bardziej źle wspominamy poprzedni nocleg przy samym lotnisku. Czekamy niespełna 2h więc na kolejny samolot i lecimy na Phuket. Gdyby nie to że mamy powrotny lot do Polsku z Phuket, to raczej byśmy tutaj nie zawitali. Obydwa loty szybko i bez dodatkowych atrakcji, wiec nie ma co temu poświęcać więcej czasu. Phuket ku zaskoczeniu przywitał nas… deszczem.
Zarezerwowaliśmy hotel przy lotnisku w odległości 1,3km od lotniska. Nie chcieliśmy tracić czasu w Bangkoku i zdecydowaliśmy się na taki ruch.
Ponieważ padało, zerknąłem na Graba i Bolta. Każdy operator oczekiwał 1000baht. Ile? 130zł za trochę ponad 1km? No bez jaj. Magda zmęczona całym dniem zaczyna się buntować, bo może i blisko do hotelu ale nie chce wieczorem mieć wszystkiego mokrego co też trochę rozumiem. No ale mimo wszystko 1km za 130zł to jest jawne przegięcie. Czekamy więc aż przestanie padać, pomimo że już 21 wieczorem.

Na szczęście po 15 minutach deszcz wyraźnie odpuścił, a drobne kropelki nas nie zrażają. Odległość faktycznie była bliska, wiec czułbym się fatalnie płacąc taka kwotę za transport.

Mając w pamięci nocleg przy lotnisku w Bangkoku nie miałem dużych oczekiwań. Za to rzeczywistość okazała się przekraczające nasze oczekiwania. Bardzo duży pokój i w końcu Wiktor ma swoje łózko, co po takim czasie spania razem okazuje się że ma duże znaczenie. Piękne podświetlenia hotelu, pływające ryby przy wejściu do pokoi. Obok restauracja z pysznym jedzeniem. 100zł za noc dla naszej trójki. Nie ma co opisywać, było na serio na poziomie i odpoczęliśmy.

Rano sprawdzam Bolta na Kata Beach – 350baht. No to już jest dla nas ok, choć przyzwyczajeni jesteśmy do mniejszych cen. Na Phuket trzeba będzie przywyknąć. Pyszne śniadanie w restauracji obok i jedziemy.
Wyraźnie widać że to inna Tajlandia która znamy z północy. Szeroka droga, sporo samochodów, spore inwestycje. Dojeżdżamy do hotelu przed południem. Pokój nie gotowy, ale wzięliśmy taki z basenem wiec rozkładamy się na leżakach. Mamy przed sobą cztery dni, które postanowiliśmy przeznaczyć na odpoczynek po… urlopie ;-).
Niestety ale znowu mamy jedno duże łózko podwójny, wiec wypracowanym już przez nas systemem trójkąta będziemy musieli sobie jakoś poradzić.

Po wyprowadzce do pokuje postanawiamy się w końcu przejść i udać na plaże. To podobno jedna z najładniejszych plaż tej wyspy. Jesteśmy nieco oddaleni od głównego deptaka. Hotel wprawdzie dysponuje bezpłatnym transportem na Kata lub Karon Beach, ale chcemy się przejść. To 15 minut, wiec zwiedzamy okolice.

Po drodze wymieniamy uwagi i Magda słusznie zauważa, że nie mijamy typowo tajskich knajpek. Że wszędzie takie pod turystów. W zasadzie. Niemal w każdej napisy po…. Rosyjsku.
Faktycznie Rosjan jest dużo. Docieramy do plaży i zerkamy na siebie. No plaża jak plaża. Parasole, leżaki… dużo ludzi. Niemal jak we Władysławowie. Wiem że na Phuket są z pewnością urocze plaże i piękne miejsca, no ale jakoś czujemy mocny zawód. Z pewnością nasze wrażenia potęguje fakt, iż jeszcze kilka dni temu byliśmy na Koh Lipe, która można śmiało nazwać rajską wyspą z białym piaskiem i turkusowa wodą.
Załącznik:
IMG_4076.jpg


Wracamy w tereny naszego hotelu i tam znajdujemy prawdziwie tajską knajpkę przy samej ulicy. Do tej knajpy przychodziliśmy już później na każdy większy posiłek oprócz śniadań które zapewniał hotel.
Nie dosyć że cenowo dla nas odpowiednio, choć drożej niż na północy kraju, naprawdę smacznie i oryginalnie tajsko.
Załącznik:
IMG_4409.jpg


