Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Sie 2019 13:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
Wyjaśnienie: Podróżujemy w 4 osoby. 2 mężczyzn i 2 kobiety. Dla łatwiejszego opowiedzenia historii ich pseudonimy to M(ja), Mt (mój druh), A, J.
23 dni w Kazachstanie, Kirgistanie, Uzbekistanie i 10 w Europie.


Część I- Ukraina, Kazachstan

Rozdział I

28 czerwca wczesnym rankiem udajemy się Wizzairem z Krakowa do Kijowa. Dla 3 osób z 4 jest to pierwsze zetknięcie (lub oderwanie) z transportem powietrznym. Koszt biletu ok 90 zł + 40 zł na osobę za 32kg bagażu rejestrowanego na całą grupę. Lot mija całkiem przyjemnie, jednakże dla mnie i mojego druha samoloty już raczej nigdy nie będą ulubionym środkiem transportu. Nie polubiliśmy się z nimi. Po wylądowaniu i wybraniu pieniędzy z revoluta, udajemy się Yandexem do zamówionego na Airbnb mieszkania. Właścicielką jest amerykanka mieszkająca w Kijowie i bez problemu pozwala nam wymeldować się dopiero 1 lipca o 16, co jest dla nas zbawienne gdyż samolot mamy o 19 z hakiem. Za noc na 1 osobę wychodzi ok. 25zł i zważając na standard i lokalizacje (1.5km od Majdanu), jest to cena więcej niż zadowalająca. Na stolicę Ukrainy mieliśmy przeznaczone aż 4 dni, co samo w sobie jest sporą ilością czasu, na dodatek męska część grupy była już w Kijowie 2 lata temu. Postanowiliśmy jednak odświeżyć sobie pamięć, a przy okazji pokazać dziewczynom miasto. Udaliśmy się też w kilka nowych miejsc ale o tym za chwilę.

Kijowa jako takiego bardziej opisywać nie będę, gdyż na forum jest multum relacji i informacji z tego miasta. Na przestrzeni 4 dni odwiedziliśmy: Majdan,
Matkę Ojczyznę wraz z muzeum ( A i Mt weszli na sam pomnik, na tarczę, za ok 300 hrywien na osobę), Ławrę Peczerską, Łuk Przyjaźni, ZOO (niezbyt imponujące ale buduje się nowa część i w niedalekiej przyszłości może być znacznie lepiej), budynek hotelu Salute, Funikular, plaże nad Dnieprem i wiele, wiele pomniejszych miejsc. Z opcji jedzeniowych polecam Family House w muzułmańskiej dzielnicy Kijowa, ok kilometr od ZOO (świetny falafel, porcje ogromne) i restaurację Mitla obok Majdanu. Z barów, znaleźliśmy całkiem przyjemny pub zaraz obok Majdanu. ПАБ "Пивна на Майдані". Po mieście poruszaliśmy się w zdecydowanej większości Boltem lub Yandexem, parę razy metrem. Cały spokój pobytu, w dniu wylotu, zmącił telefon z wypożyczalni Vladex w Ałmatach, w której mieliśmy zamówionego Dustera 4x4, o 7 rano na lotnisku. Okazało się, że samochód jest zepsuty i może być podstawiony dopiero dzień później, niechętnie ale przystaliśmy na tę propozycję. (jak się później okazało nie był to jedyny problem). Po tych kilku niezbyt intensywnych dniach udaliśmy się na lotnisko Boryspol skąd mieliśmy lot do Ałmaty linią Ukrainian airlines. Niestety Mt musiał nas opuścić w nocy z 30 czerwca na 1 lipca, powróci on jednak do nas w dalszej części podróży.

Lot przebiegł całkiem spokojnie, jednak ilość miejsca nie pozwoliła mi na sen, całe szczęście na pokładzie dostaje się posiłek co trochę zrekompensowało niewygodę. Na lotnisku kupiliśmy kartę sim, wyciągnęliśmy pieniądze z revoluta i Yandexem udaliśmy się do pokoju ( w końcu była 4 rano). Na szybko zarezerwowaliśmy nocleg w Academic Apartments (75zł za 3os w pokoju 3 osobowym). Standard niezbyt wygórowany ale ujdzie. Pobudka nastąpiła koło południa i udaliśmy się do restauracji Navat na śniadanie/obiad. Bardzo smaczne i solidne porcje. W planie mieliśmy przeznaczyć ten dzień na zwiedzanie ale najpierw chcieliśmy wymienić dolary w banku na Tenge. Stojąc w kolejce zdarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał nawet w najgorszych snach. Zadzwonił Pan z Vladexa, że samochód owszem będzie, ale dnia następnego wieczorem. Po długich rozmowach stwierdziliśmy, że nam to nie odpowiada i że chcemy kontakt do jakiejkolwiek innej wypożyczalni, która ma dostępny samochód na już. Niestety oferta nie była korzystna, 94$ za dzień, przy niecałych 55$ we Vladexie, robi różnicę

