Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 13 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 31 Maj 2017 16:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Wstęp:

Każdy z nas czegoś w podróżach szuka. Ja szukam przede wszystkim samego siebie, odpowiedzi na to kim jestem, często docenieniem tego jak dużo mam lub szukaniem drogi na przyszłość. Czy warto było? Oczywiście że tak! Wróciłem z nowymi doświadczeniami, nową energią, pomysłami na przyszłość i przekonaniem, że podróżowanie to jest to!

Azja od dawna siedzi w naszych głowach – klimat, historia, kuchnia, krajobrazy – to wszystko sprawiało, ze jest to kierunek, który niesamowicie nas pociąga. Pierwotnie jako początek wspólnych przygód z Azją miała być Tajlandia. Niestety z przyczyn osobisto-zawodowych wyjazd musieliśmy odłożyć do bliżej nie określonej przyszłości i poszukać innego kierunku.

Inspiracją dla nas była relacja @olajaw (bardzo Ci dziękuję!) z Indonezji, która zapaliła nam lampkę w głowie – a może tam? Wulkany, świątynie, Bali jako marzenie wielu, egzotyczne wysepki czyli wszystko co możliwe, żeby spędzić fantastyczne wakacje. W okolicach stycznia trafiłem na loty z Budapesztu liniami Emirates za 2000 zł. Uznałem to za dobrą cenę zwłaszcza w sezonie i nie zastanawiając się ani chwili wykupiłem loty dla naszej dwójki.
Dotarcie do Budapesztu to już najmniejszy problem i dzięki biletom WizzAir ramy wakacyjnego wyjazdu zostały domknięte. Teraz już tylko planowanie, planowanie i jeszcze raz planowanie.

Zatem zaczynamy!

Załącznik:
1.jpg
1.jpg [ 252.35 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Dzień 1-2 - Podróż

Wyjazd z rodzinnego domu pod Łodzią nastąpił o 6:30. Zgarniamy po drodze szwagierkę z mężem, którzy zabiorą nasz samochód z powrotem do Łodzi i wrócą po nas kiedy przylecimy do Warszawy na koniec lipca. Na lotnisku jesteśmy ok 8:30. W związku z ŚDM i licznymi komentarzami o wzmożonych kontrolach woleliśmy przyjechać na lotnisko odrobinę wcześniej, aby spokojnie przejść kontrolę bezpieczeństwa. Lecimy tylko z podręcznym bagażem (choć lekko ponad wymiarowym), więc pojawił się niewielki stres, ponieważ nasze plecaki niby nie zapakowane do końca, ale są większe od rozmiarów koszyka. Na szczęście nikt specjalnie nie zwrócił na nie uwagi i mogliśmy spokojnie „rozsiąść” się w fotelach samolotu w drodze do Budapesztu, gdzie po 4h mieliśmy odlecieć do Dubaju.

Czy też tak macie, że pierwsze piwo/drink na urlopie smakuje wyjątkowo, choćby nie wiem jaka to była lura? Tak, to jest to poczucie, że zaczyna się urlopowa przygoda.

Załącznik:
2.jpg
2.jpg [ 284.57 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Zrobiony wcześniej on-line check-in spowodował, że nie musimy stawiać się przy stanowisku odprawy i ponownie przechodzić przez kontrole bezpieczeństwa. Jedynie przy bramce nasze wydruki zostały wymienione na normalne bilety z voucherem na posiłek w Dubaju podczas przesiadki.
Bezproblemowy boarding, pakujemy plecaki do schowka nad głowami i zasiadamy w fotelach linii Emirates. To był mój pierwszy lot tą linią dlatego byłem bardzo ciekaw w jakich warunkach odbędzie się nasza podróż. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, obsługą (do Dubaju dużo przyjemniejsza niż ta do Jakarty), jedzeniem oraz systemem rozrywki pokładowej.
Lot jak lot, bez większych rewelacji - drzemka, drink, posiłek, film, drink i znowu drzemka i tak wylądowaliśmy w Dubaju, gdzie czekały nas 4 godziny oczekiwania na lot do Jakarty. Z racji wczesnej pobudki lot do Jakarty przespałem niemal w całości.
Lądowanie było o czasie, a że byliśmy z przodu samolotu byliśmy jednymi z pierwszych, którzy opuścili samolot. Szybka i bezproblemowo otrzymana pieczątka i Welcome to Indonesia.

Załącznik:
3.jpg
3.jpg [ 170.62 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Załącznik:
3a.jpg
3a.jpg [ 177.71 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Załącznik:
3b.jpg
3b.jpg [ 164.03 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Pierwszym krokiem po opuszczeniu lotniska było złapanie autobusu kierującego się na Gambir Station, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Yogjakarty. Zanim to jednak nastąpiło wymieniamy nasze EUR na IDR i już wiemy, ze przez najbliższe dni będziemy milionerami.

Różne opinie czytałem odnośnie czasu jaki może zająć przejazd na stacje z lotniska zwłaszcza, pod koniec Ramadanu, gdzie wszyscy podobno się przemieszczają i transport mógł nam zająć nawet 3h. Bilety na pociąg trzeba odebrać max 1h przed odjazdem pociągu więc margines błędu nie był zbyt wielki.
Po wyjściu z hali przylotów trzeb kierować się w lewo i podążać za znakami BUS i po kilku minutach docieramy na przystanek autobusowy. W kasie kupujemy bilety - 40 tyś IDR sztuka - i oczekujemy na autobus na Gambir Station. Łatwo jest odnaleźć właściwy autobus, bo każdy ma plakietkę za szybą, a dodatkowo kierowcy krzyczą destynacje do jakiej zmierzają.

Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu docieramy na Gambir w…. 45 minut. Jakarta opustoszała, o czym przekonali nas spotkani w Yogjakarcie rodacy.

Na stacji kolejowej wymieniamy vouchery, które dostaliśmy od Tiket.com na papierowe bilety. Procedura jest bardzo prosta, w maszynie podajemy numer reference z vouchera, na ekranie pojawiają się nazwiska, potwierdzamy i drukują nam się normalne bilety.

Załącznik:
5.jpg
5.jpg [ 357.75 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Mieliśmy jeszcze prawie 4h do odjazdu pociągu zatem postanowiliśmy zrobić rundkę wokół Monumen Nasional. Było wokół mnóstwo ludzi siedzących na trawie, na chodnikach, pełno straganów sprzedających mydło i powidło. Zmęczenie podróżą jednak powoli nas dopadało, a plecaki w tym wszystkim nie pomagały, wiec zdecydowaliśmy się wrócić na stacje, zjeść coś i poczekać na nasz szynobus.

Załącznik:
4.jpg
4.jpg [ 158.21 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Załącznik:
6.jpg
6.jpg [ 254.02 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Jedzenie na stacji to był pierwszy zły wybór - odgrzewane Mie Goreng smakowało jak karton, jedynie Sato Ayam ratowała trochę sytuację. Jednak cena nie należała do najłatwiejszych do przełknięcia. Przestawienie się na tryb azjatycki i wzmożoną czujność uważałem za rozpoczęte.

Po zjedzeniu kartonowego makaronu, ruszyliśmy na peron. Nasze bilety zostały sprawdzone z paszportami (tu byliśmy lekko zestresowani, ponieważ w pole numer dokumentu wpisałem podczas rezerwacji nasze daty urodzenia), ale przeszło bezproblemowo. Przed wejściem na peron kolejna kontrola i możemy zasiąść na peronie, gdzie tuż przed wejściem na wprost schodów znajdowała się tablica z ręcznie zmienianymi nazwami pociągów i na który peron wjadą. Po niecałej godzinie czekania przytoczył się nasz transport, w którym spędzimy nasze kolejne 8h w drodze do Yogjakarty.

Załącznik:
4a.jpg
4a.jpg [ 416.33 KiB | Obejrzany 4469 razy ]


Jechaliśmy w przedziale Executive, bo tylko takie bilety udało mi się kupić. Z okazji końca Ramadanu bilety były droższe niż zwykle, ale i tak rozchodziły się w błyskawicznym tempie i już 10 minut po północy kiedy otworzyli sprzedaż biletów (a otwierają 3 miesiące przed podróżą) najtańszych biletów już nie było. Jednakże woleliśmy podróż pociągiem niż kilkugodzinną tułaczkę autobusem zwłaszcza po tylu godzinach w podróży już spędzonych.
W naszym przedziale było naprawdę przestronnie, miejsca na nogi ogromnie dużo, a do tego kocyk, poduszka, ze sam byłem mocno zaskoczony, że w pociągu może być tak wygodnie. Oczywiście byłoby bardzo wygodnie gdyby to była 4h podróży a nie 30, ale i tak nie mogliśmy narzekać. Po ok 10 minutach ruszyliśmy w kierunku Yogjakarty.

Wybaczcie brak zdjęć z pierwszych godzin podróży. Zmęczenie dawało się we znaki i nie było głowy do robienia fotek. Poza tym chłonąc wrażenia, zwłaszcza na początku gdy odwiedzam nowe miejsca, często zdarza mi się zapomnieć uwiecznić coś przy pomocy aparatu. Później powinno być już odrobinę lepiej.

CDN


Ostatnio edytowany przez Ryglu, 31 Maj 2017 21:09, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
      
#2 PostWysłany: 31 Maj 2017 18:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Paź 2012
Posty: 5185
Loty: 15
Kilometry: 21 054
HON fly4free
Będę śledził kolejne wpisy - szczególnie wulkany :D
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#3 PostWysłany: 31 Maj 2017 18:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Wrz 2014
Posty: 1152
złoty
Wielkie dzięki za zdjęcie "Stasiun Gambir". Gdybyś jeszcze trafił na jakieś inne zapożyczenia z niderlandzkiego, to ładnie proszę o sfotografowanie dla mnie ;) Będę miała żywe przykłady na zajęcia o zapożyczeniach dla moich studentów :)
_________________
Metia jest kobietą, powtarzam, metia jest kobietą.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#4 PostWysłany: 31 Maj 2017 21:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Dzień 3-4 - Yogjakarta - Borobudur - Prambanan

O 4.20 nad ranem pociąg wtoczył się na stacje Stasiun Yogjakarta. Jako, że był to ostatni przystanek, cały pociąg opustoszał. Wychodząc ze stacji zostaliśmy od razu „zaatakowani” przez tubylców namawiających nas na taxi. Do noclegu mieliśmy ok kilometra, wiec zdecydowaliśmy się iść piechotą.

Na hotel wybraliśmy Sky Jogja. Ma niezłe opinie, jest z dala od zgiełku Malioboro, ale wciąż blisko żeby wyskoczyć piechota wieczorem na jedzenie, piwko lub dwa. Do hotelu docieramy po godzinie 5 nad ranem. Wita nas miła obsługa, która ni w ząb nie mówi po angielsku. Na szczęście korzysta ze zdobyczy techniki i przy pomocy google translatora sprawnie się z nami komunikuje… no prawie sprawnie. Nasz pokój oczywiście nie mógł być gotowy, choć liczyliśmy, że może zdarzy się cud, więc poprosiliśmy o możliwość skorzystania z łazienki żeby się odrobine odświeżyć. Przebraliśmy się, zostawiliśmy plecaki na recepcji i zdecydowaliśmy się ruszyć na Borobudur – pierwszą z atrakcji przewidzianych podczas naszego wyjazdu.

Przystanek od hotelu był w odległości 10 minut drogi piechotą i docieramy tam kilka minut po 6 rano. Niestety autobus ucieka nam sprzed nosa, wiec musimy czekać na kolejny. Kupujemy bilety za 3,5 tyś IDR za osobę i grzecznie czekamy na kolejny. Chcąc dojechać do Borobudur trzeba złapać autobus 2A, który dowiezie nas na Terminal Jombor. Po ok 30 minutach jazdy, łapiemy busik do Borobudur – koszt 25 tyś IDR za osobę. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze wysiąść z autobusu, a już podbiegł do nas człowiek, który zaprowadził nas do busa, który według niego właśnie odjeżdża w pożądanym przez nas kierunku. Myślę sobie – nie ze mną te numery, ale ryzykujemy. W środku siedziało już trochę osób i ku mojemu zdziwieniu busik po ok 5 minutach mimo braku kompletu pasażerów rzeczywiście ruszył.