Kolejnego dnia postanawiamy odpocząć nad basenem, bo plaża nas kompletnie nie przekonała, a i jakiś wybitnych potrzeb plażowych już nie mamy. Wiktor jest przeszczęśliwy i nauczył się tez nurkować. Śmiesznie wygląda trzylatek który wyławia z dnia brodzika kamienie, zanurzając się na kilka sekund pod wodę. W sumie odpoczęliśmy. Ostatnio sporo mieliśmy przemieszczania się i intensywnego zwiedzania, że najnormalniej nic nie robienie sprawiło nam przyjemność. Co więcej stwierdziłem, że wcześniej tez co kilak dni powinniśmy robić sobie takiego stopa na nic nie robienie. No ale jak to na wyjazdach, zawsze szkoda czasu lub szkoda coś odpuścić, bo nie wiadomo kiedy znowu w te okolice trafimy. Mimo wszystko przy dłuższym wyjeździe uważam że to jest jednak ważne i w przyszłości będziemy mieć to także na uwadze.

Tego dnia podczas drzemki Wiktora wybraliśmy się jeszcze na masaż. Mając na uwadze wcześniejsze doświadczenia z tajskim masażem i atrakcyjne ceny, szkoda nie skorzystać.
Magda tym razem wybrała masaż stup, a dla mnie wybrała masaż tajski z olejkami.
Położyłem się na łóżku, zasłonięty kotarą i oddałem się błogiemu nastrojowi. Taki specyficzny masaż, bo tajka po mnie nawet chodziła, ale sumaryczny przyjemnie. Pod koniec masażu wydarzyło się jednak dla mnie coś zaskakującego. Tajka szepce mi do ucha, „Want you Happy And?” Rozszerzam oczy ze zdziwienia, więc pytanie zostaje powtórzone. WTF sobie myślę . Moja żona siedzi 2m dalej za kotarą, a tutaj bez krępacji taka propozycja?
Z uśmiechem podziękowałem i musiałem mieć głupia minę wychodząc zza kotarki, bo Magda od razu mnie zapytała co taką dziwną minę mam, ale zdołałem tylko powiedzieć że plecy mnie bolą bo masaż był intensywny. Dopiero po wyjściu opowiedziałem jej o co chodziło. Pośmialiśmy się trochę z tego i tyle z przygody :lol:

Kolejny dzień postanawiamy przeznaczyć na zwiedzanie. Sprawdzam Bolta i ze zdziwieniem stwierdzam, ze gdziekolwiek bym nie chciał pojechać to kosztuje to około 500baht. Czy do posagu Big Buddy, czy do Old Town Phuket czy na lotnisko, to cena taka sama. Dziwne. Przecież czasami to jest dwukrotnie większa odległość.
Decydujemy się na kurs do Big Buddy. Wprawdzie nie spodziewam się tam nic spektakularnego, ale jak już tutaj jesteśmy to głupio nie zobaczyć.

Trzeba pamiętać że Big Budda jest świątynią, a nie jedynie posagiem. Wymagany jest odpowiedni strój, w tym dla kobiet zakrycie ramion. Wiele osób o tym zapomniało, ale było tam miejsce gdzie można było sobie dokupić odpowiednie wdzianko. Wprawdzie za stosunkowo duże pieniądze i raczej jednorazowe, ale jednak da się kupić dla zapominalskich. Sporo tutaj Rosjan, a w zasadzie przewaga zwiedzających.
Sam pomnik Wielkiego Buddy mierzy 45 metrów i jest w zasadzie symbolem tej wyspy i jego największa atrakcją. Ze wzgórza gdzie mieści się posąg roztacza się ładny widok, sięgający plaży Karon a także Old Town. Na terenie wzgórza sporo jest małp i trzeba faktycznie uważać. Widziałem że w pewnym momencie szarpały się z kimś w sprawie reklamówki którą trzymał w ręce. Sam posag ciekawy. Gdybym był tylko na Phuket były pewnie nie lada atrakcją. Po pobycie na północy kraju jest to kolejny posag który widziałem, jakkolwiek to dziwnie nie brzmi. Z pewnością jednak nie żałuje przyjazdu tutaj.