Nie wiedząc co począć udaliśmy się do pierwszej lepszej knajpy żeby usiąść i pomyśleć. Traf chciał, że był to Craft bar. Składając zamówienie, okazało się, że kelner mówi po polsku i pracował w Krakowie. Bardzo się zaangażował w pomoc w poszukiwaniu samochodu. Niestety albo nigdzie ich nie było, albo nie dało się wyjechać poza Ałmaty, albo nie były dostępne dla obcokrajowców. Wtedy zdarzyła się kolejna dziwna rzecz, słysząc o naszych problemach przyszedł do nas właściciel, który okazał się Polakiem. Mieszka tam kilka lat, ma restaurację i uczy krav magi. Opowiedział nam, że to tutejszy standard i trzeba się przyzwyczaić, a na dodatek obwiózł nas po najważniejszych atrakcjach miasta (Wielkie Jezioro Ałmatyńskie, Kak Tobe, Zielony bazar itd.). Ałmata całkiem przypadła nam do gustu, miasto jest zadbane i bardzo przyjemne. Widok gór dookoła jest wspaniały, chociaż smog mają porównywalny lub większy niż w Krakowie. Wszystko ułożyło się bardzo dobrze, jednakże nadal nie mieliśmy samochodu na następny dzień. Jedząc kolację w Craft barze ( podobno najlepsze hamburgery w Azji Centralnej, potwierdzamy, może być to prawdą, ceny Krakowskie) stwierdziliśmy, że przebolejemy 94$ na dzień (potem się okazało, że za opłatę gotówką dostaje się 10% zniżki) i pojedziemy. Zapytaliśmy naszego nowego kolegi Żenji, czy nie ma ochoty jechać do Kanionu, nad Jeziora Kaindy i Kolasi i do Parku narodowego Ałtyn Emel z nami bo mamy, jedno wolne miejsce. Po chwili namysłu zgodził się i umówieni na 8 rano następnego dnia pod hotelem Astana, gdzie mieściła się wypożyczalnia, rozeszliśmy się.

Rozdział II niebawem

Poniżej parę luźnych zdjęć.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez watsky 16 Sie 2019 10:26, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Sie 2019 20:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
Rozdział II

O godzinie 8 udajemy się spacerem do hotelu Astana (10 minut od naszego pokoju), podpisujemy umowę (cała po rosyjsku), płacimy gotówką w tenge (200$ kaucji zablokowane na karcie) i stajemy się posiadaczami Renault (!) Dustera 4x4. Co ciekawe Pani z wypożyczalni zawiadomiła nas, że trzeba tankować benzynę 98, ewentualnie 95. W późniejszym czasie okazało się to bardzo trudne w wykonaniu. Był to mój pierwszy raz za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów, więc emocje i stres był niemały. Podjechaliśmy pod pobliskiego McDonalda, gdzie umówiliśmy się z Żenją ( już wtedy poinformował nas, że się spóźni godzinę). Posililiśmy się śmieciowym jedzeniem i o 9 byliśmy gotowi to wyjazdu. (Tego dnia czekała nas trasa do Saty, a po drodze miał być czas na spokojne zwiedzanie Kanionu). Po kolejnej godzinie oczekiwania (już 2 godziny spóźnienia!), napisaliśmy do naszego nowego kolegi żeby się pośpieszył, bo nie mamy czasu. Niestety on miał go w nadmiarze i ciągle kręcił kiedy będzie. Musiał jechać do kantoru, do kolegi itd. Bardzo zdenerwowani (było już po 10!, a wyjazd miał być o 8) postanowiliśmy, że dziewczyny pójdą na małe zakupy, a ja poczekam na Żenję. Niestety, J i A zdążyły wrócić, było po 11, a Kazacha nadal nie było. Nasze zdenerwowanie sięgało zenitu i daliśmy mu deadline do 12. Jak można się spodziewać w południe też się nie zjawił i zaczekaliśmy ostatnie pół godziny. Miał szczęście, zdążył w ostatniej chwili. W udawanych dobrych humorach pojechaliśmy w stronę Kanionu Szaryńskiego.