Sama jazda zajęła nam ok 40 minut. Warunki nie należały do luksusowych, ale nikt z nas takich nie oczekiwał. Zapomniałem już, że wysocy ludzie maja problem by wygodnie podróżować w tamtejszych środkach transportu. Niestety nie ostatni raz podczas tego wyjazdu sobie o tym przypominałem.
Zanim zdecydowaliśmy się wejść do środka, postanowiliśmy coś zjeść. Wybór padł na jakąś garkuchnie naprzeciwko wejścia, gdzie siedzieli sami lokalsi. Moja druga połowa wybrała Sato Ayam, a ja palcem wskazałem cos co finalnie okazało się jajkiem ugotowanym, które dostałem z ryżem i jakimś pikantnym sosem. Nie powiem, żeby to był najlepszy wybór, zatem mój start z kuchnia indonezyjska nie był najlepszy.

Bilety kupiliśmy łączone do Borobudur i Prambanan, które ważne były przez dwa dni. Jest to o tyle istotne, ze cena tych biletów jest niższa niż kupowane ich pojedynczo. Za bilet łączony na dwie świątynie zapłaciliśmy 432 tyś IDR. Przy kupowaniu osobno cena wyniosłaby 560 tys IDR. W cenie dostaliśmy wodę i mogliśmy napić się herbaty lub kawy przed wejściem na teren świątyń. Szybka herbata i mogliśmy ruszyć na zwiedzanie. Po krótkim spacerze docieramy na miejsce. Niestety tłum był tak ogromny, że nie dało się nacieszyć tym miejscem.

Załącznik:
7.jpg
7.jpg [ 1015.66 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Kolejki na schodach żeby wejść na górę dało się co jakiś czas omijać wchodząc z innej strony, ale to było tylko chwilowe, zawsze w końcu trafiliśmy na niezliczony tłum ludzi. Na szczęście na niższych poziomach ludzi spacerujących wokół nie było aż tak wiele, ponieważ większość parła na sam szczyt świątyni dlatego dało się co nieco zobaczyć.

Załącznik:
9.jpg
9.jpg [ 689.7 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
8.jpg
8.jpg [ 559.13 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
10.jpg
10.jpg [ 994.87 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
11.jpg
11.jpg [ 623.25 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
12.jpg
12.jpg [ 716.13 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Żeby wyjść ze świątyni trzeba przejść przez bazar, na którym sprzedają wszystko co możliwe. Niestety przez to całe zamieszanie wychodzimy w innym miejscu niż wchodziliśmy i lekko gubimy orient, ale w miarę szybko się odnajdujemy i ruszamy w dobrym kierunku na autobus powrotny do Yogjakarty. Na dworcu czekamy 10 minut na autobus, w którym płacę nominałem 100 tyś IDR. Pan wydaje mi 40 tyś IDR ale widząc, że nie chowam dłoni i wymownie na niego patrzę dorzuca jeszcze 10 tyś IDR reszty. Droga była mocno mecząca – korek, brak klimy i my po tylu godzinach w drodze. Na szczęście kierowca ruszył jakimś objazdem i ominął najgorsze miejsce i w ciągu kolejnych 15 minut dojeżdżamy na Terminal Jombor. Stamtąd łapiemy autobus 2A i wracamy do hotelu. Na miejsce docieramy po godzinie 12. Czekała nas tam jednak niemiła niespodzianka. Pokój nie był jeszcze gotowy, ale recepcjonista patrząc na nas i widząc zmęczenie wymieszane ze złością i zrezygnowaniem informuje nas, że pokój będzie wolny w przeciągu 5 minut. Bardzo nas to ucieszyło i po 48h od wyjścia z domu, mogliśmy w końcu wziąć prysznic i wyciągnąć nasze kości na łóżku.

Prysznic, drzemka i ruszamy na Malioboro Street. Skrótem na Malioboro było ok 15 minut piechota. Dla bardziej leniwych był becak lub taxi. My po tylu godzinach siedzenia woleliśmy prostować kości jak najczęściej. Na Malioboro tłok tak ogromny, ze czasem trudno się było przecisnąć. W związku z tym uciekamy w boczną uliczkę na zimne piwo.

Załącznik:
13.jpg
13.jpg [ 467.72 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


W Lonely Planet wyczytałem o kawiarni na ulicy Jl Sosrowijayan. Teraz nazywa się Batik Resto i ma w ofercie jedzenie plus piwko. Zamówiliśmy grillowanego kurczaka oraz Ayam Satay i postanowiliśmy chwile odpocząć. Obok nas spotkaliśmy parę Polaków, którzy przyjechali do Yogjakarty tego samego dnia autobusem, którym jechali… 23 godziny stojąc w gigantycznym korku na wylocie z Jakarty. Za jedzenie, piwko i wyciskany sok płacimy 150 tys IDR, kończymy miłą konwersacje z nowo poznana para z Polski, wymieniamy się kontaktami i ruszamy na zasłużony odpoczynek do hotelu. Kolejnego dnia czeka nas wyprawa na Prambanan.

Kolejnego poranka, nie zrywamy się bladym świtem. Chcieliśmy trochę odespać całą podróż. Koło godziny 9 rano ruszamy w kierunku Prambanan. Udajemy się na przystanek na Malioboro Street, kupujemy bilet za 3,5 tys IDR i wsiadamy w autobus 1A. Dojeżdżamy nim do samego końca i kierujemy się w stronę świątyń.

Załącznik:
14.jpg
14.jpg [ 675.66 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Główną świątynię zostawiamy na koniec mimo, że najbardziej kusi swoim wyglądem. Najpierw ruszamy obejrzeć pozostałe dwie. Pierwsza z nich to Candi Lumbung. Widać, że trwają tam prace konserwatorskie, więc nie bardzo jest co oglądać zatem ruszamy dalej w kierunku Candi Sewu. Ta świątynia robi na nas dużo większe wrażenie, tym bardziej, że na jej terenie nie było ludzi poza dwiema spotkanymi przez nas parami. Mogliśmy na spokojnie obejść teren, zajrzeć w każdy kąt i nacieszyć się obcowaniem z tym wiekowym miejscem. Dookoła terenu jest rozrzucona niezliczona ilość kamieni, które kiedyś tworzyły całość – jesteśmy bardzo ciekawi czy kiedyś uda się te puzzle poukładać do końca.

Załącznik:
15.jpg
15.jpg [ 775.14 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
15a.jpg
15a.jpg [ 765.89 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
16.jpg
16.jpg [ 659.66 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
17.jpg
17.jpg [ 791.18 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Po dłuższej chwili spędzonej w okolicy Candi Sewu ruszyliśmy w kierunku głównej świątyni. Tam już tak spokojnie nie było, aczkolwiek początkowo udało nam się ominąć największy tłum. Wchodząc na tern świątyni warto skręcić w prawo i obejść teren dookoła, było tam pusto i mogliśmy usiąść w cieniu jednego z drzew (upał dawał się we znaki) i poobserwować świątynie z innej perspektywy. W końcu decydujemy się wejść na jej teren i od początku uderza nas ilość ludzi dookoła i… niezliczona liczba próśb o zrobienie wspólnego zdjęcia. Kręcimy się chwile po terenie, staramy się zaglądać w każdy kąt ale powoli zaczynamy się czuć zmęczeni ciągłym zaczepianiem i żarem lejącym się z nieba. Czym prędzej zmykamy w kierunku wyjścia. Wyjście jest, a jakże przez bazar, więc przy okazji zaopatrujemy się w wodę, a ja decyduje się na sok z kokosa za 15 tys IDR.

Załącznik:
18.jpg
18.jpg [ 647.38 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
18a.jpg
18a.jpg [ 733.11 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
18b.jpg
18b.jpg [ 752.49 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Załącznik:
19.jpg
19.jpg [ 684.68 KiB | Obejrzany 4344 razy ]


Na przystanku autobusowym spotyka nas niemiła niespodzianka. Kolejka… Niestety przyszło nam oglądać 3 pełne autobusy zanim udało nam się wsiąść do kolejnego. W hotelu postanawiamy się odświeżyć i ruszamy ponownie na Malioboro. Mieliśmy pomysł, żeby zjeść coś w jednej z lokalnych budek, ale nie do końca nam coś podchodziło, więc stanęło na piwku w Legian Garden – 35 tys. IDR za dużego Bintanga. Na górze jest ogród, mnóstwo zieleni i z dala od zgiełku ulicy. Całkiem przyjemne miejsce. Na jedzenie się nie decydujemy bo ceny były trochę wysokie i postanawiamy iść na drugie piwko do Batik Resto gdzie byliśmy dzień wcześniej. Naprzeciwko restauracji młody chłopak grillował kurczaki na patyku po 12 tys IDR za 6 szaszłyczków. Zaopatrujemy się w 12 sztuk i konsumujemy do piwka. Na koniec bierzemy jeszcze 6 i możemy wracać do hotelu. Kolejnego dnia o 7:30 czeka nas pociąg do Malang, gdzie mamy zorganizować sobie wycieczkę na Bromo, Ijen i dalej na Bali.

CDN
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 31 Maj 2017 21:26 

Rejestracja: 01 Kwi 2012
Posty: 2248
platynowy
super, wrocily wspomnienia... :-)

ten Prambanan na Twoich zdjeciach wyglada calkiem dobrze, ja pamietam to inaczej :-) za to Borobudur zdecydowanie na tak.

w Jogja polecam ponizszy hotel, jeden z lepszych w jakich bylem, mozna znalezc promo na stronie accora:
The Phoenix Yogyakarta MGallery by Sofitel
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#6 PostWysłany: 01 Cze 2017 09:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
-- 01 Cze 2017 09:05 --

@Kashpir - wulkany powinny być już niedługo, mam nadzieję, że choć trochę Cie zainteresują
@metia - nie wiem czy znajde jeszcze jakąś taką fotkę. Jeśli mi sie uda, to zgadam sie z Toba na PW.
@ibartek - ja byłem zawiedziony Borobudur... może to zmęczenie bo byliśmy juz ponad 40h w drodze albo ilość ludzi na tak małym terenie, ale dużo bardziej podobało mi sie w Prambanan :)

Dziękuje tym co czytają :)

-- 01 Cze 2017 09:36 --

Dzień 5-7 - Malang - Bromo - Ijen - Bali

Przeczytałem wiele sugestii, żeby nie jechać autobusem z Yogjakarty na Bromo, bo drogi fatalne, bo ruch ogromny i ze nigdy nie trwa to 9 godzin tylko więcej. Zatem pomysł zrodził się by podjechać pod Bromo pociągiem. Wybór padł na Malang. Bilety na pociąg kupiłem jeszcze w Polsce i ponownie jedyne dostępne były w klasie Executive. Podroż miała trwać 7,5h zatem przed 16 mieliśmy się pojawić na miejscu. Był zatem czas na zorganizowanie wyjazdu na Bromo… w jakim ogromnym błędzie byliśmy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy.

W Malang meldujemy się o czasie, nocleg załatwiałem przez Tiket.com i wybór padł na Kertanegara Premium Guest House i był to chyba najbardziej luksusowy nocleg podczas całego wyjazdu. Warunki iście hotelowe, przybory toaletowe dostępne, klimatyzacja, darmowa kawa, herbata. Ze stacji kolejowej mieliśmy ok kilometra do przejścia wiec decydujemy się na spacer. Niestety nie możemy zlokalizować naszego noclegu, bo jakoś numeracja nam się nie zgadzała i dopiero pomoc lokalnego chłopaka pozwala nam odnaleźć właściwy adres. Szybki meldunek i ruszamy na miasto ogarnąć naszą wycieczkę na wulkany.

