Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 24 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 03 Mar 2018 22:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
„Dobrą stroną wyjazdu do Albanii jest fakt, że zweryfikował on moje oczekiwania względem przyszłych destynacji. Zrozumiałam, że od wyjazdów wakacyjnych, na które czekam cały rok oczekuję efektu WOW. Szukam w nich czegoś, co byłoby dla mnie ODKRYWCZE. Czegoś, czego dotąd nie poznałam/nie widziałam – np. krajobrazowo lub z czym nie miałam styczności – np. kulturowo/religijnie. Ta, z perspektywy Europejczyka, „NIENORMALNOŚĆ” jest dla mnie najbardziej fascynująca/pociągająca. (…)”.

Rok temu podczas wyjazdu do Albanii zdumiewająco szybko weryfikowałam swoje podróżnicze upodobania. Z ekscytacją godną odkrywcy zrozumiałam, że Inność to słowo klucz i pierwiastek dla mnie niezbędny do podróżniczego spełnienia. Tęskniłam za różnorodnością i egzotyką. I w pogoń za nimi obiecałam sobie ruszyć w 2017. A ponieważ byłam tak nienasycona i głodna przeżyć, których mi w Albanii zabrakło, niemal zaraz po powrocie zaczęliśmy z @Maxi1982 obmyślać kolejny kierunek.
Odgrzebałam swoją Bucket List – Places to Visit, Things to Do i mam wrażenie, że wszystko co się wydarzyło po jej otwarciu zadziało się tak szybko, że niemal poza moją świadomością. :O Punkty, miejsca, pomysły zaczęły się łączyć w całość tworząc wstępną trasę i plan wyjazdu. Dotarło do mnie, że przy dobrej organizacji jestem w stanie zrealizować kilka Must See i Must Do podczas jednego wyjazdu. Nieoczekiwana kumulacja cieszyła, a po rozczarowaniach ubiegłego lata miałam tyle energii i tyle chęci do „nadrobienia” przeżyć, że niemal od razu zabrałam się do pracy.

Oprócz odkrywania azjatyckich standardów: odmienności kulturowej, buddyjskich świątyń, malowniczych plaż, tropikalnych lasów i jednej z najwspanialszych kuchni świata (standardów, które już same w sobie były dla nas ekscytującą niewiadomą, wszak nie mieliśmy jeszcze przyjemności zasmakować w Azji ;) ), mieliśmy w planach poszerzenie typowego wachlarza atrakcji o kilka ciekawych punktów:

- Angkor i wioski pływające (tak wiem, to nie w Tajlandii :P)
- Elephant Nature Park
- Festiwal Światła Loy Krathong i Yee Peng w Chiang Mai
- plemię Karen
- Park Narodowy Khao Sok z noclegiem w domkach dryfujących na jeziorze Cheow Lake
- Bangkok, trochę inaczej, czyli Ladyboy Show (nie mylić z ping-pong show :P)
- snorkling i pływanie w bioluminescencyjnym planktonie

Oczywiście – od wstępnej idei do przemyślanej strategii zwiedzania obczyzny czekała mnie dłuuuuga droga.
W trakcie jej tworzenia worek pomysłów kilkakrotnie rozwiązywał się na tyle frywolnie, że nieubłaganie przyszedł i czas na selekcje.

Ponieważ dwutygodniowe wyjazdy średnio relacjonuję 3 miesiące, bo mam milion spraw do opisania i milion myśli do przekazania, to tym razem z racji prawie miesięcznego wyjazdu obawiam się, że może się z tego zrobić „never-ending story”. Apeluję zatem o czujność – czasem warto mi przypomnieć, że mniej znaczy więcej ;-)

Bilety kupiliśmy w styczniu w cenie ok 1750 złotych. Wylot 26 października, powrót 18 listopada.

Plan przewidywał bolesne starcie z jetlagiem, więc zakładał trzydniowy pobyt w Bangkoku, pozwalający na zregenerowanie sił po podróży, oswojenie się z klimatem, zmianą czasu i ogólnie pojętym azjatyckim chaosem. Następnie zaczynając od północy kraju stopniowo mieliśmy przemieszczać się w kierunku południowym. Na północy chcieliśmy uczestniczyć w kilkudniowym Festiwalu Światła, wzbogacając ranki i popołudnia o dodatkowe atrakcje. W ten sposób jednocześnie mieliśmy przeczekać porę deszczową na południu kraju, która według wszystkich źródeł teoretycznie powinna się kończyć końcem października. Poza tym, intensywność pierwszego etapu podróży zachęcała do regeneracji na rajskich plażach w drugiej jej części. Wisienką na torcie miały być 3 dni w Kambodży – Angkor Wat i wioski pływające w drodze powrotnej do Polski.