Nie powiem, jazda po mieście przyprawiała mnie o szybsze bicie serca, nie jestem przyzwyczajony do wciskania się między samochody i ciągłego trąbienia. Z czasem szło mi coraz lepiej, zacząłem wyprzedzać, omijać dziury lewy pasem i czuć się pewniej. Niestety ciągłość jazdy była co chwilę przerywana przez słaby pęcherz towarzysza. W ostatniej wiosce przed Kanionem postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek i zakupy. Pech chciał, że w drugim kluczyku bateria była bardzo słaba i samochód zamknął się bez nas w środku i włączył! Gwoli wyjaśnienia, samochody w tamtym rejonie świata mają dwa kluczyki, fabryczny-nieużywany i drugi-chyba z alarmem i dodatkowymi bajerami. Właśnie ten kluczyk był powodem naszych problemów. Staliśmy wokół zamkniętego samochodu, który miał włączony silnik i nie potrafiliśmy wejść do środka. My z Żenją poszliśmy na zakupy spożywcze (owoce, pieczywo, napoje różnego rodzaju) i w poszukiwaniu baterii. J i A zostały i telefonicznie próbowały rozwiązać problem razem z Panią z wypożyczalni. Po pewnym czasie „włamały” się do środka, jednakże samochód ciągle wył. Po odczekaniu kilkunastu minut sytuacja się unormowała i dostaliśmy rozkaz używania kluczyka fabrycznego. Po tych emocjach zgłodnieliśmy i udaliśmy się na szaszłyki z baraniny i herbatę z mlekiem i solą. Wszystko było bardzo dobre i tanie (szaszłyk z baraniny 350 tenge). Po tych perturbacjach i spóźnieniu Kazacha, czas zaczął nas gonić, więc szybkim tempem udaliśmy się do Kanionu. Niestety, jak praktycznie nigdy tam nie pada, tak wtedy padał deszcz i wiał niesamowicie mocny wiatr. Mnie i Żenję utrzymywał gdy próbowaliśmy stracić równowagę, natomiast dziewczyny ledwo stały na nogach. Zostawiliśmy samochód ok. kilometr od asfaltowego parkingu i udaliśmy się doliną do rzeki i Eko Parku. Widoki bardzo ładne, jednak wiatr i deszcz uprzykrzał nam życie. Po dotarciu na miejsce nasza 3 miała plan wracać tą samą trasą ale Żenja postanowił pokazać nam „ładne widoki”. Powiem szczerze był to bardzo głupi pomysł, nie wiem dlaczego się na to zgodziliśmy. W trampkach, krótkich spodenkach, w deszczu i przy zachodzącym słońcu wspinaliśmy się po skałach Kanionu, a miało to być szybkie wyjście… Przestraszeni i wściekli na Kazacha, nie mając innego wyjścia, szliśmy za nim. Całe szczęście przeżyliśmy i z perspektywy czasu możemy powiedzieć: BYŁO WARTO. Widoki niesamowite. Z Kanionu wyjechaliśmy po 19, a ciemno robiło się po 20. Jazda po tych dziurawych i krętych drogach w nocy nie jest najprzyjemniejszą czynnością.

Całe szczęście ok 21 dotarliśmy bezpiecznie do Saty i z pomocą Żenji (zadzwonił do właściciela gueshouse) trafiliśmy do naszego celu. Na miejscu mieliśmy załatwiony nocleg z wyżywieniem (150zł na airbnb za 4 osoby) , transport nad jeziora Kaindy i Kolsai (dodatkowe 50$). Niestety okazało się, że bilety wjazdowe trzeba dodatkowo opłacić co nas bardzo zdenerwowało (dodatkowe ok.80zł). Żenja wykłócił, że nad Kolsai nie płacimy ale nad Kaindy już musieliśmy (ok.50zł za samochód i 4 osoby). Wieczorem biesiadowaliśmy do późnej nocy, a rano po śniadaniu wyruszyliśmy nad jeziora. Gdybym wiedział, że nad Kolasi jest równiutki asfalt to wzięlibyśmy tylko transport nad Kaindy. ( Kaindy 30$, a Kolsai po asfalcie 25$…) Nad pierwszym zbiornikiem wodnym byliśmy ok.2 godzin, obeszliśmy go do połowy. Bardzo ładne miejsce, ciche i mało turystów. Podczas powrotu do Saty, okazało się, że nabawiłem się dość silnego zatrucia pokarmowego. Przez nieuwagę do śniadania wypiłem wodę z butelki, którą Żenja uzupełnił z kranu. Mając na uwadze popołudniową długą trasę do Parku Narodowego Ałtyn Emel nie była to dobra wiadomość (po wyjeździe Mt do Polski, zostałem jedyną osobą z prawem jazdy). Nie chcąc tracić wycieczki nad Kaindy udałem się wraz z J, A i Żenją. Droga była trudna, nasz Duster raczej miałby ciężko. Po drodze nasz kierowca chciał do naszego UAZa załadować dodatkowo 4 osobową rodzinę, której RAV4 nie dał rady. Początkowo chcieliśmy się zgodzić ale gdy okazało się, że opłata tej 4 idzie dodatkowo do kieszeni kierowcy (plus nasze 30$), stwierdziliśmy, że jednak pojedziemy sami (i tak jechał z nami starszy Pan na doczepkę). Po ok 1.5-2h podróży i 20min spaceru dotarliśmy nad jezioro. Jest bardzo piękne i ciekawe ale nie robi takiego wrażenia jak Kolsai. Na dodatek dookoła jest niesamowicie brudno. Śmieci są dosłownie WSZĘDZIE. Zjedliśmy 2 śniadanie i udaliśmy się na obiad. Mój stan nie pozwalał na przyswojenie jakiegokolwiek posiłku więc zacząłem wcinać Enterol i pić elektrolity. Droga była długa, dziurawa i męcząca. Po drodze szukając stacji paliw z benzyną 95/98, bak robił się coraz bardziej pusty, postanowiliśmy dotankować 10 litrów 92, bo 80 to już przesada. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w jakiejś mniejszej miejscowości w poszukiwaniu odpowiedniego paliwa (znalazło się!) i w sklepie. Tam pierwszy raz usłyszeliśmy ulubione pytania ludzi z Azji Centralnej. Ile lat? Ile dzieci? Żona/mąż jest? Niestety większość naszych odpowiedzi nie pokrywała się z oczekiwaniami i wywoływała zaskoczenie. Rekordzista w wieku 35 lat ma już 2 żony i 4 dzieci. Po 20 dotarliśmy do siedziby strażników parku. Plan zakładał spanie w guesthousie jednak wiedzieliśmy, że nasz nowy kolega nie pozwoli sobie na ten wydatek. Na dodatek wziął namiot (docelowo 5 osobowy, ledwo zmieściliśmy się tam w dwójkę. Dziewczyny spały w samochodzie). Podczas tego wieczoru okazało się, że Żenja ma przy sobie sporo środków odurzających niezbyt legalnych. Trochę nas to zdenerwowało ponieważ nie chcielibyśmy być zatrzymani przez policję, gdy on jest chodzącym sklepem z używkami.