Jeszcze w Polsce spisałem sobie kilka agencji turystycznych, wiec najpierw udajemy się w ich kierunku, jeśli trafi się cos po drodze, to nie omieszkamy tam zajrzeć. Ku naszemu przerażeniu wszystkie agencje turystyczne były zamknięte, wszelkie biura informacji turystycznej również. Na koniec Ramadanu wszyscy wzięli wolne. Byliśmy załamani bo wulkany miały być jednym z najważniejszych punktów tej wyprawy. Mocno podłamani po 2 godzinnym spacerze po mieście w poszukiwaniu agencji, wracamy do hotelu. Jeszcze przed wyjazdem pytałem czy jest możliwość organizacji wyjazdu na wulkany przez hotel i w jakiej cenie. Była taka możliwość (choć w mało akceptowalnej cenie) i to była nasza ostatnia deska ratunku. Niestety wiedzieliśmy również, że nasza pozycja negocjacyjna jest fatalna i nie będziemy w stanie nic ugrać bo jesteśmy przyparci do muru. Żałowałem wtedy bardzo, ze nie ogarnąłem tej wycieczki w Yogjakarcie.
Recepcjonista poinformował nas, ze jest taka możliwość. Przeliczamy fundusze, rozmawiamy o możliwych alternatywach (których w zasadzie nie było) i decydujemy się na zakup wycieczki w hotelu.

Cenę tej wycieczki przemilczę, bo nie jest zgodna z duchem F4F. W cenie był transport na punkt widokowy, wejściówka na Bromo, śniadanie po Bromo, nocleg pod Ijen, wejściówka na Ijen, transport do Ketapang, bilet na prom na Bali. Mocno zawiedzeni podpisujemy umowę i wychodzimy na miasto coś zjeść. Wybór pada na miejscówkę, gdzie siedziało sporo lokalnych osób w pobliżu stadionu. Tam decydujemy się na krewetki w cieście łagodne i grillowane na ostro – pyszne. Do tego zimny Bintang i humor powoli wracał. W końcu wspomnień nie warto przeliczać na pieniądze, a z perspektywy czasu mogę tylko powiedzieć, że warto było. Po jedzeniu udajemy się na spoczynek, bo czeka nas dwudniowy maraton ze wczesnym wstawaniem.

Pobudka 0.30. Po wymeldowaniu czekają już na nas dwa samochody. Jeden zabiera nasze bagaże i będzie czekał na nas po zejściu z Bromo, drugi czerwona Toyota, którym mamy wjechać na punkt widokowy oraz pod Bromo. Na taras widokowy dojeżdżamy przed 3 w nocy. Czekają nas dwie godziny czekania na wschód słońca, a noc na tej wysokości do najcieplejszych nie należała. Mówi się, że najzimniej jest tuż przed świtem i mają rację, bo wtedy zimno przenikało mnie do kości (krótkie spodenki i polar to było troszkę mało, ale dało się przeżyć). Kiedy dotarliśmy na taras widokowy było jeszcze pusto. Z każdą minutą jednak pojawiało się coraz więcej ludzi. My zajęliśmy miejsca na wprost wulkanu. Tuż za barierka był wydeptany kawałek ziemi. Tam upatrzyłem sobie miejsce do stania podczas wschodu słońca i robienia zdjęć.

Załącznik:
20a.jpg
20a.jpg [ 314.63 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


To jest absolutnie magiczne jak nagle światło zastępuje mrok. Jak ten festiwal kolorów wydobywa z ciemności kolejne kształty. Nic dziwnego, że od wieków fascynuje to każdego, chyba nawet bardziej niż zachód słońca. Zapomnieliśmy na chwilę o chłodzie, dyskomforcie, nieprzespanej nocy, cenie za wycieczkę, ludziach dookoła (choć nie było to łatwe). Delektowaliśmy się tym widokiem i chłonęliśmy każdy jego szczegół.

Załącznik:
20.jpg
20.jpg [ 190.39 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
20b.jpg
20b.jpg [ 325.88 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
20c.jpg
20c.jpg [ 417.15 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Tłum ludzi powoli się przerzedzał, ale nadal było ich strasznie dużo. Rada dla tych, którzy chcą zająć najlepsze miejsca na wschód słońca to przybyć tam w ok. godz. 3-3:30 bo później robi się co raz ciaśniej.

Załącznik:
20d.jpg
20d.jpg [ 336.78 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Na 6 rano umówieni byliśmy z naszym kierowcą, więc kilka minut przed 6 zbieramy się z tarasu. Budzimy naszego kierowcę, który smacznie kimał w samochodzie i ruszamy dalej. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy jednym tarasie widokowym, robimy kilka zdjęć i kierujemy się już pod Bromo.

Załącznik:
21.jpg
21.jpg [ 248 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Zatrzymujemy się pod Bromo, skąd ruszamy przez piaszczysty płaski teren w kierunku wulkanu. Krajobraz iście księżycowy, szaro z dużą ilością pyłu unoszącego się w powietrzu. Klimat psuje ilość koni wożących leniwych turystów. Powietrze na tym odcinku z tego powodu również nie należało do przyjemnych.

Załącznik:
22.jpg
22.jpg [ 290.53 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
23.jpg
23.jpg [ 277.15 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
24.jpg
24.jpg [ 219.74 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
24a.jpg
24a.jpg [ 304.31 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Na krater wchodzi się po schodkach, na których jest mnóstwo pyłu (i ludzi). Wchodzenie jest łatwe, przy schodzeniu trzeba jednak uważać bo bywa momentami ślisko, ze względu na zalegający na schodach pył.

Załącznik:
24b.jpg
24b.jpg [ 355.67 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
24c.jpg
24c.jpg [ 538.57 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Na górze odgłos bulgoczącej w dole lawy i dym wydobywający się ze środka robi wrażenie.

Załącznik:
25.jpg
25.jpg [ 421.7 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
26.jpg
26.jpg [ 237.68 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
26a.jpg
26a.jpg [ 463.62 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Schodząc po drodze jeszcze zbaczamy z drogi i wchodzimy w jedno z wielu koryt zostawionych przez lawę.

Załącznik:
26b.jpg
26b.jpg [ 448.62 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
26c.jpg
26c.jpg [ 890.35 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
27.jpg
27.jpg [ 374.64 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
27a.jpg
27a.jpg [ 682.61 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
28.jpg
28.jpg [ 221.27 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Przy okazji obchodzimy jeszcze teren świątyni i kierujemy się w stronę umówionego z kierowcą miejsca. On sam pojawia się po kilku minutach i udajemy się w drogę powrotną. Po kilku minutach spotykamy naszego drugiego kierowcę i już wiemy, ze nasza podróż jeepem dobiegła końca. Po przepakowaniu bagaży, jedziemy dosłownie dwie minuty i zatrzymujemy się pod znanym Cafe Lava na śniadanie. Nasz kierowca jest chyba lekko zaspany i z impetem uderza przodem samochodu w stojącą kostkę brukową. Mocno się chyba tym przejął bo w ciągu 30 minut wypalił chyba z 6-8 papierosów.

Na śniadanie jemy po omlecie, ja do tego biorę dużego Bintanta (będąc od 0.30 na nogach zapomniałem, że jest dopiero 9.00 rano). Śniadanie jest w cenie, za Bintanga musiałem zapłacić oddzielnie. Przed nami 9 godzin podróży. Wielki plus zapłaconej przez nas ceny był taki, że mieliśmy cały busik dla siebie. Mogliśmy rozłożyć siedzenia na maxa i spokojnie się wyspać. Dzięki temu nie byliśmy tacy zmęczeni. Po drodze zatrzymujemy się na obiad. Jedzenie nie powalało, a ja dziś już nie pamiętam co wzięliśmy. Po obiedzie idziemy jeszcze na krótki spacer nad morze. Uśmiech mojej drugiej połówki świadczył o tym, że długo na to czekała. Na kąpiel jednak się nie decydujemy i wracamy do samochodu.

Załącznik:
29.jpg
29.jpg [ 317.6 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Ja zaopatruje się jeszcze w dwa duże Bintangi na drogę i możemy ruszać. Pod Ijen dojeżdżamy późnym popołudniem. Robi się już szaro, a my meldujemy się w hotelu Catimor. Do dyspozycji mamy basen, ale nie decydujemy się z niego korzystać i idziemy na spacer po wiosce. Udajemy się w kierunku gorących źródeł i wodospadu. Niestety robi się już ciemno, więc postanawiamy wracać. W hotelu spożywamy kolację z zimnym piwkiem i kładziemy się spać, ponieważ o 1 w nocy kolejny wyjazd w góry.

Załącznik:
30.jpg
30.jpg [ 372.9 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
30a.jpg
30a.jpg [ 519.36 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
30b.jpg
30b.jpg [ 440.85 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Jeśli chodzi o nocleg to nie robi szału, jest czysto i to chyba najważniejsze. Wody ciepłej nie było. Jak już wspomniałem do dyspozycji jest basen, ale temperatura wody nas do kąpieli nie zachęcała.
Wymeldowujemy się z hotelu i pakujemy do naszego znajomego busika. Po drodze, im wyżej wspinamy się samochodem, powietrze staje się co raz mnie przejrzyste, ciężkie i czuć w nim co raz intensywniej zapach siarki. Jeszcze w Polsce zaopatrzyliśmy się w maski malarskie. Pomyśleliśmy, ze te zwykłe chirurgiczne mogą nie wystarczyć, a na inne szkoda nam było pieniędzy, jeśli mamy je użyć tylko raz. Zatem gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, przygotowaliśmy sobie cały ekwipunek. Nasz kierowca poszedł po przewodnika, który miał nas zaprowadzić na górę.

Droga była dziwna, jakby nie z tego świata - ciemno dookoła, mnóstwo pyłu w powietrzu, które pełne było gryzącego zapachu siarki. Przemijające postacie raz w jedną, raz w drugą stronę, błyski czołówek, dźwięk rozmów przypominały mi, że to nadal ziemia. Ludzie ubrani byli momentami przekomicznie np. chłopak w japonkach, długich spodniach i kasku motocyklowym na głowie.

Początkowo podejście jest dosyć strome, nie wymaga jednak żadnych umiejętności poza ruszaniem nogami, ale w tym gryzącym dymie było dla mnie nie lada wyzwaniem. Ja nie potrafiłem iść w masce zasłaniając sobie usta i nos, wiec zasłaniałem tylko usta i przez nie oddychałem. Podobny problem mam w oddychaniu pod wodą – mam wrażenie jakby ściskały mi się płuca. Po pierwszych 30 minutach miałem mocny kryzys, ledwo oddychałem, było mi gorąco i w głowie chodziły mi myśli, żeby sobie odpuścić. Ale wiem, że to tylko głowa i to ją trzeba przekonać i po chwili ruszyłem dalej.

Pierwszy dwukilometrowy odcinek był dla mnie kondycyjnie trochę wymagający (praca za biurkiem robi swoje), ostatni kilometr jednak to łagodna ścieżka. Na szczęście była ona również od nawietrznej więc i siarkowy pył na jakiś czas zniknął. Kiedy dotarliśmy na górę było dosyć chłodno i mimo, że wziąłem poprawkę na ubranie z dnia poprzedniego to i tak gdy zawiało trząsłem się z zimna. Patrząc w kierunku, w którym mieliśmy się udać widać było tylko przemieszczające się punkty w dół krateru. Zejście zajęło nam dobre 30 minut. Nieustający korek, jedni w dół, a inni w górę sprawiał, że droga wydawała się niekończąca. Po dojściu na dół spędziliśmy tam trochę czasu oglądając niebieskie ognie. Robiły fajne wrażenie, choć nie był to efekt wow jaki stworzyłem w swojej wyobraźni (wybaczcie jakość zdjęć, ale ani sprzęt, ani umiejętności mi nie pozwalają na fajne fotki).

Załącznik:
30c.jpg
30c.jpg [ 216.02 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
30d.jpg
30d.jpg [ 385.33 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
30e.jpg
30e.jpg [ 306.65 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Po jakimś czasie, zaczęliśmy się wspinać na górę. Ruch był trochę mniejszy, więc i samo wejście było dużo szybsze. Niemal w połowie drogi nasz przewodnik powiedział, że to dobre miejsce by obserwować jak z mroku wyłania się krater. On sam wcisnął się między dwa głazy i poszedł spać, a my siedzieliśmy i przez kolejną godzinę czekaliśmy na wschód słońca. Dłużyło się niemiłosiernie, było zimno, a co jakiś czas zmieniający się wiatr pchał chmurę toksycznego gazu w naszym kierunku i powodował łzy i trudności w oddychaniu. Ja z nudów, kręcąc się po niewielkiej okolicy wpadłem w szczelinę i pokiereszowałem sobie nogę, która przez późniejszy splot nieszczęśliwych wypadków zagoiła się dopiero po powrocie do Polski (choć blizna została do dzisiaj) - uznałem ta za początek klątwy, którą ktoś na mnie rzucił, a która uwidaczniała się każdego dnia!