Załącznik:
IMG_4206.jpg

Załącznik:
IMG_4226.jpg

Załącznik:
IMG_4250.jpg


No i na koniec zaliczenie toalety o której warto wspomnieć, bo wydrążona w powalonym konarze drzewa ;-)
Załącznik:
IMG_4255.jpg


Bierzemy Bolta i ruszamy do Old Town Phuket. Musieliśmy zejść trochę niżej poza teren pod który podjechałem, gdyż przy samym wjeździe czuwała „mafia taksówkowa”. Nie obyło się małej afery, robienia zdjęć i straszenia Policją przez taksówkarzy w kierunku naszej Pani z Bolta i wydawać by się mogło, że była tym faktycznie mocno przejęta.

Do Phuket Town przyjecha liśmy w sumie zrobić sobie jakieś zakupy przed wylotem, coś innego zobaczyć i trochę się tam powłóczyć. Już przy wjeździe złapał nas deszcz. P{przeczekaliśmy w jednej z restauracji jedząc dobry obiad. Ponarzekaliśmy na ceny wspominając północ kraju i pochodziliśmy trochę po uliczkach. Nie wiem czy to już zmęczenie podróżą, ale miasto jak miasto, Tłoczne, zakorkowane. No nic tam nie było co by nas miało urzec. Gówna ulica to Talang Road. Uliczka ładna, kamienice ciekawe, kolorowe. Nie mniej byliśmy po obfitym deszczu, więc wszystko było w sumie szare i chłodne. Może tak trafiliśmy, ale ciężko się jednak było tym wszystkim zachwycać. Zaczynam się zastanawiać nad moim marudzeniem, ale tam chyba faktycznie nie było nic ciekawego. Uciekliśmy na targ i tam pomiędzy straganami cieszyliśmy oko owocami i warzywami. Widziałem na zdjęciach że tam może tez być i raz że pogoda średnia, a dwa że kumuluje się chyba już jakieś dzienne zmęczenie. Już chyba lepiej było jechać na Patong.
Załącznik:
IMG_4294.jpg

Załącznik:
IMG_4304.jpg


Przy okazji trafiam na znak ewakuacji z powodu tsunami i przypominam sobie że niemal 20 lat temu odbyła się tutaj ogromna tragedia, gdzie na skutek właśnie tsunami, zginęło szacunkowo ponad 220 000 osób. Dzisiaj mało chyba już kto o tym pamięta, a z pewnością się tym nie przejmuje.
Załącznik:
IMG_4185.jpg


Tym razem postanawiamy wrócić do hotelu komunikacją zbiorową, a więc takimi ciekawymi autobusami/ ciężarówkami z ławkami w na pace. To dosyć popularny środek transportu. Koszt 40baht od osoby, więc zamiast 500 za Bolta, za nas 80. Wiktor bez opłaty.
No zawsze to jakaś atrakcja i dla nas, choć tutaj to Wiktor miał największą frajdę, gdyż mógł wszystkim uczestnikom drogi znowu machać ręką.
Dosyć zmęczeni wracamy na bazę, więc ja idę z Wiktorem na basen, a Magda zaczyna nas pakować. Jutro będzie ostatni dzień, a wieczorem wylot.
Załącznik:
IMG_4283.jpg

Załącznik:
IMG_4317.jpg


Ostatni dzień spędzamy na zakupach. W zasadzie to kupiliśmy kilka pamiątek i sporo przypraw, past i innych kulinarnych dodatków. Lubię i potrafię gotować, więc jak już zapomnę smaków Azji, z pewnością będzie w domu do czego wracać.
Cieszę oczy owocami i warzywami na targu, widokiem owoców morza i tak w sumie na niczym upływa czas aż do wylotu.
Poznałem nowe owoce, między innymi Mangostan, Rambutam, Dragon Eye i Snake Eye. Na serio ciekawe i w sumie dobre :)
Załącznik:
IMG_4340.jpg

Załącznik:
IMG_4337.jpg

Załącznik:
IMG_4338.jpg

Załącznik:
IMG_4339.jpg

Załącznik:
IMG_4341.jpg


Bierzemy Bolta na lotnisko. Tam bez problemów załatwiamy sprawy odprawy i lot do Istambułu Turkish Airlines. 2h przerwy i lot LOTem do Warszawy i 8:25 czasu polskiego jesteśmy na miejscu. No to w sumie przespany lot, więc nawet nie ma co rozpamiętywać. Za to w Polsce… minus 2 stopnie i zderzenie się z rzeczywistością :)