Po około 3 miesiącach miałam już ostateczny plan wyjazdu, wstępne rezerwacje i omówione mailowo atrakcje.
Kubeł zimnej wody studzący entuzjazm przyszedł w czerwcu…. - rząd tajski, po trwającej niemal rok żałobie, ogłosił daty uroczystości pogrzebowych króla Tajlandii, Bhumibola Adulyadej.
Ceremonia pogrzebowa miała odbyć się w dniach 25 – 30 października, od środy do niedzieli. W tym czasie główne atrakcje w Bangkoku miały być niedostępne dla turystów, a transport miejski bardzo utrudniony. Dzień kremacji, 26 października, ogłoszony został oficjalnie świętem narodowym, a co za tym idzie - dniem wolnym od pracy. I teraz werble…. kiedy Maksy lądują w Bangkoku? tadaaaam: 26 października, w czwartek :D (Co za szczęście ;-) - Może powinniśmy zacząć grać w totolotka?) )

Konieczna zatem była częściowa przebudowa planu. Na 3 dni w hotelu z marną możliwością zobaczenia czegokolwiek nie mogliśmy sobie pozwolić. Postanowiliśmy nazajutrz po wylądowaniu w Tajlandii od razu lecieć do Kambodży, a do Bangkoku wrócić dopiero wtedy, kiedy wszystko się nieco uspokoi. Ponieważ pierwsza noc w stolicy była nieunikniona. Odchudziłam jedynie rezerwacje z trzech noclegów do jednego i pozostało nam czekać na dzień wylotu…… ;-)
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 10 Mar 2018 19:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
26 października wylądowialiśmy szczęśliwie w Bangkoku. :)
Załącznik:
DSC00094-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00095-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00097-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00099-Resizer-800.jpg

Mieliśmy świadomość, że będziemy świadkami bardzo rzadkiego i wzniosłego wydarzenia, ale nie mieliśmy pojęcia, jak to będzie wyglądało „od kuchni”. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że dotarcie do hotelu będzie nie lada wyzwaniem... :D

Główne uroczystości odbywały się na Placu Sanam Luang, naprzeciwko Wielkiego Pałacu. O randze wydarzenia może świadczyć fakt, że w procesji i ceremonii kremacji miało brać udział około ćwierć miliona żałobników, na czele z królem Ramą Dziesiątym, czyli synem zmarłego monarchy. Zaproszonych zostało kilkadziesiąt głów państw, szefów państw i rządów. Królewskiej dzielnicy pilnowały tysiące policjantów i ochotników. Centrum było zamknięte dla ruchu, włączając w to miejsce naszego pierwszego noclegu.

Z lotniska Uberem mogliśmy dojechać najdalej do strefy zamkniętej. Przy pierwszych barierkach zostaliśmy przejęci przez służby mundurowe, które to z kolei przekazały nas pierwszemu panu tuktukarzowi. Zadaniem kierowcy miało być przeszmuglowanie nas bocznymi uliczkami do hotelu.
Załącznik:
DSC00109-Resizer-800.jpg

Podróż nie trwała jednak długo, bo jedynie do drugiej linii barierek. Kolejny policjant, z kolejną tajemniczą koncepcją na sposób przetransportowania nas do miejsca docelowego zapakował nas do kolejnego tuk tuka i wciskając kolejnemu kierowcy zwitek pieniędzy przekazał mu tajemniczy plan działania. Z uśmiechem nas pożegnał i chwilę później mknęliśmy pustymi ulicami Bangkoku w kolejnym, nieznanym kierunku.
Załącznik:
DSC00121-Resizer-800.jpg

Jazda trwała aż… dotarliśmy do kolejnych barierek…… ;-) Historia powtarzała się bez końca trwając prawie 3 godziny. :D
Załącznik:
DSC00113-Resizer-800.jpg