Rano wzięliśmy mapę parku i najpierw pojechaliśmy na wydmę. Droga równa ale bez asfaltu (średnia prędkość 80km/h). Byliśmy pierwszymi gośćmi tego dnia więc na piasku nie było żadnych śladów. Upał był niesamowity więc nie mieliśmy siły żeby przejść całą wydmę szczytem. Przeszliśmy kawałek i za radą Żenji zjechaliśmy z niej na tyłkach (miało to wywołać „śpiew”). FAKTYCZNIE ZADZIAŁAŁO! Zjeżdżając wydobywał się bardzo donośny dźwięk. Po doprowadzeniu się do stanu pozwalającego na jazdę samochodem udaliśmy się w trasę do gór Aktau i Katutau. Tam niestety droga jest FATALNA. 80 km jedziemy około 3h, jeśli nie więcej. Klimatyzacja ledwo wyrabiała, a spalanie wzrosło to ponad 11l/100km. Błędem było nie zatankowanie do pełna przed parkiem, ze strachu przed pustym bakiem, dotarliśmy tylko do jednych gór (tych znajdujących się dalej, w tym momencie wyjdę na ignoranta, ale nie mogę sobie przypomnieć czy były to Aktau czy Katutau). Po dotarciu na miejsce pospacerowaliśmy dnem wyschniętej rzeki, porobiliśmy parę zdjęć, zjedliśmy w wiacie i uciekliśmy w drogę powrotną (upał okrutny, ja mam astmę i źle znoszę upały, a J po prostu źle znosi upały). Na tę część podróży zamieniłem się miejscem z A, stwierdziliśmy, że policja raczej tutaj nas nie złapie. Po wyjechaniu na asfalt wróciłem za kółko i popędziliśmy do Ałmaty drogą przez Kapszagaj (jest tam PŁATNA autostrada...2zł).