PODSUMOWANIE, UWAGI i WNIOSKI


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 28 Mar 2023 18:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Podsumowanie będzie nieco nietypowe. To podsumowanie o podróżowaniu z dzieckiem.
Dla naszego trzylatka lot samolotem nie jest stresem, a raczej atrakcyjna zabawą. Przynajmniej ten aspekt podróżowania nam nie doskwiera, bo wiem że wielu rodziców ma z tym problem, gdyż dzieci się mogą bać latania samolotem. W tym wieku jednak dziecko nie do końca rozumie zależności przyczynowo skutkowych, a więc lot sam w sobie nie będzie niczym wyjątkowym. Wyjątkowa może być długość lotu i konieczności spędzenia czasu dziecka w fotelu samolotu. Nasz syn ma za sobą prawie 40 lotów w ciągu jego trzech lat i tylko raz leciał do tej pory na tak długim dystansie. Z racji tego że miał wcześniej roczek na długiej trasie, oprócz spania i jedzenia nie trzeba było wielkich przygotowań. Tym razem trzylatek potrzebuje jednak więcej zajęć. Dlatego też połowę podręcznego plecaka zajmowały książeczki, kolorowanki, kredki i różne karciane gry. No i nie ma co ukrywać że też tablet z bajkami i grami, które też czasami odegrywały na wyjeździe istotną rolę.

Niestety trzylatek po jakimś czasie bawienia się swoimi zabawkami, zaczyna zajmować się wszystkim dookoła. Podoba mu się otwieranie i zamykanie stolika na fotelu przed nim, co jednak może powodować duża irytację sąsiedniego pasażera. To nie jest tak, że jak leci „bąbelek” to powinno się być wyrozumiałym. Inni pasażerowi także płaca za bilet i nie koniecznie musza podzielać zamiłowania do dzieci, a w szczególności do naszych.
Dlatego konieczność ciągłego „pacyfikowania” naszej pociechy, a więc przekonywania go do innych bezpieczniejszych zabaw jest konieczne. O ile w domu, czasami człowiek ma możliwość skupienia się na czymś innym, tutaj jednak uwaga musi być skupiona w szczególności na tym. Tym bardziej, że czasami trzeba zwalczyć w sobie instynkt mordercy w sytuacji gdy dziecko nie chce być w pasach i siedzieć na fotelu pod czas startu lub lądowania. Tutaj nie ma co ukrywać, ale wychowywanie dziecka to nie są tylko piękne zdjęcia na FB i Instagramie, a jeśli ktoś uważa że jego dziecko jest jak anioł i cały czas siedzi grzecznie, nic nie chce, je i pije na zawołanie i śpi wtedy kiedy mu śpimy to najzwyczajniej konfabuluje ;) .

Grunt to nie pozwolić na to, aby taki wyjazd z dzieckiem popsuł nam sam wyjazd lub popsuł nasze relacje. Wiem że łatwo napisać że cierpliwość jest cnotą, ale nie każdy jest z urodzenia świadomym pedagogiem dziecięcym i wie od A do Z jak postępować z pociechami. No i w zasadzie nic w tym złego, byle do samego końca postępować odpowiedzialnie, choć czasami wiem że o empatie niezmiernie trudnio.

Podczas naszej ponad 3 tygodniowego wyjazdu nie musieliśmy się troszczyć o jakieś place zabaw. Sam wyjazd będzie na tyle fascynujący że wrażeń będzie ponad miarę, a z niektórymi emocjami dziecko nie będzie mogło sobie same poradzić. Mówienie przez sen „bonbon” podczas wyimaginowanego karmienia słonia dobitnie pokazuje jak dalece otoczenie wywiera wpływ na dziecko. To my dorośli wiedząc o wiele więcej często fascynujemy się i przezywamy wiele dni to co zobaczymy, a co dopiero dziecko, które swoich emocji czasami nie potrafi nawet nazwać.
Oczywiście fascynacja dziecka, może się czasami równać z naszą frustracja. Czy nie zabawne jest dla dziecka bieg przed siebie, mijając wszystkie Gate’y na lotnisku? Dziecko nie zna konsekwencji swoich działań, bo jest za małe. Dlatego bardzo nam pomogła wiedza o skokach rozwojowych dziecka i o ich buntach. W naszym przypadku był to bunt najpierw dwulatka, a teraz trzylatka.
Doskonale pamiętam, jak nasz syn leżał na środku Wieży Eiffla bez butów, tupiąc nogami, krzycząc w niebogłosy. Zdziwione spojrzenia wielu ludzi na brak naszej reakcji. Nie ma wtedy nic lepszego niż przeczekanie „ataku” a następnie pozwolenie aby dziecko się do nas przytuliło, znajdując w nas oparcie.