W trakcie różnych podróży trafialiśmy w miejsca, których funkcjonowanie na pierwszy rzut oka było zupełnie pozbawione sensu. Po pierwszym szoku oswajaliśmy jednak chaos i z zaskoczeniem odnajdowaliśmy w nich pewną logikę. W Bangkoku po raz pierwszy staliśmy się częścią misternie przygotowanego planu, wydarzenia na wielką skalę, do którego przygotowywano się rok, przeznaczając na to blisko 90 mln dolarów… a jednak nie sposób było nie widzieć w oczach służb mundurowych zakłopotania i dezorientacji, kiedy pojawialiśmy się na horyzoncie. :) I choć wszyscy byli wyjątkowo mili i szczerze zatroskani tym, że nie możemy dostać się do hotelu, to naprawdę nie wiedzieli co z nami począć. Niby wszystko było dopięte na ostatni guzik, niby sprawiało wrażenie bardzo dobrze przemyślanej i zorganizowanej uroczystości, ale nikt w scenariuszu nie przewidział dwóch zagubionych turystów próbujących dostać się do hotelu.

Byliśmy już delikatnie zrezygnowani, kiedy w końcu pojawiło się światełko w tunelu. Zainteresowała się nami bardzo sympatyczna, młoda para Tajów i zdejmując problem z barków kolejnego policjanta, zaoferowała pomoc. Odpuściliśmy próby dotarcia do hotelu. Ostatecznie przekonało nas również to, że dotarcie do niego oznaczałoby tylko połowiczny sukces. Rano miał nas czekać dalszy ciąg batalii polegającej na przedzieraniu się przez labirynt ulic i odbijanie się od kolejnych barierek w drodze na lotnisko. Hazard z losem to specjalność @chaleanthite, my bardziej odnajdujemy się w systemie ciućmok-gwiazdkowym @pestycyda. Mając te predyspozycje na uwadze, postanowiliśmy nadto nie ryzykować ;). Dzięki poznanym Tajom bezkosztowo załatwiliśmy anulację hotelu i zorganizowaliśmy zastępczy nocleg w zupełnie nieturystycznej i odległej od centrum części miasta.
Jeszcze tylko kolejny policjant, kolejny tuk tuk i…. po blisko 40 godzinach podróży byliśmy na miejscu. :D
Załącznik:
DSC00118-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00132-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00133-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00127-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00134-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00137-Resizer-800.jpg

Zdjęć z centrum miasta mamy zaledwie garstkę, większość nieostra, pstrykana z biodra w trakcie marszu albo jazdy tuk tukiem. Niezręcznie było nam robić to w bardziej oficjalny sposób, wiedząc w jak trudnym dla Tajów momencie przylecieliśmy do Bangkoku i jak ważne i wyjątkowe jest to dla nich przeżycie. Król Bhumibol w Tajlandii miał niemal status boga. Dla obywateli był wszechmogący, wszechwiedzący i doskonały. Był najdłużej panującym monarchą na świecie. Władzę sprawował aż 70 lat, ciesząc się wielkim zaufaniem i popularnością wśród swoich poddanych. Kult jednostki był i nadal jest bardzo widoczny - portrety króla w złotych ramach są wszechobecne: wiszą na skrzyżowaniach ulic, w urzędach, szkołach i w domach obywateli.
Załącznik:
DSC00100-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00102-Resizer-800.jpg

Uroczystość transmitowano na żywo na telebimach w mieście i wszystkich programach w telewizji.
Załącznik:
DSC00107-Resizer-800.jpg

Można byłoby powiedzieć, że tego dnia Bangkok przebrał się na czarno. Tłumy Tajów poruszały się w milczeniu wzdłuż ulicy prowadzącej na Plac Sanam Luang, po drodze przechodząc przez dziesiątki bramek z detektorami metalu. Nie było histerii, ani lamentów, ale zaduma, powaga i cisza. Cisza w centrum Bangkoku ?! :O …
Załącznik:
DSC00101-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00116-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00117-Resizer-800.jpg

Główne ulice w bardzo niecodziennym, pustym wydaniu.
Załącznik:
DSC00105-Resizer-800.jpg