O 20 dotarliśmy do myjni, którą polecił nam Żenja ( niecałe 30zł za mycie z zewnątrz i w środku) i poszliśmy coś zjeść. Na oddanie samochodu byliśmy umówieni dzień później rano ale postanowiliśmy załatwić wszystko dzisiaj. Pożegnaliśmy się z Kazachem i napisaliśmy do wypożyczalni czy możemy oddać samochód o 21. Odpowiedź była pozytywna więc z zadowoleniem czekaliśmy na odbiór. Niestety okazało się, że dopiero o 21.30 będziemy mogli wyjechać z myjni. Drugi raz napisaliśmy do Pani z zapytaniem czy 22 będzie ok. Odpowiedź kolejny raz była pozytywna. Okazało się, że znalezienie stacji i jazda po ciemku w Kazachstanie nie należy do łatwych, więc do hotelu Astana dotarliśmy dopiero ok 22.30 (nie informowaliśmy o spóźnieniu bo wyszliśmy z założenia, że skoro każdy z nich ma luźne poczucie czasu to i my raz możemy). Pod hotelem okazało się, że Duster jest BARDZO porysowany. Cale drzwi, zderzaki, itd. Pan jednak stwierdził, że „wsjo haraszo, spasiba”. Kaucja po tygodniu wpłynęła na konto więc nie mamy więcej pytań. Nocleg mieliśmy przy głównej ulicy Dostyk (koło Craft baru) w hostelu Asia. Standard 5/10, osobno pokoje męskie i żeńskie, ale cena 10zł rekompensuje wszystko. Po kąpieli i próbie lokalnego koniaku okazało się, że mamy scyzoryk Żenji. Szybki kontakt i zostałem wytypowany do pójścia z nim na piwo (skorzystałem, a dziewczyny poszły spać). Biesiadowaliśmy do 4.30 rano i na odchodne dostałem papierosy Kazachstan (jakby ktoś z nas palił i ulubiony serek A na kanapki, miły gest). Pobudka była zaplanowana na 6.30 więc niezbyt miałem czas żeby się wyspać. Taksówką (po drodze złapała nas policja za przejazd na wczesnym czerwonym) udaliśmy się na marszrutę do Biszkeku. Po 2 godzinach na dworcu (nie wiedzieć czemu żadna marszruta nie jechała), poznaniu kolegi z Izraela, rosnącej frustracji i szukania alternatywy prywatnym samochodem, kasa się otworzyła i po ok 4 godzinach bez większych przygód dostaliśmy się do Biszkeku. Tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zjeść coś i załatwić transport do Kochkor, gdzie załatwiliśmy sobie 3 dniową jazdę konną nad jezioro Song Kol…

(część zdjęć robiona jest analogiem, stąd taka jakość)

Rozdział III wkrótce


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 12 Sie 2019 21:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2208
złoty
Nie masz zbliżenia kierowcy uaza? Mam wrażenie, że z nim jechałem :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 13 Sie 2019 16:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
@wtak Niestety nie mam.
Góra
 Relacje PM off
wtak uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 14 Sie 2019 01:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
Rozdział III

Po wylądowaniu na dworcu zachodnim w Biszkeku zrobiliśmy mały rekonesans dotyczący transportu do Kochkor. Prywatny samochód po negocjacjach kosztował ok 1300-1800 somów natomiast busik ok. 370/os. Postanowiliśmy tym razem nie korzystać z dobrodziejstw tanich taksówek i wybraliśmy marszrutkę. Najpierw jednak udaliśmy się do znalezionej w internecie chińskiej restauracji. Porcję były NIESAMOWICIE duże, jednakże sama jakość niezbyt wygórowana. Rachunek wraz z napojami zamknął się w okolicach 1200 somów (co z perspektywy czasu było głupie, mogliśmy zainwestować w taksówkę i zjeść w Kochkor…), a część jedzenia wzięliśmy na kolację. Po drodze na dworzec staliśmy się niespodziewanie małą atrakcją. Młody Kirgiz bardzo chciał zrobić sobie z nami zdjęcie (które wykonał), a następnie przez parę chwil szedł przed nami robiąc relacje live znajomym, że idzie przed nami i nas nagrywa. Następnie starszy pan zapytał skąd jesteśmy (myślał, że z Francji), na odpowiedź, że z Polski usłyszeliśmy Guten Tag :)))

Dygresja 1: Nie wiem skąd skojarzenie, że jesteśmy z Francji, ale zarówno w Kazachstanie, Kirgistanie jak i Uzbekistanie, większość osób myślała, że właśnie z tego kraju pochodzimy.

Po krótkim spacerze kupiliśmy bilety i zadomowiliśmy się w wysłużonym Sprinterze. Nikt z nas nie spodziewał się, że będziemy siedzieć w środku 1.5 godziny… Dopiero po takim czasie kierowca wyruszył. (W sumie się nie dziwie, zmieścić kilkanaście osób, a do tego: telewizor, krzesełka dziecięce, kojec, 10 kartonów ciastek, łopatę, taboret, stolik i bagaże to wielka sztuka). Podróż mijała całkiem przyjemnie, droga była dwupasmowa w obie strony! Niestety nad moją głową przez całą drogę wisiało dziecko, co skutecznie utrudniało oparcie się o fotel. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek i WC, a pod koniec jazdy rozpętała się straszna burza, nic nie było widać i lało ja z cebra. Byliśmy pierwszymi osobami, które opuściły busik i podziwiam kierowcę, że chciało mu się wyładować cały ekwipunek podróżnych, żeby wydobyć nasze 3 plecaki (były na samym dnie).
Na „dworcu” w Kochkor zrobiliśmy szybkie zakupy (zapas wody, orzechy i przekąski) i poszliśmy do Happy Hostel, którego właścicielem jest firma Kyrgyz Nature Travel. Na miejscu przyjął nas brat właściciela i było naprawdę przyjemnie, nawet pomimo braku prądu przez pewien czas.