Wschodzące słońce pokazało kolejny w ciągu dwóch ostatnich dni księżycowy krajobraz i piękne jezioro. Jest to podobno największy zbiornik kwasu siarkowego na świecie. Kilka zdjęć i powoli wracamy na górę. Wbrew moim przypuszczeniom wspinaczka była szybka i niezbyt męcząca i po kilku minutach byliśmy już na górze.

Załącznik:
31.jpg
31.jpg [ 221.33 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
31a.jpg
31a.jpg [ 276.09 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Na szczycie było piekielnie zimno, przenikliwy wiatr sprawiał, że chcieliśmy stamtąd uciekać jak najszybciej. W okolicy ludzie rozpalali ogniska żeby się ogrzać. Schodząc w dół schowaliśmy się za wiatrem i powolnym krokiem ruszyliśmy w kierunku naszego samochodu. Droga była obciążająca dla moich kolan, które mocno odczuły nachylenie i śliską nawierzchnię.

Załącznik:
32.jpg
32.jpg [ 312.03 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Załącznik:
33.jpg
33.jpg [ 356.54 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Docierając na dół, żegnamy się z naszym przewodnikiem i wsiadamy do samochodu. Opatrujemy moja nogę i ruszamy do Ketapang, żeby złapać prom na Bali. Droga zajmuje nam ok 2 godzin, które przesypiamy. Na prom docieramy przed 9 rano. Wypełniamy dwa świstki papieru na podstawie których nasz kierowca kupuje nam bilety i żegnamy się z nim dziękując za wycieczkę i życząc spokojnego powrotu do domu.

Załącznik:
34.jpg
34.jpg [ 215.72 KiB | Obejrzany 4233 razy ]


Przechodzimy przez bramkę, wręczamy bilety i spokojnie oczekujemy na prom na Bali. Ten pojawił się po 10 minutach. Pakujemy się do środka, rozsiadamy w pierwszym rzędzie żeby mieć dużo miejsca na nogi. Po chwili jednak orientujemy się, że centralnie naprzeciwko nas są dwie wielkie kolumny głośnikowe i telewizor. Obawiamy się, że dźwięk może nas zdmuchnąć, więc przenosimy się na środek sali. Myśleliśmy, że może puszczą jakiś film, czy serial ale przez 30 minut katowano nas lokalnymi przebojami. Dla nas po dwóch nieprzespanych nocach te wszystkie piosenki były jak tortura, a dla innych idealna okazja, żeby zakupić płyty z tymi przebojami.

Rejs dłużył się niemiłosiernie mimo ze to tylko 30 minut, aż w końcu dotarliśmy do Gilimanuk. Tam od razu zostaliśmy zaczepieni przez taksówkarzy, którzy najpierw chcieli nas zawieźć do Ubud za 800, później za 600, a na koniec za 450. My jednak niewzruszeni omijamy ich i kierujemy się w kierunku dworca autobusowego. Ten jest ok 200 metrów za wyjściem z portu po lewej stronie. Tam zaczepia nas chłopak i informuje nas, że jest autobus do Denpasar, i ze na Mengwi możemy się przesiąść w Bus do Ubud. Cena za osobę to 70 tys IDR. Niestety dopiero później dowiedziałem się, że bilet powinien kosztować ok 50 tys IDR. Zmęczenie i niewyspanie robiło swoje, a miało być jeszcze gorzej.

Autobus ruszył po chwili i byliśmy w drodze do Denpasar. Droga miała zająć nam 3h i to były najgorsze 3h podczas całego wyjazdu. Siedzenia to były metalowe stelaże obite mam wrażenie jedynia skórą, miejsca na nogi nie było wcale, bus zatrzymywał się co chwila, tak że po 3h jazdy byliśmy tacy zmęczeni, że wszystkiego mieliśmy dosyć. Kiedy autobus zatrzymał się na Mengwi, kierowca kazał nam wysiadać i poinformował nas, ze do Ubud dostaniemy się stąd. Od razu podszedł do nas taksówkarz, który zaproponował nam dojazd do Ubud. Pokazał cennik 200 tys IDR. Byłem mocno zmęczony i zdeterminowany, ale udało mi się ugadać na 150 tys IDR z dojazdem pod hotel. Nie mieliśmy ochoty czekać na autobus, która do końca nie było wiadomo kiedy się pojawi.
Do hotelu docieramy po ok godzinie.

CDN
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
Kashpir uważa post za pomocny.
 
      
#7 PostWysłany: 02 Cze 2017 18:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Mam nadzieję, że chociaż ktoś czyta moją relację :)

Dzień 8-11 – Bali – Ubud – Świątynie – Wodospady

Na hotel wybraliśmy Teba Ubud House. Bardzo przyjemne miejsce, z pięknym ogrodem, z dala od głównych ulic i bardzo blisko Monkey Forest (10 minut piechotą). Ulokowano nas na jedną noc w pokoju superior, a następnego dnia przeniesiono nasze bagaże do pokoju standard, który zarezerwowaliśmy.
Na Bali mieliśmy spędzić 4 noce. Pierwszy dzień chcieliśmy poświęcić na okolice, dwa pozostałe wynająć kierowcę na zwiedzanie wyspy i transfer na lotnisko żeby polecieć na Lombok.

Pierwszego dnia padło na Monkey Forest. Wejście kosztuje 40 tys IDR. Nie będę się za dużo rozpisywał o tym miejscu. Pełno małpek od małych po duże, próbujących ukraść co tylko masz w ręku i skonsumować. Całkiem przyjemne miejsce na spacer, w cieniu drzew, żeby poobserwować jak przebiegli i cwani są przedstawiciele tego gatunku.

Załącznik:
35.jpg
35.jpg [ 858.99 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
35a.jpg
35a.jpg [ 1018.19 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
35b.jpg
35b.jpg [ 709.88 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
36.jpg
36.jpg [ 530.06 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Spacerowaliśmy po lesie i dochodząc do rzeczki klątwa znów dała o sobie znać, ponieważ na śliskich schodach straciłem równowagę i z dużym impetem uderzyłem plecami o ziemie. Na szczęście tylko się pobrudziłem i lekko poobijałem, ale już wiedziałem, że coś niedobrego jest na rzeczy. Po spacerze i zrobieniu fotek udajemy się do knajpy na piwko i sok. Ceny piwa w Ubud są wszędzie mniej więcej takie same. Z reguły jest to 35 tys. IDR za dużego Bintanga, ale można znaleźć za 30 nawet podczas Happy Hours. Plan był taki, żeby wziąć kierowcę i pojechać na pola ryżowe Tegalalang i do świątyni Pura Gunung Kawi, które są w pobliżu Ubud. Negocjacje z kierowcami zaczynały się od 450 tys. IDR, w końcu znalazł się kierowca, który zabrał nas za 210 tys. IDR. Musze przyznać, że w sezonie łatwo o targowanie nie jest i ceny bywają kosmiczne, ale nie warto się poddawać bo zawsze znajdzie się ktoś, kto Was zawiezie za rozsądną cenę, pytanie tylko jak bardzo jesteście zdeterminowani i ile czasu chcecie poświecić na poszukiwanie odpowiedniej oferty.

Pola ryżowe Tegelalang są bardzo przyjemne, choć miałem wrażenie ze to bardziej deptak dla turystów niż prawdziwe pola ryzowe. Pod Pura Gunung Kawi docieramy po ok 15-20 minutach jazdy. Tam próbują nam wcisnąć Sarongi za niebotyczne kwoty. Wprawdzie moja druga połowa miała swój, a ja nie więc postanowiłem się potargować. Wyszliśmy od 100 tys IDR aż kupiłem przy wejściu do świątyni za 20 tys IDR. Oczywiście są sarongi, które możecie wypożyczyć przy wejściu na teren świątyni, więc nie musicie kupować. Nie dajcie się zwieść, gdy będą Wam wmawiać, że wynajęcie sarong kosztuje 50 tys IDR. Wynajęcie było chyba za 5 tys IDR, choć głowy uciąć sobie nie dam.

Załącznik:
37.jpg
37.jpg [ 971.23 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
38.jpg
38.jpg [ 467.75 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
39.jpg
39.jpg [ 1012.72 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
39a.jpg
39a.jpg [ 904.84 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Sama świątynia zrobiła na nas pozytywne wrażenie, ponieważ było bardzo mało ludzi. Mogliśmy swobodnie poruszać się po terenie nie obijając się o innych. Pokręciliśmy się po terenie, zajrzeliśmy w kilka zakamarków i po ok godzinie (bo w międzyczasie chowaliśmy się przed deszczem) wracamy do naszego taksówkarza. Ten próbuje nas jeszcze namówić na wizytę na plantacji kawy, ale ani ja, ani moja druga połowa kawoszami nie jesteśmy, więc grzecznie odmawiamy i prosimy o transport do hotelu.

Załącznik:
39b.jpg
39b.jpg [ 815.78 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
40.jpg
40.jpg [ 1015.23 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
41.jpg
41.jpg [ 281.86 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
42.jpg
42.jpg [ 918.67 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Po powrocie do Ubud kupujemy z pick-upa trochę owoców i pysznego arbuza, którego z przyjemnością skonsumujemy (niestety nie w całości) wieczorem po kolacji.

Załącznik:
43.jpg
43.jpg [ 387.03 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Mamy taka tradycje, że gdziekolwiek jedziemy czy to kraj, czy nowe miasto zawsze szukamy miejsca żeby zapalić fajkę wodna. I tym razem w Ubud jest kilka takich miejsc – pierwszy wybór padł na XL Shisha Lounge. Fajka wodna w cenie 75 tys. IDR. Niestety z piw był tylko Heineken, ale decydujemy się na 1,5l dzban za nieco ponad 140 tys. IDR. Fajka sama w sobie nie była najgorsza, choć później paliliśmy lepsze. Tam zostałem przez cos bardzo mocno pogryziony i miałem bąbel na bąblu przez następne kilka dni. Dziwne trochę, ze tylko na jednej stopie (a byłem w krótkich spodenkach), a nie na obu i ze tylko tam i tylko mnie. Klątwa? Najbliższe dni tylko to potwierdzały.

Po powrocie do hotelu ugadałem się z chłopakiem, który przygotowywał tam śniadania, ze znajdzie mi fajnego kierowcę w rozsądnej cenie. Po obgadaniu listy rzeczy, które chcemy zobaczyć wykreśliliśmy wodospad Sekumpul (czego później żałowałem!) i Bukit Tirtagangga ale pozostałe 7 rzeczy zostało. Cenę ustaliliśmy na 600 tys IDR za cały dzień. My płacimy tylko za wejściówki (i co się później okazało za odcinek płatnej trasy 22 tys. IDR, ale nie musieliśmy to była nasza decyzja, aby zaoszczędzić czas).

Na początek dnia z naszym nowo poznanym kierowcą, który na imię miał Agung wybraliśmy się do Pura Ulun Danu. Byliśmy tam dosyć wcześnie, co widać było po ilości ludzi. Pogoda była piękna, niemal bezchmurne niebo toteż świątynia prezentowała się fantastycznie na tle gór i jeziora. Nie było dużo ludzi, więc można było się spokojnie nacieszyć tym miejscem. Niestety niezbyt długo, bo po ok 20 minutach dotarły dwie duże chińskie wycieczki i zrobił się mały kocioł. My na szczęście najważniejsze już zdążyliśmy zobaczyć i mogliśmy skupić się na zwiedzaniu okolicy. Niestety moja druga połowa dzień wcześniej mocno się struła i średnio nadawała się do spacerów, zatem co chwila musieliśmy gdzieś przysiąść bo była mocno osłabiona.