Zamieszanie w centrum miasta sprawiło, że do hotelu dotarliśmy na ogromnym głodzie. Odświeżyliśmy się błyskawicznie i chwilę później burczące brzuchy nawigowały nas po pobliskich ulicach. Zatrzymaliśmy się w pewnej tajemniczej, bardzo nieturystycznej jadłodajni pod chmurką. W menu: bliżej nieokreślone mięso w workach oraz trudne do zidentyfikowania składniki. Całość przyrządzana w typowych, azjatyckich warunkach. No i kucharz ni w ząb nierozumiejący angielskiego ;-). Miałam w planach stopniowe przyzwyczajanie żołądka do tajskich realiów, ale zanim zdążyłam poinformować Maksa o swoich obawach, ten już, entuzjastycznie machając rękami, zamawiał. :D
Załącznik:
DSC00129-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00130-Resizer-800.jpg

Zupa, w cenie 40 THB za sporą miskę - jedna z najlepszych jakie jedliśmy przez cały pobyt w Tajlandii.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 10 Mar 2018 21:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
27.10 – przelot do Kambodży

Rewolucji żołądkowych na szczęście uniknęliśmy, w związku z tym raniusieńko przed wylotem pobiegliśmy na jeszcze jedną, pyszną miskę zupy.
Załącznik:
DSC00142-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00144-Resizer-800.jpg

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam mnicha. :D Tajlandia to kraj zamieszkany w 95% przez wyznawców Buddyzmu, więc widok mężczyzny ubranego w pomarańczowe szaty, z ogoloną głową nie powinien mnie dziwić. Jest to nieodłączny element tajskiej codzienności. Wspominałam już jednak, że była to nasza pierwsza azjatycka przygody, więc z dużą ciekawością przyglądałam się wizycie mnicha u lokalnych sklepikarzy. W Tajlandii najczęściej małe biznesy typu sklepiki, czy knajpki prowadzone są rodzinnie.
Załącznik:
DSC00139-Resizer-800.jpg

Mnich przechodząc spokojnie uliczką, co pewien czas przystawał. Wtedy, w okół niego błyskawicznie zbierało się kilka osób, z którymi jak przypuszczam, się modlił. Nie wiem na czym dokładnie polegała ta poranna wizyta, ale wyglądało to ciekawie. Ogólnie mnisi robili na mnie bardzo duże wrażenie. Biła od nich jakaś taka mądrość, emanowała dobra, uspokajająca energia. Bardzo lubiłam ich obserwować. :)

Lot do Kambodży minął nam szybko i bezproblemowo.
W samolocie otrzymaliśmy dwa dokumenty do wypełnienia – Application Form – Visa on Arrival oraz Passenger’s Declaration.
Załącznik:
DSC00145-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00149-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00151-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00153-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00154-Resizer-800.jpg

W hali przylotów przeszliśmy komiczny proces wizowy, w który zaangażowanych jest kilkunastu pracowników siedzących za dłuuugą ladą. :shock: Najpierw przekazujemy urzędnikowi siedzącemu na początku lady wypełnione dokumenty, zdjęcie paszportowe oraz gotówkę (koszt wizy turystycznej to 30 USD na 30dni). Następnie „w pogoni za” stopniowo wypełnianym paszportem przesuwamy się na jej drugi koniec. Wygląda to absurdalnie. Zadanie drugiego urzędnika polega chyba wyłącznie na otworzeniu paszportu na odpowiedniej stronie i przekazaniu go kolejnej osobie, która na przykład wbija wizę. Potem, w trosce o swoje zdrowie (wszak nie można się przepracowywać), osoba ta przekazuje paszport dalej, po to żeby kolejny urzędnik np. wpisał ręcznie datę, i…. przekazał go do kolejnej osoby, która wpisze np. brakujące imię i nazwisko….. Brzmi nieprawdopodobnie, ale poważnie, trudno jest mi wymyślić, za co mogłoby być zaangażowanych i odpowiedzialnych około trzynastu osób w kontekście wbijania wizy.
Na końcu, paszport, wraz z dziesiątkami innych, trafia na niechlujną kupkę i zaczyna się przedziwny proces identyfikacyjny polegający na ponownym otwieraniu paszportów na stronie ze zdjęciem i żmudnym wyłaniania z tłumu czekających turystów poszczególnych właścicieli. Groteska. :lol: No i to nie koniec. Czeka nas jeszcze jeden, mało sympatyczny urzędnik, który przeprowadza kontrolę paszportową, robi nam pamiątkowe zdjęcie kamerką i pobiera odciski palców. ;) Zeeeen.