Dygresja 2: Za 3 dniowy horse trekking zapłaciliśmy 110$ za osobę. W tej cenie były 2 dni jazdy konnej, 3 posiłki dziennie (poczęstunek jeszcze ciepłym samogonem w cenie :)), transport z jeziora Song Kol do Kochkor samochodem i transport z Kochkor do Kyzart również samochodem. Za jedną noc w hostelu zapłaciliśmy ok. 25 zł/os.

Rano szybkie śniadanie i razem z naszymi nowymi kompanami z Azji (Taj, Tajka i Chińczyk), udaliśmy się 7 osobowym Fordem Galaxy do miejscowości Kyzart skąd miała zacząć się nasza przygoda. Na miejscu zjedliśmy solidny obiad u rodziny właściciela koni i po „nauce jazdy” ruszyliśmy w drogę. Nauka wyglądała następująco:

-Wiesz jak jest po rosyjsku lewo i prawo?
-Tak
-No to jedziemy

To by było na tyle. Warto nadmienić, że nikt z nas jeździectwem się nie zajmuje i samo obcowanie z końmi było ciekawym doświadczeniem. Dziwne natomiast było to, że J dostała największego ogiera z całej grupy. Jak się później okazało, był nie do ogarnięcia. Kopał i gryzł inne konie, przepychał się i nie chciał się słuchać (chylę czoła i podziwiam J za to, że dotarła bezpiecznie na miejsce ponieważ czasami koń miał bardzo, bardzo głupie i niebezpieczne pomysły). Sama jazda przebiegała raczej bezproblemowo, czasami zwierzęta nie chciały słuchać poleceń typu: jedź, stój ale od razu pomagali nam przewodnicy. Momentami było naprawdę bardzo stromo. Po dotarciu na najwyższy punkt przeprawy nad jezioro (jeśli dobrze pamiętam 3600m.n.p.m), dostaliśmy 30 minut przerwy na zdjęcia i odpoczynek. Do tego momentu nasze tyłki i nogi raczej nie odczuły jazdy, dopiero podczas zjeżdżania ze szczytu zrobiło się boleśnie i nieprzyjemnie. Sama jazda zajęła nam ok 5.5-6 godzin (docelowo miało to być maksymalnie 4, a może tylko 2.5!). Pogoda było nieprzyjemna, zimno dawało się we znaki, a po pewnym czasie zaczęło mocno padać. Całe szczęście od momentu przyjazdu do nocy biesiadowaliśmy wraz ze wszystkimi mieszkańcami 4 jurt, więc nawet nie odczuliśmy brzydkiej pogody. Problem zaczynał się gdy mieliśmy ochotę na spacer albo na skorzystanie z toalety ale nie takie rzeczy człowiek znosił.
Nasza trójka miała docelowo własną jurtę, tak samo jak Azjaci, jednakże po zobaczeniu, że w środku nie ma łóżek, tylko pojedyncze materace, a pod nimi goła ziemia, stwierdziliśmy, że śpimy w 6 w jednej pod czymkolwiek się da. W nocy było BARDZO zimno. Naprawdę nikt z nas nie spodziewał się, że będzie aż taka niska temperatura. Rano ciężko było wstać ale słońce zachęcało do wynurzenia nosów spod kołder. Po śniadaniu mieliśmy zaplanowaną szybką jazdę (ok.2h) do następnego skupiska jurt (okazało się, że to będzie dosłownie SZYBKA jazda).Trasa przebiegała wzdłuż jeziora i była bardzo malownicza, problem stanowiło jednak tempo przewodników, którzy doskonale się bawili zmuszając nasze konie do szybkiej jazdy. Koniec końców każdy był zadowolony bo trochę adrenaliny nikomu nigdy nie zaszkodziło. (muszę jednak przyznać, że więcej w życiu na konia nie wsiądę)
Kolejne jurty były już zdecydowanie bardziej przystosowane pod turystów. Były łóżka, prąd, boiska do siatkówki i piłki nożnej. Niestety brakowało trochę tej atmosfery z poprzedniego obozowiska. Mając przed sobą cały dzień i połowę następnego spacerowaliśmy po okolicznych pagórkach i wzdłuż jeziora, bawiliśmy się z dziećmi (jedna z dziewczynek miała urodziny) i poznaliśmy drugie słowo po kirgisku: Kapkatu (tzn. wyżej, dzieci ciągle to krzyczały gdy huśtałem się z nimi na huśtawce. Pierwszym poznanym słowem było Rahmat (dziękuję)).

Dygresja 3: Nigdzie w życiu nie spało mi (nam?) się lepiej niż tam. Zero zasięgu, ciemno o 21 i duże zmęczenie powodowało, że spaliśmy po 10 godzin. Bardzo fajne uczucie.