Jak należy postępować w sytuacji? Przede wszystkim trzeba wiedzieć że wybuch gniewu 2-3 latka to nie kwestia wyjątkowa.
Niczym szczególnym nie będzie gdy nasz dwulatek będzie nagle chciał iść do domu, płacząc przy tym niemiłosiernie, a po powrocie do domu płakać że przyszedł do domu. Wpadanie w histerie nie jest niezwykłe. To okres gwałtownych emocji, które szybko się zmieniają, a okres od płaczy do śmiechu może trać zaledwie kilkadziesiąt sekund. Trzeba się tego nauczyć.

Przyznać trzeba że z początkiem wcale nie przychodziło mi to łatwo, a moja frustracja wynikała także z naszej bezsilności w takich sytuacjach.
Dlatego tak samo jak ochoczo przygotowujemy się do wyjazdu, sprawdzamy co zwiedzić, powinniśmy także być przygotowani na reakcje naszych dzieci, jego rozwój i umieć się do tego dostosować.

Przy buncie trzylatka mamy nieco inne problemy. To okres gdzie dziecko czuje a raczej wydaje mu że traci poczucie bezpieczeństwa. Obrażanie się czy fochy nie są niczym szczególnym. Musieliśmy bardzo uważać aby wchodząc np. do windy ktoś z nas dorosłych pierwszy nie wcisnął przycisku piętra, gdyż ta nieuwaga mogłaby skutkować 15 minutowym płaczem, które ciężko na początku opanować.
Czasami nie można pozwolić jednak dziecku na autonomię. Są chwilę że my dorośli wiemy że machanie tabletem poza burta łódki może mieć opłakane skutki, a dziecku wali się wtedy cały świat jak mu ten tabel zabieramy. Frustracja nasza może wzrastać w sytuacji gdy wymagana jest wtedy cisza lub nie jesteśmy sami, a nie chcemy innym przeszkadzać.
O ile człowiek jest świadomy pewnych zachowań, to po kilku tygodniach spędzania z sobą 24h na dobę u nas też ma prawo wystąpić „zmęczenie materiału”.

Jak można sobie z tym radzić? Przede wszystkim pozwolić dziecko na przeżywanie swoich emocji. Czy to będzie płacz czy gniew, to dziecko musi się nauczyć radzić sobie z takimi emocjami. Warto później z dzieckiem o tym porozmawiać i nie wmawiać mu że „chłopaki nie płaczą”.

My nie zaplanowaliśmy żadnych atrakcji dla dziecka. Uznaliśmy że jest na tyle małe, że wszystko w koło póki co jest ciekawe i jest atrakcyjne. Bo czy karmienie słonia nie jest dla niego lepsza atrakcja niż wizyta w piaskownicy którą ma w domu?
Z perspektywy czasu stwierdzamy, że jednak nasz plan był jednak nieco napięty w początkowej fazie. Znajomi po dwóch tygodniach musieli wracać, a chcieliśmy stosunkowo dużo zobaczyć. No i wcale nie chodzi o to że dziecko musi sobie odpocząć. Dziecko to sobie odpoczywa. W zasadzie jak przychodzi pora drzemki to śpi w wózku, w tuktuku czy samolocie i go nic nie obchodzi. To my musimy zadbać także o nasza regenerację. To my zmęczeni fizycznie i psychicznie mamy mniej cierpliwości do wybryków malucha, a im dalej w podróży tym o spięcie łatwiej 8-) . Dzisiaj wiem, że tak średnio raz na 4-5 dni musimy mieć jeden dzień postoju, gdzie nie spieszymy się na żaden samolot, nie trzeba wstawać na wschód słońca ani na inne atrakcje bo nam coś ucieknie. Już wiem że raz na tydzień hotel nawet z małym basenem to były odpowiedni relaks, bo i dziecko się zabawi i rodzice odpoczną. O własne akumulatory trzeba także zadbać, nie tylko te z kamery czy drona :)