Przed budynkiem zaatakowała nas chmara kierowców. W gąszczu tabliczek, którymi machali przed oczami, staraliśmy się odnaleźć nazwę naszego hotelu. Jednak mimo airport shuttle w cenie i naszych usilnych starań, takowej nie znaleźliśmy. Welcome to Cambodia – popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo i karnie ustawiliśmy się do okienka, w którym zamówiliśmy transport (rikszę za 8 USD) do hotelu. :D

Krajobraz Kambodży zaraz po opuszczeniu terenu lotniska to w przeważającej części drogi pokryte pyłem i piaskiem, który podczas jazdy rikszą atakuje oczy i dosłownie dusi. Masa wałęsających się bezpańskich psów. Bieda. I mnóstwo śmieci przy drogach.
Załącznik:
DSC00157-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00160-Resizer-800.jpg

Na szczęście "nie taki diabeł straszny, jak go malują". :) Siem Reap wspominamy wyjątkowo miło.

Pan riksiarz dowiózł nas bezpiecznie do hotelu. A ponieważ w planach mieliśmy Angkor, to od razu umówiliśmy się z nim na dowózkę i zwiedzanie kompleksu w dniu kolejnym.
Załącznik:
DSC00161-Resizer-800.jpg


Byliśmy bardzo ciekawi miasta, dlatego prawie niezwłocznie przeszliśmy do weryfikacji naszych pierwszych wrażeń z rzeczywistością. ;)
Siem Reap to miasto, do którego rok rocznie spływa grubo ponad milion turystów. Jest w zasadzie bazą wypadową dla wszystkich odwiedzających Angkor. Nie ma się więc co dziwić, że jest stworzone dla potrzeb turystów i niemal zupełnie im podporządkowane.

Mimo, że pewnie na próżno tu szukać prawdziwej Kambodży, to odbieraliśmy je jako bardzo autentyczne i przyjazne. Centrum miasta tworzy plątanina wąskich uliczek pełnych straganów z bibelotami, pubów i restauracji. Przez 4 dni wielokrotnie dreptaliśmy tymi samymi ścieżkami, miedzy tymi samymi sklepikami, a mimo wszystko codziennie nasz wzrok przykuwało coś innego.
Załącznik:
DSC00164-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00167-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00170-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00166-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00169-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00174-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00175-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00181-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00209-Resizer-800.jpg

Może nie bez znaczenia był również fakt, że w Siem Reap byliśmy przed sezonem, bo zupełnie nie czuliśmy turystycznego tłoku. Wbrew pozorom często w naszej knajpce siedzieliśmy zupełnie sami, a w uliczkach nie obijaliśmy się o tłumy obcokrajowców.
Załącznik:
DSC00179-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00198-Resizer-800.jpg

Już pierwszego dnia doświadczyliśmy kambodżańskiego oberwania chmury. :o Wtedy jeszcze byliśmy zaskoczeni gwałtownością ulewy i niewzruszeniem lokalsów. :P Żadnej bieganiny. Riksiarze właściwie nie zatrzymując pojazdów zakładają kolorowe płaszczyki przeciwdeszczowe, a sklepikarze niewzruszeni rozwijają markizy. :lol:
Załącznik:
DSC00186-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00188-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00189-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00192-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00195-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00197-Resizer-800.jpg

Polubiliśmy te nieśpieszne spacery, wąskie uliczki i ich nienadęty klimat. Obserwowaliśmy ludzi, smakowaliśmy ciekawe potrawy, chłonęliśmy zapachy i dźwięki. I mimo tego, że Siem Reap nie ma do zaoferowania typowych atrakcji do zwiedzenia, nie nudziło nas to miejsce. Mieliśmy ochotę tam wracać i po prostu pobyć.
Załącznik:
DSC00218-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00213-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00215-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00221-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00225-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00229-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00235-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00240-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00249-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00251-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00253-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00256-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00261-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00247-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00248-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00266-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00269-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00271-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00274-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00282-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00290-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00286-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00267-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00267-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00712-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00716-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00719-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00721-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00294-Resizer-800.jpg

Z czym jeszcze będzie mi się kojarzyć Siem Reap? A no z melodyjnie powtarzanym przez sprzedawców „one dollaaaaar”. W Kambodży obowiązują dwie waluty – amerykański dolar oraz kambodżański riel (KHR). Waluty teoretycznie są całkowicie zamienne i można nimi płacić dowolnie. W praktyce jednak ceny w zasadzie wszędzie podawane są w dolarach, a ewentualna reszta wydawana jest w w rielach.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko


Ostatnio edytowany przez Maxima0909, 25 Mar 2018 18:08, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 17 Mar 2018 22:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
28.10 – Imperium Angkoru, Kambodża

Angkoru (w wolnym tłumaczeniu "święte miasto") nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - to największy na świecie kompleks świątyń wzniesiony na ogromnej przestrzeni. Imperium Państwa Khmerskiego było zamieszkiwane przez królów od IX do XV wieku. Było największą metropolią ówczesnego świata. Szacuje się, że w czasach swojej świetności liczył blisko milion mieszkańców. Po okresie gwałtownego rozkwitu, przyszedł gwałtowny upadek. W XV wieku, w wyniku podboju przez Syjam (obecnie Tajlandię), Angkor został całkowicie zdewastowany i rozgrabiony. Król wraz z ocalałymi wycofał się na wschód i w Phnom Penh założył nową stolicę państwa, a opustoszały Angkor został pochłonięty przez dżunglę, zamieszkany przez dzikie zwierzęta i zapomniany na lata.

Dopiero w 1861 roku francuski podróżnik Henri Mouhot wywołał sensację i zadziwił świat swoim nieprawdopodobnym odkryciem.
„Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, w tej wspaniałej tropikalnej scenerii. Nawet gdybym wiedział, że tu umrę, za nic nie zamieniłbym tej egzystencji na przyjemności i wygody cywilizowanego świata”, pisał. I choć w rzeczywistości nie był pierwszym, który natknął się na tajemnicze, ukryte w dżungli ruiny świątyń, to właśnie on prawdziwie rozsławił zapomniane miasto i tchną w nie nowe życie.

Mimo blisko dwóch wieków od tamtego wydarzenia, zainteresowanie Angkorem nie maleje. Fala turystów z całego świata rok rocznie zalewa Angkor, i choć przyjemniej zwiedzałoby się w nieco mniejszym tłumie, to sam fakt mnie wcale nie dziwi. Angkor nieprzerwanie zachwyca i onieśmiela.

Zwiedzanie chcieliśmy rozpocząć niestandardowo, świadomie odpuszczając wschód słońca. Z pewnością jest piękny, ale zjeżdża się na niego ¾ turystów z Siem Reap. Żeby zająć dobre miejsce przy stawie trzeba ponoć wyjechać koło 4 nad ranem z miasta. :shock: Za stara na to jestem. ;) Postanowiliśmy minąć się z porannymi ptaszkami w bramie Angkoru. Kiedy oni, po obejrzeniu wschodu słońca udadzą się na śniadanie, my w nieco bardziej kameralnym gronie zaczniemy zwiedzanie.
Załącznik:
DSC00304-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00309-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00311-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00312-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6164p-Resizer-800.jpg

Kupiliśmy bilety jednodniowe ograniczając niestety zwiedzanie kompleksu do 3 głównych i najbardziej popularnych świątyń – Angkor Wat, Bayon oraz Ta Prohm. Na więcej nie wystarczyłoby nam czasu. Po opłaceniu 37 USD otrzymaliśmy gustowne bilety z naszą podobizną :lol: .
Załącznik:
DSC00317-Resizer-800.jpg


ANGKOR WAT - narodowy symbol Kambodży i duma Khmerów

Angkor Wat jest największą budowlą sakralną na świecie. Zajmuje powierzchnię 20 hektarów (czyli pięciokrotnie większą niż Watykan) i otoczony jest dwustumetrowej szerokości fosą. Świątynia zbudowana została w połowie XII wieku na polecenie króla Surjavarmana II i poświęcona hinduskiemu bogowi Wisznu, z którym identyfikował się władca. Wznoszona była blisko 35 lat, przez ponad 5 tysięcy rzemieślników i 100 tysięcy robotników. W czasach panowania króla Dżajawarmana VII została chwilowo przekształcona na świątynię buddyjską. Po jego śmierci budowli przywrócić na nowo hinduistyczny charakter.

Angkor Wat jest narodowym symbolem Kambodży i dumą Khmerów. Od niego, rzecz jasna, zaczęliśmy zwiedzanie.