Załącznik:
43a.jpg
43a.jpg [ 903.02 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
44.jpg
44.jpg [ 363.98 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
45.jpg
45.jpg [ 424.38 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
46.jpg
46.jpg [ 446.31 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
47.jpg
47.jpg [ 897.09 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Po ok godzinie zwiedzania, wróciliśmy do samochodu. Nasz kierowca, jako kolejny punkt zabrał nas na pola ryżowe Jatiluwih. Niestety nie dane nam było ich zobaczyć. Moja towarzyszka czuła się coraz słabiej, więc pola ryżowe zobaczyliśmy tylko z daleka.

Załącznik:
48.jpg
48.jpg [ 957.91 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Po drodze do Tanah Lot szukaliśmy miejsca gdzie możemy kupić coca cole. Jak wiadomo na wszelkie dolegliwości żołądkowe coca cola jest bardzo dobra, wiec przy którymś sklepie (kilka pierwszych odprawiło mnie z kwitkiem) kupuje dwie zimne puszki. Pomogło, bo gdy dojechaliśmy na miejsce czuła się już zdecydowanie lepiej.

Tanah Lot to fajne miejsce chwile pokręciliśmy się po terenie, pomoczyliśmy nogi, pocykaliśmy trochę fotek i ruszyliśmy w kierunku drugiej świątyni Pura Batu Bolong. Przy Batu Bolong kupujemy pierwsze magnesy (5 sztuk) z Bali po 15 tys. IDR za sztukę. Z racji upału i palącego słońca po wyjściu z Tanah Lot zatrzymujemy się na zimne piwko i cole w jednej z knajp, a po ich opróżnieniu ruszamy na mały shopping w pobliskich sklepikach.

Załącznik:
49.jpg
49.jpg [ 698.59 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
50.jpg
50.jpg [ 759.04 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
51.jpg
51.jpg [ 765.77 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
52.jpg
52.jpg [ 722.08 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
52a.jpg
52a.jpg [ 821.79 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Jest tam sporo różnych straganów z mydłem i powidłem. Kupiliśmy kilka rzeczy bardziej i mniej potrzebnych w tym: koszulki (dwie po 20 tys IDR za sztukę), torbę materiałową na zakupy za 10 tys. IDR, kolejne magnesy w tej samej cenie co poprzednie i komplet dla chrześniaka (koszulka + spodenki) za 30 tys. IDR.
Wracając do Ubud odwiedzamy jeszcze Pura Taman Ayun – czyli świątynie rodziny królewskiej. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem dla nas miejsca do parkowania ale w końcu się udało. Jak tylko dotarliśmy na miejsce okazało się dlaczego. W świątyni odbywała się jakaś impreza, przemowy, pokazy, tańce. Ze względu na to, nie wszędzie udało nam się zajrzeć, a z jednego miejsca jesteśmy wręcz wyproszeni. Zatem obchodzimy świątynie dookoła, zaglądamy tam gdzie to możliwe i po ok 30-40 minutach kierujemy się w stronę naszego samochodu.

Załącznik:
53.jpg
53.jpg [ 610.46 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
54.jpg
54.jpg [ 350.82 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
55.jpg
55.jpg [ 346.03 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
56.jpg
56.jpg [ 693.97 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
56a.jpg
56a.jpg [ 459.65 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Jazda po Bali jest niezwykle męcząca. Odległości są może niewielkie, ale ruch, wąskie ulice, czasem w opłakanym stanie sprawiają, że prędkości, które samochód może osiągnąć są stosunkowo niewielkie. Stąd skromna liczba miejsc w ciągu dnia, które udaje się zobaczyć.

Na samą kolacje wybieramy knajpkę przy naszej ulicy. Ja zamawiam Nasi Goreng, a moja druga połowa grillowany filet z kurczaka w sosie śmietanowo grzybowym, którym jest zachwycona. Ceny są bardzo przystępne i zamykamy się w 120 tys IDR za jedzenie i napoje.

Kolejnego dnia czekała nas nowa porcja atrakcji z naszym kierowcą. Zwiedzanie zaczęliśmy od Pura Luhur Uluwatu. Nasz kierowca ostrzegł nas przed bardzo agresywnymi małpami i żeby pod żadnym warunkiem niczego nie trzymać na wierzchu. Może nie w 100%, ale stosujemy się do jego wskazówek. Kupujemy bilety i wchodzimy na teren świątyni. Tam spokojnie spacerujemy i podziwiamy widoki zwłaszcza z wysokiego klifu – małp nie znaleziono 

Klify same w sobie mają coś wyjątkowego. Budzą grozę, choć może to mój lęk wysokości tak na mnie oddziałuje, ale też wprawiają w zachwyt. Uwielbiam wpatrywać się w te pionowe ściany i fale rozbijające się o brzeg i mógłbym tak spędzić pół dnia po prostu się gapiąc. A, że pogoda w odróżnieniu do tej, która spotkała mnie w Irlandii na Achill Island, Ceide Fields czy na Cliffs of Moher jest z goła inna to i ruszać się stamtąd nie chciało. Słońce jednak dawało mocno się we znaki więc ruszamy dalej.

Załącznik:
57.jpg
57.jpg [ 442.31 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
58.jpg
58.jpg [ 462.6 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
58a.jpg
58a.jpg [ 774.18 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
60.jpg
60.jpg [ 500.08 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Po drodze mijamy również takiego oto jegomościa, który spokojnie przeciął nam drogę i jak gdyby nigdy nic schował się w krzakach. My co jakiś czas chowamy się w cieniu bo upał jest nie do zniesienia.

Załącznik:
59.jpg
59.jpg [ 940.72 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Po godzince wracamy na parking. W samochodzie nasz kierowca opowiada, że chwile przed naszym przyjściem została przez małpę zaatakowana turystka z Chin i małpa podrapała jej całą rękę tylko dlatego, że ta trzymała w niej bilet. Turystka została zabrana do szpitala. Więc jego ostrzeżenia nie były bezpodstawne.

Jadąc z Uluwatu pytamy naszego kierowcę czy zna plaże Ylang Ylang… Sami nie byliśmy do końca pewni czy tak się ona nazywa. Moja znajoma podała mi taką nazwę skąd ma fantastyczne zdjęcia (tak sobie zawsze wyobrażaliśmy Bali) i chcieliśmy zobaczyć czy rzeczywiście jest tak rajsko. Niestety nasz kierowca obdzwaniając swoich znajomych nie mógł takiej plaży zlokalizować. Więc prosimy żeby się zatrzymał na jakiejś fajnej plaży, w której moglibyśmy chwile odpocząć. Niestety chyba mamy różne pojęcia fajności i zatrzymaliśmy się na Sanur Beach. Po 30 minutach zwijamy rzeczy i ruszamy dalej. Przed nami jeszcze dwa wodospady do zobaczenia.

Pierwszy z nich to Tukad Cepung – nasz kierowca nie miał o nim pojęcia. Ja znalazłem go na Trip Advisor i wydawał się ciekawy. Dojeżdżamy na miejsce i jesteśmy jedynymi turystami. Nie ma biletów wstępu jest tylko dobrowolny datek, więc wrzucam 5 tys. IDR i ruszamy dalej. Nasz kierowca, który jest w tym miejscu pierwszy raz idzie z nami. Zejście jest po wysokich kamieniach, a na koniec trzeba się przeciskać miedzy skałami. Było tam przyjemnie chłodno, ponieważ całość znajduje pod ziemią lub w głębokiej szczelinie (nie pamiętam już dokładnie). Ciężko było zrobić jakieś zdjęcie bo woda pryskała na lewo i prawo, ale miejsce ciekawe i na pewno inne niż wszystkie, które do tej pory mieliśmy okazje zobaczyć. Nasz kierowca strzelił sobie fotkę z nami i ruszyliśmy w stronę samochodu. Przed nami jeszcze do zobaczenia wodospad Tegenungan.

Załącznik:
61.jpg
61.jpg [ 571.92 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Na miejsce docieramy ok godziny 17, więc słońce powoli chyli się ku zachodowi. Po drodze mijamy prysznic dla najmłodszych i nie tylko i na koniec schodzimy aż pod sam wodospad. Miałem ogromna ochotę wrzucić się do tej wody, ale nie skorzystałem z okazji. Bardziej chodziło mi o zamoczenie samochodowej tapicerki naszemu kierowcy. Niektórzy ludzie wchodzili na sama górę wodospadu, ale my nie mieliśmy do tego zapału. Do samochodu docieramy chwilę po 18, wsiadamy i kierujemy się do domu.

Załącznik:
62.jpg
62.jpg [ 966.23 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
63.jpg
63.jpg [ 443.1 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Załącznik:
64.jpg
64.jpg [ 559.05 KiB | Obejrzany 4148 razy ]


Jeszcze zanim wybierzemy się na kolacje musimy ogarnąć transport na lotnisko. Ofert w agencjach jest mnóstwo, ale najpierw podpytujemy naszych hostów. Mówią, ze nie ma problemu, ze wszystko załatwią. Zostawiam im gotówkę, po czym po kilku minutach informują nas, ze nikt o tej godzinie nie wyjedzie z Ubud bo jest pogrzeb i będą pozamykane ulice. Ogarnia nas mały szok. Gość oddaje nam pieniądze, wiec widzimy, że nie żartuje. Chwile myślą i dyskutują we własnym gronie aż jeden z pracowników wsadza mnie na motor i podwozi pod biuro Peramy. Tam udaje się kupić bilety na 10:30 na transport na lotnisko. Uff… w końcu to Azja, tu nie ma rzeczy niemożliwych.

Na kolacje wybraliśmy cos bardziej pewnego do jedzenia przed podróżą. Wybór pada na pizzerie Mamma Mia, gdzie wieczór wcześniej widzieliśmy mnóstwo ludzi i brak wolnych stolików. Tam bierzemy po pizzy, cole, a dla mnie sok limonowy, który był najlepszym sokiem jaki do tej pory piłem w Indonezji. Jako, że dzień wcześniej upatrzyliśmy fajkę wodną w okolicy tej pizzerii to po jedzeniu wybieramy się do Yasmin Middle Eastern Cafe na Mojito i shishę, która była w cenie 60 tys IDR, i była najlepsza (a odwiedziliśmy jeszcze Lemonade – tam się struła moja druga połowa ciastkiem z kremem), a obsługa była na super poziomie.

Także jeśli ktoś ma ochotę na fajkę w Ubud to nasze 3 top miejsca (choć były i takie do których nie weszliśmy):
1. Yasmin
2. Lemonade
3. XL Shisha Lounge

Następnego dnia pojawiamy się w biurze Peramy o 10:15, dajemy bilet i czekamy na busika. Ten wyjeżdża z 15 minutowym opóźnieniem, ale dla nas to bez różnicy bo samolot mamy o 16. Po drodze zatrzymujemy się w Sanur gdzie zaliczam kolejny wypadek przy zmianie busa i wysiadając tracę równowagę i ratując aparat upadam całym ciężarem na plecy. Jak do tego doszło? Do dzisiaj się zastanawiam… Cudem uniknąłem tylko uderzenia głową o krawężnik. Klątwa nie odpuszcza!!!

Na lotnisko docieramy ok 12:30. Mamy jeszcze dużo czasu, wiec nie wchodzimy na teren hali tylko rozkładamy się przed lotniskiem, łączymy się z WiFi i tam czekamy do godziny 14.00. Wtedy to wchodzimy na teren terminala pokazując przed wejściem paszporty i nasze bilety. Skanowanie bagaży następuje tutaj po raz pierwszy, ale jest szybkie i bezproblemowe. Nie trzeba niczego wyciągać. Ustawiamy się w kolejce do odprawy Lion Air. Schodzi nam tam z 40 minut, uprzejma Pani po moim zapytaniu informuje mnie, ze na ta chwile nie ma żadnych opóźnień wiec uradowany ruszam w kierunku naszego gate’u. Jakże moja radość była przedwczesna. Finalnie skończyło się 3h opóźnieniem i zamiast o 16:40 wylądowaliśmy po 20 na Lombok.
Na lotnisku wcinamy jeszcze zestaw dla dwojga (2x parówka z frytkami i 2 x woda) za 50 tys IDR. Nie było to najgorsze, a cenowo całkiem rozsądne. Dla spragnionych piwko w normalnych cenach (nie lotniskowych).