3 dnia rano po śniadaniu przyjechał po nas kierowca i odwiózł do hostelu (podróż trwała ok 2 godzin) gdzie czekał na nas obiad. (oczywiście plov, jakbyśmy nie jedli go od kilku dni na praktycznie każdy posiłek, na zmianę z zupą z mantami) Obiad zjedliśmy w biegu gdyż postanowiliśmy w 6 osób wziąć taksówkę do Biszkeku. Po krótkich negocjacjach stanęło na 1200 somów na 6 osób! Bardzo dobra cena jak na mój gust. Na miejscu zameldowaliśmy się ok 17, po drodze kierowca musiał parę razy się zatrzymać i odwieźć naszych Azjatów tam gdzie chcieli. My natomiast mieliśmy załatwiony nocleg w hotelu kapsułowym gdzie czekał na nas Mt, który przyleciał z Polski przez Pragę i Stambuł do Biszkeku, żeby kontynuować z nami podróż. Sam „hotel” był bardzo fajny, noc kosztowała ok.40zł, była pralka więc czego więcej chcieć. Był tylko jeden problem, w kapsułach po zamknięciu drzwi nie dało się oddychać. Ktoś zdecydowanie czegoś nie przemyślał. Mając w zanadrzu wieczór i połowę następnego dnia (o 16 mieliśmy lot do Osz) szwędaliśmy się po stolicy. Niestety za wiele do zaoferowania nie miała. Zjedliśmy obiad i udaliśmy się na poszukiwania złocistego trunku i dobrego wina. Wszystko co chcieliśmy zostało odnalezione więc z czystym sumieniem poszliśmy spać. Następnego dnia byliśmy umówieni z Tajem, że załatwimy Yandexa na 6 osób i weźmiemy go po drodze na lotnisko. Cała operacja się powiodła, a taksówkarzowi, który chciał od nas dodatkowe opłaty, najpierw za bagaże, a potem w sumie stwierdził żebyśmy po prostu dali jakieś pieniądze, zostawiliśmy w prezencie 10 litrów wody. Dopiero na lotnisku dorwaliśmy pamiątkowe magnesy (ja i J zbieramy) i pocztówki, w mieście jedyny sklep z suwenirami był w godzinach otwarcia ZAMKNIĘTY. Zapomniałem powiedzieć, że odkryliśmy fenomenalną knajpę Chicken Star, gdzie za ok 15 zł są fantastyczne zestawy obiadowe (np. sushi, kurczak, sałatka, kalmary i frytki na jednym talerzu), zdecydowanie polecam jeśli ma ktoś akurat ochotę na coś innego niż manty, plov, szaszłyk lub słodycze (oczywiście zawsze wszystko nam smakowało). Samolot linii Air Manas wystartował o czasie i wyruszyliśmy w naszą 3 podróż samolotem do przygranicznego miasta Osz…

IV rozdział niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
marcino123 uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 14 Sie 2019 08:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2208
złoty
Skarpetki w jajka nasz fajne :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:15 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2401
Loty: 160
Kilometry: 255 753
Dzięki za wiele cennych informacji zawartych w relacji.
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
W razie jakichkolwiek pytań z chęcią odpowiem lub pomogę. Starałem się zawrzeć jak najwięcej informacji, ale jak wiadomo, nie możliwe jest przypomnieć sobie od ręki o wszystkim.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:46 

Rejestracja: 10 Lip 2015
Posty: 5
Widoki obłędne, zdjęcia boskie!
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 14 Sie 2019 14:29 

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 414
Loty: 63
Kilometry: 202 612
srebrny
Na tej samej huśtawce bujałem się jakiś miesiąc temu :)
Fajna relacja, dobrze się czyta.
_________________
Image

Moje relacje:
USA - Roadtrip z namiotem na dachu
Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 18 Sie 2019 17:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 72
niebieski
Rozdział IV

Za co szanuję linie lotnicze Air Manas? Za wygodę i komfort lotu? Nie, było tak jak wszędzie indziej. Za szybką i sprawną odprawę? Nie, było tak jak wszędzie i jeszcze kazali ściągać buty. Za duży bagaż podręczny? TAK! 10Kg dla każdego i dodatkowo bagaż rejestrowany, tak to ja mogę jeździć! Po drodze na lotnisko zgarnęliśmy naszego przyjaciela Taja, na miejscu Pan Taksówkarz najpierw chciał dużo pieniędzy dopłaty za każdy bagaż ( zamawialiśmy Yandex więc nie miał takiego prawa), potem chciał dostać cokolwiek więcej, a stanęło na tym, że zostawiliśmy mu, zbywające nam, dwa baniaki wody. Lotnisko pełne było babć, pań i ciotek, a każda z nich wyglądała jakby jednym z tych lecących co 30 minut samolotów do Osz miała zrobić zakupy na bazarze i wrócić na wieczór zrobić kolację. Samej podróży samolotem nie mam nic do zarzucenia, może tylko fakt, iż ludzie pchali się jakby ktoś zaraz miał im zająć wyznaczone miejsce. A może to u nich normalne, przecież tutaj nie obowiązują kolejki (swoją drogą ciekawe czy do gabinetu lekarza też pierwszy wchodzi ten kto się wepcha). Podczas trwającej całe, zniewalające 35 minut podróży, z okien widać było zaśnieżone szczyty wysokich na kilka tysięcy metrów gór. Mt nie pozwolił nikomu z nas zasnąć cobyśmy na pewno zobaczyli wszystko. Na lotnisku w Osz rozdawano darmowe karty SIM (mam kilka na zbyciu jakby ktoś chciał) toteż wzięliśmy je z myślą, iż może uda nam się zdobyć internet bez rejestracji i wpłaty jednak, niestety, tak to nie działa. Znaleźliśmy taksówkarza, który zgodził się zawieźć nas do hostelu za dogodną dla siebie i dla nas cenę (niestety Uber i Yandex tracą tutaj swoje zasięgi i powrócimy do nich dopiero w Kazachstanie).