Załącznik:
IMG_3997.jpg


Z praktycznych rzeczy jakie sobie wymyśliliśmy przed wyjazdem to na pewno zakup wózka, spacerówki. Nasz syn oczywiście ma swoją spacerówkę, ale uznaliśmy, że w takiej podróży wózek ma spore szanse aby ulec zniszczeniu, a i chcieliśmy mieć go nieco lżejszy. W związku z tym, kupiliśmy całkiem dobry, używany wózek na OLX, za 70zł. Wypraliśmy go przed wyjazdem, mocno eksploatowaliśmy a finalnie zostawiliśmy go celowo przed samym wylotem do Polski. Jeszcze w Polsce przygotowaliśmy sobie także kilka t-shirtów które planowaliśmy wyrzucić, więc zabraliśmy ze sobą i tam zamiast wyprać rozstaliśmy się z nimi, co i tak byśmy w Polsce uczynili. Znowu trochę więcej miejsca w plecaku.

Od dawna na krótkie wyjazdy zabieraliśmy plecaki podręczne, ale na tak długi wyjazd nigdy. Zdecydowaliśmy się spakować w trzy podręczne plecaki, z czego w jednym z nich były zabawki naszej pociechy i sprzęt elektroniczny. Czy był z tym jakiś kłopot? Nie! Co kilka dni robiliśmy pranie w pralniach, co było nie tylko wygodne, co najnormalniej praktyczne. No nie ma co ukrywać, miało to duże znaczenie ekonomiczne przy tylu lotach. Finalnie było ich 12 podczas tego wyjazdu.

Płatności. Podczas całego pobytu płaciłem gotówką lub kartą Revolut. Raz jeden przy zakupie biletów na łódź na wyspie Koh Lipe miałem z tym problem. Z jakiegoś powodu bank informował mnie że transakcja jest robiona w innym miejscu niż się akurat znajduję. Zupełnie nie zrozumiałe, ale na szczęście miałem kilka innych kart. Nawet nie było konieczne ich fizyczne posiadanie, gdyż takie karty mam najnormalniej w wirtualnym portfelu w swoim telefonie. Warto wiec nie polegać tylko na jednej karcie podczas takiego wyjazdu, a gotówkę chciałem zostawić sobie na pobyt w kolejnych krajach tego wyjazdu.

Czasami znajomi pytają nas po co zabieramy małe dziecko ze sobą na takie wyjazdy. Przecież i tak nie będzie niczego pamiętać. Przede wszystkim nie mogliśmy nikogo obarczyć obowiązkiem wychowawczym malucha na tak długi okres. Z drugiej strony to nie jest tak że dziecko nie pamięta i nie warto. Z pewnością dla dziecko jest dużo możliwości poznawczych, których nawet nie ma co wymieniać, bo jest ich tak dużo.
No i najważniejsze, to że dziecko nie będzie wiele pamiętać, nie oznacza że my nie pamiętamy.
Kiedyś przeczytałem historyjkę, jak to na starość żona trafiła do szpitala w zaawansowanym stadium choroby i traciła pamięć. Mąż codziennie przychodził do szpitala ją odwiedzać, aż w końcu personel szpitala zasugerował mu, żeby codziennie nie przychodził, bo żona i tak go nie będzie pamiętać. Na co on powiedział, że żona może i nie będzie pamiętać, ale on tak.
Bardzo mi się ta historia spodobała.
Tak, my pamiętamy. Robimy masę zdjęć i materiały filmowego, z którego montujemy później pamiątkowe filmy z wyjazdów. To są dla nas bezcenne wspomnienia, bo dziecko szybko wyrasta, a niestety czasu nie da się cofnąć.
Dlatego doskonale wiemy, że życie i podróże z małym dzieckiem nie składają się tylko z pięknych chwil. To nie tylko radość, zabawa, ale i często złość, gniew, zmęczenie fizyczne czy psychiczne. Tylko to wszystko ulotne. Za kilka lat będziemy tęsknić za tym, że nasze dziecko się do nas przytula, całuje i deklaruje swoją miłość. Zmęczenie mija, wspomnienia pozostają, a wspólnie spędzony czas jest bezcenny.
Kiedyś sobie obiecaliśmy, że pojawienie się dziecka w naszym życiu nie spowoduje że przestaniemy podróżować i udaje się to nam bardzo dobrze. Podróżujemy teraz chyba nawet więcej, niż przed pojawieniem się malucha. Wszystko jest w naszych głowach. My po powrocie już wypoczęliśmy i planujemy kolejne wyjazdy :)
Załącznik:
IMG_2078.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
Dryblas uważa post za pomocny.
 
 
 [ 25 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group