Na Lomboku organizujemy taksówkę. Zanim wyjdziecie do hali przylotów będą 3 stanowiska gdzie można zamówić taxi. My wybieramy środkowe (sam nie wiem czemu), za stałą opłatę w wysokości 90 tys IDR wykupujemy przejazd do Kuty taksówką Blue Bird. Podróż przebiega bezproblemowo i po niecałych 40 minutach meldujemy się w najlepszym według nas noclegu podczas całego wyjazdu: Bombora Bungalows, które okazało się naszym małym rajem. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, ze podczas tego wyjazdu wrócimy tam ponownie.

Wieczór spędzamy na kolacji w jednej z pobliskich knajpek.

CDN
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#8 PostWysłany: 05 Cze 2017 10:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Dzień 12-14 – Lombok (Kuta) - Plaże

Kolejne dni upłynęły nam na objeżdżaniu okolic na skuterze, w poszukiwaniu miejsc na błogi relaks nad wodą. Jeszcze w Polsce zainteresowałem się okolicznymi plażami, zatem wybór padł na kilka z nich. Po śniadaniu w naszym „hotelu” zorganizowałem skuter. Niebieski z trupimi czaszkami na bokach – ciekawie się zapowiadał. Obejrzałem go dokładnie, zrobiłem próbną przejażdżkę, co by zobaczyć czy hamulce odpowiednio działają i jazda w drogę.

Na początek wybór padł na podobno jedną z najpiękniejszych plaż na Lomboku – Tanjung Ann. Moja druga połowa już nie mogła się doczekać kiedy ułoży się plackiem na plaży po tylu dniach zwiedzania. Dojazd z Kuty zajmuje ok 15 minut. Po drodze zatankowaliśmy nasz skuter w przydrożnej „butelkowej stacji” za 9 tys IDR. Na miejscu trzeba opłacić parking – niestety dane w LP są już odrobine nieaktualne. Bilety pomimo usilnych prób negocjacji kosztowały po 10 tys IDR za skuter.

Zostawiamy skuter i idziemy na plaże, po drodze mijamy dziesiątki dzieciaków szalejących w wodzie, dla których byliśmy nie lada atrakcją. Biegały za nami, zagadywały, ale im dalej szliśmy ich liczba się zmniejszała, aż w końcu zostaliśmy sami. Jeśli chodzi o plaże to jest piękna, miękki biały piasek, łagodne wejście do wody bez koralowca, brak fal. Każdy znajdzie tam miejsce dla siebie, ponieważ plaża jest bardzo długa. Bliżej parkingu jest dużo ludzi i niestety brudno, ale im bardziej się od niego oddalamy tym lepiej. Obok nas rozłożyły się jedynie dwie pary więc było bardzo kameralnie. Oczywiście co jakiś czas podjeżdżał jakiś tubylec na motorze próbując sprzedać koszulkę, sarong, napoje itd. ale nie było to zbyt nachalne. Po jednej odmowie więcej nie podjeżdżali.

Załącznik:
65.jpg
65.jpg [ 186.34 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
66.jpg
66.jpg [ 412.44 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
67.jpg
67.jpg [ 492.62 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Następnego dnia nasz wybór padł na Are Guling Beach oraz Mawun Beach. Droga do Are Guling jest mało widoczna, po drodze za sklepem jest drogowskaz na plaże. Droga jest gruntowa i w nienajlepszym stanie. Tuż przed wjazdem na plażę było niewielkie rozlewisko i nijak nie dało się przejechać. Próbowaliśmy objechać to przez pole i zaliczyliśmy małą wywrotkę. Na szczęście prędkość nie była zbyt wielka i skończyło się na otarciach na mojej nodze, w tym samym miejscu które zagoiło się po wpadnięciu w szczelinę na Kawah Ijen. Noga niestety nie zagoiła się już do końca wyjazdu, ale dało się z tym żyć – dziś na pamiątkę mam bliznę nad kostką – czy to nie świadczy, że wisi nade mną jakieś fatum?

Podczas tego małego wypadku zbiegło się mnóstwo dzieciaków, przedrzeźniając nas i pokazując sobie nawzajem jak pięknie runęliśmy na glebę. Mimo początkowego zdenerwowania wzięliśmy to z humorem, postawiliśmy skuter, obejrzeliśmy szkody, których na szczęście nie było poza sporą ilością błota i ruszyliśmy dalej. Niestety negatywnym efektem tego zdarzenia był strach mojej drugiej połowy przed jazdą na skuterze, który zwiększył się jeszcze następnego dnia.

Sama plaża była pusta, nie było na niej żywego ducha kiedy przyjechaliśmy, dopiero po jakimś czasie zjawili się miejscowi, ale nie na plażowanie tylko na łowienie ryb. Plaża ma gruboziarnisty i luźny piasek. Podczas chodzenia zapadaliśmy się powyżej kostek. Wchodzenie do wody też nie należało do najprzyjemniejszych, ze względy na sporą ilość koralowca. Spędziliśmy tam niewiele ponad godzinkę i ruszyliśmy dalej. Tym razem newralgiczne miejsce przejechałem sam, żeby już nie narażać mojej partnerki.

Załącznik:
68.jpg
68.jpg [ 670.92 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
69.jpg
69.jpg [ 675.66 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
70.jpg
70.jpg [ 664.96 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Następnym wyborem było Mawun Beach położona w małej zatoczce ok 10-15 minut drogi od Are Guling Beach. Wjazd na plaże jest również płatny w wysokości 10 tys IDR. Plaża z przyjemniejszym piaskiem, fantastycznym kolorem wody i sporego rozmiaru falami. Na miejscu dostępne są małe knajpki i sklepiki. Co jakiś czas podchodzi do nas ktoś próbujący sprzedać ananasa lub inne przysmaki. Moim ulubieńcem był młody chłopak Ricky, który pomagał mamie w sklepie i chodził od ręcznika do ręcznika i proponował różne rzeczy. Nie był natarczywy i może właśnie dlatego zawsze od niego zamawiałem małego Bintanga (25tys IDR), a on co jakiś czas podchodził i pytał „one more?”. Uroczy dzieciak, jeśli ktoś z Was tam będzie, kupcie od niego.

Załącznik:
71.jpg
71.jpg [ 581.76 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Wieczorem organizujemy wyjazd na Gili Air. Obchodzimy kilka agencji i kupujemy transport (Bus + Public Boat) za 115 tys IDR od osoby. Po wszystkim zaglądamy do naszej ulubionej w tym miejscu knajpy Lombok Barrell na piwko, gin z tonic’em oraz grillowane krewetki na przekąskę. Wieczór umila długowłosy wokalista śpiewający na żywo kilka znanych rockowych przebojów co wspaniale podsumowało nasz dzień.

Ostatni dzień (jak nam się wtedy wydawało) to plan na zobaczenie dwóch kolejnych plaż Mawi Beach oraz Selong Belanak.

Jedzie się w tym samym kierunku co na Mawun Beach, ale sporo dalej. Moja zestresowana połowa przestraszyła się jeszcze bardziej, kiedy zobaczyła jak para turystów tuż przed nami zaliczyła ślizg na asfalcie. Zatrzymaliśmy się, zapytaliśmy się czy wszystko w porządku i czy potrzebują pomocy. Oboje mocno się pozdzierali. Byli lekko przestraszeni, ale dali znać, że jest wszystko ok i możemy jechać dalej. Niestety ten widok dokumentnie sparaliżował moja drugą połowę. Zapytałem czy chce jechać na te plaże ze mną, ale powiedziała, że nie, więc wysadziłem ja na Mawun Beach, a sam pojechałem dalej. Miałem wrócić po ok godzinie (wróciłem po ponad 3).

Droga na Mawi Beach początkowo jest bardzo fajna, asfaltowa. W pewnym momencie jest odbicie na Mawi i droga zmienia się w gruntową. Bardzo dziurawa i ciężko było się po niej poruszać, po jakimś czasie pojawił się szlaban. Opłata 10 tys IDR i mogłem jechać dalej. Nie spodziewałem się, że droga może być jeszcze gorsza… Jechałem przez pola, momentami pchając skuter bo nie dało się jechać, głębokie koleiny, dziury, wąskie ścieżki – jeden wielki koszmar. Od głównej drogi do plaży jest nie więcej jak 2-3 km, a jechałem w jedną stronę z 20-30 minut.

Sama plaża ma piasek zmieszany z resztkami koralowca, tak samo zejście do wody jest go pełne i trzeba uważać żeby się nie pokaleczyć. Za to widok był super, krystaliczna woda, wzgórza, mgiełka wodna nad horyzontem powstała z rozbijających się o brzeg fal. Pusto, nikogo na plaży, gdyby nie moja druga połowa czekająca w innym miejscu, z przyjemnością spędziłbym tam więcej czasu. Wiedziałem jednak, że muszę stamtąd uciekać jak najszybciej bo czas płynął nieubłaganie.

Załącznik:
72.jpg
72.jpg [ 689.18 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
73.jpg
73.jpg [ 638.2 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Powrót zajął mi trochę krócej i dojeżdżając do głównej drogi skierowałem się w lewą stronę w kierunku Selong Belanak. Droga zajęła mi kolejne 15-20 minut. Trzeba przejechać przez zielone wzgórza, wspiąć się na pewną wysokość żeby później zjechać już w kierunku plaży. Wjazd na Selong Belanak jest oczywiście płatny.

Załącznik:
76.jpg
76.jpg [ 942.14 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Cena po raz kolejny 10 tys IDR. Ugadałem się, ze wpadam tylko strzelić kilka fotek więc zapłaciłem 5 tys IDR. Plaża ma miękki piasek, jest długa, pełno na niej knajpek, leżaków i surferów. Jest mniej kameralna, ale jeśli ktoś bardzo chce może skręcić w prawo i po 200 metrach dotrze do miejsca gdzie już nikogo nie ma i może mieć plaże tylko dla siebie.

Załącznik:
74.jpg
74.jpg [ 458.55 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Załącznik:
75.jpg
75.jpg [ 488.29 KiB | Obejrzany 4072 razy ]


Strzeliłem kilka fotek, wpakowałem się na skuter i ruszyłem w drogę powrotną. Do Mawun dojechałem po ok 40 minutach po drodze zatrzymując się jeszcze na kilka zdjęć na wzgórzu. Na Mawun Beach spędzamy resztę dnia i wieczorem wracamy do naszego domku bo kolejnego dnia wcześnie rano ruszamy w stronę Gili Air na ukoronowanie naszego wyjazdu.

Kilka słów o Kuta Lombok – jest wiele skrajnych opinii o tej miejscowości, ale dla nas była fantastyczna. Tam czas płynie wolno, ludzie są bardzo wyluzowani, uśmiechnięci i otwarci. Była tam fantastyczna atmosfera i czuliśmy się tam bardzo swobodnie.

Jest tam sporo knajpek z różnymi cenami gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Kuchnia Indonezyjska nie do końca nam podeszła więc szukaliśmy innych smaków. Wieczorem idealne są ryby z grilla, różnej wielkości, róznego rodzaju do wyboru do koloru. Barakuda z grilla smakowała wybornie! Jeśli chodzi o knajpy to dla nas jedzeniowym numer 1 było El Bazar Cafe & Restaurant serwująca fantastyczne jedzenie i koktajle. Do pubu wieczorkiem wybieraliśmy się do Lombok Barrel, z muzyką na żywo i przystępnymi cenami.

Jednak żeby nie było za słodko to są tam oczywiście dwa mocne minusy, które pewnie dla wielu będą miały decydujący wpływ na ocenę tego miejsca.
Bardzo smutny jest widok dzieciaków, które handlują bransoletkami, niektóre zmęczone aż kładły się nam na stołach. Do późna chodziły od knajpy do knajpy próbując coś sprzedać. Niektóre bardzo małe. Jak się czasem do nas dosiadały żeby odpocząć to kupowaliśmy im po puszce coca coli bo nie chcieliśmy żadnych bransoletek, a było nam ich po prostu szkoda.

Drugi smutny widok to masa bezpańskich psów. Wychudzone, wygłodniałe, często ranne. Nikt się nimi nie przejmuje. Chodzą po ulicach, wchodzą do restauracji, biegają po plaży. Są momentami tak zdesperowane, ze kradną jedzenie z talerzy. Jak jedliśmy rybę, to wykorzystując moją nieuwagę jeden z nich chwycił ości z talerza i uciekł.