Zatrzymaliśmy się w bardzo, bardzo miłym hosteliku. Niekoniecznie ze względu na warunki sypialne (4 łóżka, 4 szefeczki i jedno małe okno, klimatyzacji brak) ale ze względu na strefę wypoczynku. Były tutaj kanapy, sofy, pufy, wszystko to (+kontakty) dostępne na zadaszonym patio oraz piłkarzyki, bilard, dart i pin-pong. Dziewczyny miały problem nas stamtąd odciągnąć. Tego samego wieczoru zjedliśmy w pobliskiej knajpie (jedzenie średnie i dość drogie) i poszliśmy bliżej przyjrzeć się miastu. Niestety A poczuła się gorzej i wraz z J wróciły do hostelu podczas gdy Mt i ja poszliśmy zdobyć świętą górę w Osz. Na szczycie, na który wbiegaliśmy żeby zdążyć na zachód słońca, zaczepiły nas jakieś młodzieniaszki. Zapytali skąd my, czy umiemy coś po Kirgisku i czy mamy Instagrama. Oczywiście zrobili sobie z nami kilka zdjęć, porozmawialiśmy o piłce nożnej i wróciliśmy do dziewczyn. Wieczór spędziliśmy z lokalnym piwem i winem, które zamiast być wytrawnym było najsłodszym w moim życiu. Kolejny dzień rozpoczęliśmy przed świtem, A bardzobardzo nalegała (czyt. zmusiła) abyśmy weszli na tę górkę jeszcze raz. Kobiecie się nie odmawia toteż o 5:30, ciesząc się przyjemnym chłodem (30 stopni) wyczekiwaliśmy słoneczka. Ku naszemu zdziwieniu była tam całkiem spora grupa lokalnych ludzi, a kilku z nich minęliśmy gdy wbiegali na szczyt! Chwilę musieliśmy tam spędzić otóż nikt z nas nie przewidział, iż wschód jest zza gór, więc zobaczyliśmy go dobre 15 minut później niż podają to informacje. Ciągłe wchodzenie i wychodzenie z klimatyzowanych pomieszczeń oraz przeciągi nadwyrężyły gardło J i zmuszeni byliśmy odwiedzić aptekę (kupiliśmy produkt o tej samej nazwie co w Polsce także nie było się czego bać). Spacerkiem podeszliśmy pod pomnik Lenina (znajduje się on tuż przy głównej drodze) skąd udaliśmy się tam, gdzie wszyscy wiemy, że powinniśmy się udać, na bazar. Pech chciał, iż dotarliśmy przed 9, a stoiska otwierają się o 9, co oznaczało dokładnie tyle, że o 9 wciąż wiało tam pustkami. Dziewczyny prawie kupiły tam spodnie, jednak byliśmy nieco zawiedzeni. Udało nam się spróbować ich dziwnych, mlecznych (kefirowych??) napojów. Zrobiliśmy to tylko raz i szczerze nawet nie chcę wracać w te ciemne zakątki pamięci które mogłyby pomóc mi opisać ten smak. Po prostu nie. Zebraliśmy rzeczy z hostelu i, wymieniwszy wcześniej pieniądze na walutę uzbecką, pojechaliśmy do granicy. (Dostaliśmy dwa worki pieniędzy) Okazało się to być znacznie bliżej niż lotnisko.

Granica Kirgisko- Uzbecka w Osz jest niezwykle tłoczna. Wszędzie kolejki. Całe szczęście jako turyści mieliśmy osobne bramki i wszędzie traktowano nas priorytetowo. Nie było nawet konieczności wypełniania karteczek migracyjnych, bo nasze zasoby pieniężne nie przekraczały 2000$ na łeb (heh tyle to na całą podróż poszło!). No i tak dotarliśmy do kraju upałów,gorąca i chevroletów

Rozdział V niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group