CDN
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 06 Cze 2017 09:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Dzień 15-17 – Lombok - Gili Air - Lombok

Kolejny dzień to wczesna pobudka, dopakowanie rzeczy, szybkie śniadanie i transport w kierunku Gili Air. O 7:45 podjeżdża po nas busik i ruszamy w kierunku północnego wybrzeża Lomboku. Przejeżdżamy obok lotniska, przez góry prosto do Bangsal, skąd publicznym promem mamy dostać się na Gili Air.

Na miejsce docieramy po niewiele ponad 2 godzinach. Tam ulokowani zostajemy w jednej z knajpek gdzie jeden z obsługujących turystów panów wypisał nam vouchery na bilety. Po ich wypisaniu, kazał nam czekać, aż da znać ze możemy ruszać w kierunku przystani. Przy okazji próbowano nam wcisnąć kurs z Gili na Bali za 450 tys IDR mówiąc, że nie znajdziemy taniej i że ceny na Gili zaczynają się od 600 tys IDR od osoby. Grzecznie dziękujemy za ofertę, mówiąc, że jeszcze nie wiemy gdzie pojedziemy dalej. Po chwili dostajemy sygnał, że możemy kierować się w stronę portu.

Piechotą zajmuje to kilka minut, początkowo nie wiemy, w którą stronę są kasy, ale jeden ze strażników wskazuje nam drogę gdzie mamy wymienić nasze vouchery na bilety. Pani w okienku informuje nas, że łódka jest już pełna i na następną musimy poczekać 30 minut. Rozkładamy rzeczy pod palmą i grzecznie czekamy.

I tu ujawnił się największy dramat tego wyjazdu – gdzie jest drugi z moich ulubionych japonków? – zapytała moja druga połowa. Przemilczę ilość wulgaryzmów, gestów, fochów i łez jakie się wylały po tej stracie. Jak kobieta gubi jakiś ulubiony ciuch nic nie jest w stanie jej udobruchać, a winny zawsze jest facet 

Łódka okazała się być gotowa nie w przeciągu 30 minut a 10, więc w ciszy, w żałobie po zgubionym japonku zapakowaliśmy się do środka i ruszyliśmy na naszą rajską wyspę. Po dopłynięciu do brzegu przeżywamy lekki szok bo liczba ludzi w porcie, hałas, muzyka lekko zaburzają nasze wyobrażenie o rajskości wyspy. Ruszamy na poszukiwanie naszego noclegu, który zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce w 7SEAS, ze względu na najkorzystniejsza relacje cena/położenie + śniadanie. Niestety moje gapiostwo sprawia, że idziemy w złym kierunku i dopiero po napotkaniu jakiegoś tubylca uświadamiamy sobie, ze poszliśmy w złą stronę. Po dotarciu na miejsce, na recepcji wpłacamy depozyt 100 tys IDR za klucze, dostajemy po szklance soku na powitanie i zostajemy poprowadzeni do naszego pokoju.

Sam pokój był ok, miał wszystko co potrzeba żeby spać. Natomiast oczekiwałem jakiegoś przyjemnego patio, czy tarasu, gdzie będzie można usiąść wieczorem z książką i się zrelaksować popijając drinkiem czy browarkiem. W zamian dostaliśmy klatkę 2x3 metry otoczoną z dwóch stron stosunkowo wysokim płotem, gdzie światło ledwo dochodziło. Wrażenie było lekko klaustrofobiczne.

Z plusów tej miejscówki można z całą pewnością wymienić:
- genialne duże śniadanie (kilka zestawów do wyboru) z fantastycznym widokiem
- darmowe leżaki
- fajny personel
- pokój ma ciepłą wodę i klimę (choć dla nas klima to nie zawsze atut)

Z basenu nie mieliśmy okazji skorzystać, ponieważ przez większą część czasu był okupowany przez adeptów nurkowania.

Taki oto widok był przy śniadaniu:

Załącznik:
81.jpg
81.jpg [ 726.33 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Załącznik:
82.jpg
82.jpg [ 602.01 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


W końcu miał być to jedynie nocleg, więc ruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. Po drodze mijaliśmy dziesiątki restauracji, knajpek i miejsc noclegowych. Niestety wszystkie plaże były zajęte przez leżaki należące do restauracji, albo plaż w ogóle nie było. Jedyny kawałek jaki nam się udało znaleźć znacznie odbiegał od mojego wyobrażenia raju – brudny i zaśmiecony. Dookoła mnóstwo ludzi nurkowało, pływało kajakami, a lokalne dzieciaki łowiły blisko brzegu ryby. Cały czas czułem jednak jakiś niedosyt. Lombok tak bardzo nas zauroczył, że wiedziałem już na tamtą chwilę, ze 6 nocy to będzie na tej wyspie za dużo.
Skontaktowałem się z Agoda, przez którą rezerwowałem nocleg jak możemy skrócić nasz pobyt. Przy okazji sprawdziłem dostępność Bombora Bungalows na Lomboku. Okazało się, ze maja wolny domek na 3 noce. Więc 3 noce na Gili Air i 3 na Lomboku brzmiało rozsądnie. Agoda zajęła się sprawą wręcz wzorowo. Poinformowano mnie, że hotel nie chce zwrócić pieniędzy za niewykorzystane dni, ale oni jako Agoda zwrócą mi koszt za niewykorzystane noce. Jeszcze tego samego dnia dostałem potwierdzenie wykonania zwrotu na konto i zarezerwowałem noclegi w Kuta Lombok. Wieczór spędzamy w jednej z wielu knajpek przy plaży sącząc piwko i delektując się szumem wody. Niestety ceny są dosyć wysokie, a nasz budżet lekko nadszarpnięty po wulkanach, ale nie mamy zbyt dużego wyboru, ponieważ siedzenie w naszej klatce kompletnie nie wchodzi w grę.

Załącznik:
77.jpg
77.jpg [ 875.29 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Załącznik:
78.jpg
78.jpg [ 666 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Załącznik:
79.jpg
79.jpg [ 635.19 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Załącznik:
80.jpg
80.jpg [ 641.77 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Kolejne dni spędzamy na plażowaniu więc nie będę się tu rozpisywał. Jedyne co nadmienię to:
Wypożyczyłem kajak na 3 godziny za 300 tys IDR – opłynąłem wyspę w 1h 40 min i byłem na tyle zmęczony walką z falami, że zdecydowałem się go oddać wcześniej. Po jakiejś półgodzinie zapaliło mi się światełko, że przecież wziąłem na 3h, a wykorzystałem trochę ponad połowę. Człowiek, który wynajmował mi sprzęt poinformował mnie, że mogę zabrać kajak i wykorzystać pozostały czas, bo on zwrotu już nie może dokonać. Zgodziłem się. Pomyślałem sobie, że popływam jeszcze po okolicy, już bez jakiegoś forsowanie tempa. Po kilku minutach jednak Pan do mnie przyszedł i powiedział, ze właściwie to on ma teraz przerwę i chciałby się zdrzemnąć i czy jednak nie wolę zwrotu kosztów. Z uśmiechem przystałem na propozycje. Zostało mi zwrócone 150 tys IDR po krótkich negocjacjach.

Kolejnego dnia wypożyczyłem maskę, fajkę i płetwy za 30 tys IDR na cały dzień (trzeba zwrócić do 18). Niestety trauma z dzieciństwa i mój lęk przed zanurzeniem był tak duży, że nie nacieszyłem się zbytnio podwodnymi widokami, choć to co udało się zaobserwować było niezwykle dla mnie interesujące jako dla laika w sprawach nurkowych. Może zainwestuje kiedyś we własną maskę i fajkę z blokadą żeby nie dostawała się woda od góry i będzie lepiej 
Wieczorem ostatniego dnia załatwiamy też powrót na Lombok. Transport (public boat + shuttle bus) za 170 tys IDR od osoby. Ponad 50 tys drożej niż ta sama trasa w drugą stronę. Pomimo prób negocjacji w kilku agencjach nie było innego wyjścia i dokonujemy zakupu.

Wieczór tradycyjnie spędzamy w jednej z knajpek przy plaży.

Załącznik:
83.jpg
83.jpg [ 728.19 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Załącznik:
84.jpg
84.jpg [ 495.53 KiB | Obejrzany 4007 razy ]


Moje ogólne wrażenia o Gili? Ja mimo wszystko byłem odrobinę rozczarowany - śmieci, ceny, hałas, brak plaż (jedyne rozsądne widziałem na zachodzie wyspy) czy duża ilość ludzi skupiona na małej powierzchni (chyba dotarło do nas, że wolimy więcej przestrzeni). Dla osób nurkujących czy snurkujących myślę, że to fantastyczne miejsce, ponieważ całe dnie można spędzać w wodzie i do tego w codziennie w innym zakątku wyspy. Dla nas Gili nie było wymarzonym rajem, a raczej odskocznią, czymś innym niż dotychczas i spędzone tam 3 dni wystarczyły nam w zupełności.

CDN
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 06 Cze 2017 10:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 771
Loty: 132
Kilometry: 244 660
niebieski
Dziś dokładnie mija 2 lata od naszego wyjazdu do Indonezji :) Fajnie jeszcze raz obejrzeć miejsca, w których samemu się stawiało stopy :)
Plaże na Lomboku piękne, muszę się tam wybrać kiedyś!

ps. nie ma za co ;)
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam
Góra
 Profil Relacje PM off
Ryglu lubi ten post.
 
      
#11 PostWysłany: 07 Cze 2017 10:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
Dzień 18-22 –Lombok (Kuta) – Bali (Kuta) – Jakarta - Dubaj

Powrót do Kuty Lombok odbywał się w taki sam sposób jak poprzednio. Poranny public boat do Bangsal, stamtąd shuttle bus do Kuty. Na przystani poznajemy parę Polaków z Krakowa, która kierowała się w stronę Labuan Bajo. Mam nadzieje, ze zajęło im to krócej niż zapowiadano. Wysiadając z łódki nie dajcie się nabrać na gości, którzy chcą abyście pokazali im bilety! Wezmą je od Was i zaprowadzą do bryczki konnej żeby Was zawieźć do miejsca zbiórki. Słono sobie za to liczą.

Jedyna różnica w podróży to droga, która kierowca obrał przez Senggigi. Tym razem usiedliśmy obok kierowcy i mogliśmy podziwiać malownicze widoki. Po mniej więcej połowie drogi nasz kierowca miał krótką przerwę na śniadanie. Korzystamy z tej okazji i robimy małe zakupy spożywcze w centrum handlowym. Do Kuty docieramy po ok 3h. Resztę dnia spędzamy na basenie z jedną jak się później okazało polskich „celebrytek”.

Kolejnego dnia po śniadaniu ponownie załatwiam skuter (60 tys IDR za dzień) i ruszamy na plażę Selong Belanak. Moja druga połowa zacisnęła zęby, z czego byłem niezwykle dumny. Tam wynajmujemy leżaki (2 leżaki + parasol – 50 tyś IDR za dzień) i relaksujemy się ciesząc się ostatnimi dniami w Indonezji. Poznajemy też rodzinę ze Szczecina, która mocno zachęca mnie do wzięcia lekcji surfingu i spróbowania wędzonej rybki. Na rybkę decyduje się od razu (cena 20 tys IDR) choć szału na mnie nie zrobiła. Na koniec dnia mamy piękny zachód słońca i możemy wracać do hotelu.

Załącznik:
85.jpg
85.jpg [ 549.92 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
86.jpg
86.jpg [ 494.06 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
87.jpg
87.jpg [ 553.7 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Ostatniego dnia jedziemy na tą samą plażę. Tym razem korzystam z rady poznanej wcześniej rodziny i decyduję się lekcje surfingu – 300 tys IDR za niemal 3 godziny z instruktorem w wodzie. Zabawa przednia, początkowo strasznie mi to idzie, ale po kilku próbach udaję mi się za każdym razem ustać na desce. Wieczorem jednak zachmurzenie jest spore i istnieje ryzyko deszczu, więc decydujemy się na wcześniejszy powrót do hotelu.

Załącznik:
90.jpg
90.jpg [ 474.12 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
88.jpg
88.jpg [ 525.21 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
89.jpg
89.jpg [ 424.15 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załatwiamy jeszcze przejazd do Kuty Bali na kolejny dzień. Za public boat z Lembar + transport do Kuty wychodziło ok 180 tys IDR od osoby wg cennika, a za speed boat z Senggigi 340 tys od osoby przy cenie wyjściowej 400 tys IDR. Próbowaliśmy bardziej, ale nie udało nam się już nic wynegocjować. Zależy nam na czasie, więc decydujemy się na speed boat.

Rano o 7:30 czekał nas transport do Senggigi, niestety obsługa naszego hotelu chyba mocno zaspała, bo nikogo rano nie zastaliśmy kto mógłby nam przygotować śniadanie. Wsiadamy do busa niemal jako ostatni i trafiają nam się miejsca na samym końcu – non stop na wybojach uderzałem głową w dach… 2h mało przyjemnej podróży dodatkowo „umilała” pewna Francuzka, która zapragnęła, aby w busie leciała lokalna muzyka. Lubię lokalny koloryt, ale nie aż tak Dodatkowo Panu w busie mocno przepalił się chyba wydech i brzmiał dosyć intensywnie, kiedy próbował podjechać pod górę. W połączeniu z lokalną muzyką tworzyło to iście wybuchowe połączenie.

Myśleliśmy, że odpłyniemy z samego Senggigi (konsternacja nie była tylko u mnie, ale też u poznanego Holendra), ale zostawiliśmy tą miejscowość daleko za nami i dopiero po kilkunastu kilometrach w bardzo bliskiej odległości od Bangsal docieramy na miejsce. Tam niestety czeka nas niemiła niespodzianka, ponieważ nasz speed boat będzie opóźniony o ponad godzinę.

Załącznik:
91.jpg
91.jpg [ 490.05 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
92.jpg
92.jpg [ 743.29 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Po ok 1,5h i kilku innych łodziach, które pozabierały już swoich pasażerów w końcu przybył nasz transport. Zapakowano nasze bagaże, a my rozsiedliśmy się w środku. Zanim jednak dotarliśmy do Padang Bai zabraliśmy ludzi z Gili Air i dopiero ruszyliśmy w stronę Bali. Speed boat, jak speed boat, przespać się nie da bo mocno uderzamy o fale, okna musiały być pozamykane bo lało się do środka, więc było bardzo duszno. Dodatkowo koło nas siedział Pan, który bardzo źle znosił tą podróż i siedział z plastikową torbą gotową do użycia.

W Padang Bai czekał już na nas shuttle bus. Jeszcze tylko drobne zakupy (cola i piwo) i możemy ruszać. Strategicznie zajmujemy miejsce koło kierowcy, żeby nikt nie wrzucił nas do tyłu i ruszamy. Oczywiście w Padang Bai będą Was naciągać, że Wasz shuttle bus będzie jechał 3h, bo co chwile się zatrzymuje i lepiej wziąć taxi i jechać z nimi. Oczywiście to tylko naciąganie. Nam podróż zajęła nieco ponad godzinę, bo nasz kierowca to istny szaleniec. Trzymał się na zderzaku auta przed nami w odległości kilkudziesięciu centymetrów, wyprzedzał z prawej, lewej – jednym słowem wariat. Ale za to szybko dowiózł nas na miejsce.

Nocowaliśmy w Holiday Inn Express Kuta Square za punkty IHG. Z racji tego, że ich ważność upływała, a mieliśmy ochotę na sprawdzony nocleg przed długim powrotem do kraju zdecydowaliśmy się na ten wybór. Druga sprawa, że był blisko plaży, w samym centrum więc nie musieliśmy się nigdzie przemieszczać.

Załącznik:
93.jpg
93.jpg [ 781.48 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
94.jpg
94.jpg [ 839.59 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Jeśli chodzi o hotel to ja byłem bardzo zadowolony z samego pokoju czy obsługi. Z czystym sumieniem mogę polecić na nocleg. Na samej górze dostępny basen dla chcących się ochłodzić. Śniadania nie urywają 4 liter, ale spokojnie da się najeść. Dodatkowo obsługa bardzo zainteresowana naszą opinią o jedzeniu, pokoju czy obsłudze, dlatego chętnie dzielimy się swoimi spostrzeżeniami.

Cóż można powiedzieć o Kuta Bali? Byliśmy, zobaczyliśmy i jeśli nie będziemy musieli to nie wrócimy. Drogo, hałaśliwie, pełno sklepów i sklepików, do których sprzedawcy jakby mogli to by wciągali siłą. Czułem się gorzej niż na Kairskim Bazarze, a nie sądziłem, że może być gorzej.

Następnego dnia rano po śniadaniu idziemy na małe zakupy – musiałem kupić buty bo poprzednie byłem zmuszony wyrzucić po wulkanach i jakieś chusty dla mamy, która uwielbia takie prezenty z moich podróży. Po powrocie z zakupów, bierzemy zostawione w hotelu wcześniej plecaki, łapiemy BlueBird taxi i ruszamy na lotnisko. Cena z licznika to 65 tys IDR.

Wchodzimy na lotnisko, odprawiamy się w maszynie Air Asia i dostajemy nasze Boarding Passy. Jedyne zmartwienie na ta chwile miałem odnośnie opóźnienia. Zaplanowałem sobie bufor miedzy lądowaniem Air Asia, a wylotem do Dubaju 5h co powinno spokojnie wystarczyć na zmianę terminala nawet przy dużych korkach. Ale w przypadku dużego opóźnienia mogło nam się to wszystko skomplikować. Na szczęście Air Asia wylądowała jedynie z 40 minutowym opóźnieniem, więc byłem spokojny już o dalszą część podróży.

Załącznik:
95.jpg
95.jpg [ 507.57 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Załącznik:
96.jpg
96.jpg [ 273.15 KiB | Obejrzany 3899 razy ]


Z Terminala 3 w Jakarcie łapiemy Shuttle Bus, który mocno nabity ludźmi ruszył w kierunku Terminala 2. Sama podróż trwała ok 20-30 minut. Najpierw zatrzymuje się na Terminalu 1, a później na Terminalu 2. Na lotnisku wydajemy ostatnie IDR na posiłek i dwa dodatkowe magnesy i pakujemy się do samolotu w drodze do Dubaju.

Lot przebiega spokojnie z czego większość udało mi się przespać bo miejsce obok nas było puste. W Dubaju lądujemy sporo przed czasem. Czas spędzamy na chodzeniu po sklepach, zakupach tytoniu do fajki wodnej, bo nasz domowy zapas uległ skurczeniu oraz drzemce po upolowaniu miejsc do usadzenia 4 liter.

Dzień 23-24 – Budapeszt - Warszawa

Do Budapesztu wylatujemy z prawie godzinnym opóźnieniem. Tam mamy zaplanowany nocleg w City Rooms Apartments – za 135 zł za dobę, aby następnego dnia wylecieć WizzAirem do Polski. Nocleg jest bardzo w porządku, w samym centrum. Pokój był ze wspólną łazienką.

O Budapeszcie nie będę się rozpisywał, bo jest tu sporo informacji o tym jak wydostać się z lotniska i dojechać do Centrum itd. Nie udało nam się za bardzo zwiedzić Budapesztu, bo mocno padało, a my nie byliśmy na taką pogodę zbytnio przygotowani. Dodatkowo zmęczenie podróżą dawało się nam we znaki, dlatego Budapeszt zostawiamy na następny raz (udało się trochę dzięki zlotowi F4F).

Następnego dnia udajemy się na lotnisko. Przepakowujemy nasze bagaże, żeby ich rozmiar tak bardzo nie rzucał się w oczy. Niestety nie uchroniło to nas od jego kontroli. Pan z obsługi zwrócił uwagę na nasze odrobinę za duże plecaki i kazał włożyć do miernika. O ile bagaż 40 litrowy udało się upchnąć w koszyk bez większych problemów, to z moim już tak łatwo nie było. Gdy Pan sprawdzał innych, przerzuciliśmy część rzeczy do sprawdzonego już bagażu mojej drugiej połowy, upychając co się dało. Z małym oporem upchnąłem plecak do koszyka i Pan dał zielone światło, ze można iść dalej (choć wyjęcie go też sprawiło nie lada problem). Ci podróżujący z walizkami już tak łatwo nie mieli i skończyło się w ich przypadku na słonej zapłacie za bagaż. Samolot wystartował z godzinnym opóźnieniem ze względu na problem z przegrzanymi hamulcami i po godzinie lotu spokojnie wylądowaliśmy w Warszawie, skąd po odebraniu nas spod terminala wracamy do domu.

Zakończenie

Indonezja to fantastyczny zakątek świata, natura, historia i kultura przenikają się wzajemnie i są w stanie zachwycić nawet najbardziej wybrednego podróżnika. Myślę, że to nie był ostatni raz w tym kraju. Chcielibyśmy wspiąć się na Rinjani, a później polecieć dalej na wschód, ale jeszcze nie teraz.

Każda podróż to bogactwo wrażeń – pozytywnych jak i negatywnych, a nam już mało i pragniemy zdobyć kolejne. Gdzie tym razem? Tym razem będzie to Tajlandia, do której mnie osobiście od wielu lat ciągnie głównie ze względu na jedzenie, ale że nie samym jedzeniem człowiek żyje, to jeszcze trochę mam nadzieję pozwiedzamy mimo monsunu i poplażujemy, aby naładować baterie przed ślubem.

Jeśli dotrwaliście to bardzo Wam dziękuje za uwagę. Relacja była napisana już w zeszłym roku, ale nie miałem odwagi zamieścić jej wcześniej. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem i chociaż przez chwile byliście tam z nami. A teraz odpalajcie wyszukiwarki, szperajcie po stronach i szukajcie lotów do Indonezji! Naprawdę WARTO!
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
mmaratonczyk uważa post za pomocny.
 
      
#12 PostWysłany: 03 Lip 2017 08:37 

Rejestracja: 30 Cze 2017
Posty: 6
Hej,
mam pytanie odnośnie Kuta Lombok. Zarezerwowałem tam metę na tydzień. Plan pierwotny był taki żeby pożyczyć skuter i zobaczyć plaże obok (ponoć najładniejsze). z tego co wyczytałem w necie część osób mówiła że lokalsi często kradną skutery i później jesteś obciążany kosztami. druga obiekcja to nachalni lokalsi którzy nie odpuszczają Cie na krok i chca coś sprzedać. Jaka jest Twoja opinia? czułeś się tam bezpiecznie? to ma być nasza podróż poślubna więc chciałbym odpocząć a nie denerwować się :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#13 PostWysłany: 03 Lip 2017 09:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 124
Loty: 137
Kilometry: 230 932
niebieski
@lukigsx -

1. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo to, tak czuliśmy się jak najbardziej bezpiecznie - zarówno w samej Kucie, jak i podróżując po okolicznych plażach.

2. Co do wynajmu skuterów, to nie jestem ekspertem. My wynajęliśmy skuter w naszym hotelu i według mnie to jest najlepsza i najbezpieczniejsza opcja. Historie o kradzieżach pojawiają się w całej Azji Płd-Wsch, więc Lombok nie jest tu jakimś wyjątkiem.

3. Co do nachalności to bardziej osaczony czułem się w Kucie na Bali niż na Lomboku. Pytanie jednak brzmi czym jest dla Ciebie nachalność? Na Lomboku, zwykłe "nie, dziękuje" wystarcza, a sprzedawców jest mniej niż we wspomnianej Kucie-Bali. Niestety problem pojawia się przy dzieciakach sprzedających bransoletki. Tutaj może to być odrobinę bardziej męczące. Nam to jednak bardzo nie doskwierało, ponieważ i tak większość dnia byliśmy poza miasteczkiem.

Plaże jednak są fantastyczne i na pewno znajdziecie takie gdzie nie będzie ludzi i nikt nie będzie Wam zakłócał odpoczynku podczas podróży poślubnej, takie gdzie będzie rozbudowana infrastruktura albo takie pomiędzy. Te, które udało nam się zobaczyć masz w relacji.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 13 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group