Riksiarz wysadził nas przed głównym traktem. Aby dostać się do świątyni musieliśmy przejść most przypominający dmuchane puzzle. ;)
Załącznik:
DSC00323-Resizer-800.jpg

Po drugiej stronie fosy przywitały nas ciekawskie i rozbrykane małpy.
Załącznik:
DSC00324-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00329-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00332-Resizer-800.jpg

Następnie dłuuuuuga brukowana droga na grobli prowadziła do głównej, uwiecznionej na tysiącach fotografii promenady z charakterystycznymi stawami po jej lewej i prawej stronie.
Załącznik:
DSC00334-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00336-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00341-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00475-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00474-Resizer-800.jpg

Centralna budowla świątynna jest osadzona na 3 poziomach. To coś w rodzaju piramidy. Zwiedzając ją spacerowaliśmy po odkrytych pasażach i dziedzińcach. Przechodząc schodami na coraz wyższe piętra dotarliśmy do centralnej części, gdzie można się wspiąć na jedną z wieży – najwyższy punkt świątyni.
Załącznik:
DSC00343-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00344-Resizer-800.jpg

Kolejka ludzi czekających w pełnym słońcu do wyjścia na wieżę tymczasowo nas zniechęciła, dlatego postanowiliśmy oderwać się od tłumu i poodkrywać Angkor „po naszemu”. Chwilę później, bez większego trudu, odnaleźliśmy całe mnóstwo zacisznych, spokojnych i magicznych miejsc, w cieniu których mogliśmy odpocząć od palącego słońca i z pewnego dystansu podziwiać i chłonąc klimat świątyni.
Załącznik:
DSC00352-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00354-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00356-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00357-Resizer-800.jpg

Warto zatrzymać się na chwilę i spróbować wyobrazić sobie, jak wyglądał Angkor będący centrum kulturowym i politycznym imperium Khmerskiego w czasach swojej największej świetności, skoro mając obecnie 900 lat nadal robi wrażenie i prezentuje się fantastycznie?
Załącznik:
DSC00358-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00359-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00360-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00368-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00370-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00372-Resizer-800.jpg

Trzymając się obranej strategii unikania udeptanych ścieżek, udaliśmy się na tyły świątyni. Z tej perspektywy wygląda równie imponująco, a dociera tu nieporównywalnie mniej turystów.
Załącznik:
GOPR6184p-Resizer-800.jpg

Nie potrafię zrozumieć fenomenu zwiedzania czegokolwiek na zasadzie „przyjechać – zaliczyć – wyjechać”.
Lecieć tyle tysięcy kilometrów tylko po to, żeby w tłumie ludzi przejść jak ciele wytyczoną trasą, widząc niewiele poza plecami osoby poruszającej się przede mną…? Przecież cała frajda polega na uwolnieniu się od tego schematu i zboczeniu z wytyczonej trasy, na ciekawskim zaglądaniu do przeróżnych zakamarków, na odnajdywaniu mniej oczywistych, ale równie tajemniczych i zaskakujących miejsc. Małe, osobiste odkrycia cieszą najbardziej! Nie to, co jest oczywiste na pierwszy rzut oka.

Dość szeroka, ale zupełnie pusta ścieżka skierowała nas w głąb lasu na tyłach świątyni. Po kilkuset metrach dotarliśmy do odosobnionego budynku. Nie wiemy jaką kiedyś pełniło funkcję, ale to właśnie jedno z naszych osobistych odkryć. :)
Załącznik:
DSC00381-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00387-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00388-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00378-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00390-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00391-Resizer-800.jpg


Wracając spacerowaliśmy wzdłuż murów po lewej stronie świątyni. Tłumy…? Jakie tłumy? :D
Załącznik:
DSC00395-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00396-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6190p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00407-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00408-Resizer-800.jpg

Angkor Wat jest bardzo wyjątkowym połączeniem. Imponuje rozmachem, ale jednocześnie zachwyca dbałością o detale i drobiazgowością, z którą był tworzony. Płaskorzeźby zdobią cały budynek - kamienne arrasy ciągną się przez blisko 900 metrów i ukazują ponad 20 tys. postaci.
Załącznik:
DSC00406-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00371-Resizer-800.jpg

Do tego bardzo charakterystyczne okna z rzeźbionymi walcami, które oprócz walorów estetycznych stanowiły niegdyś zabezpieczenie przez intruzami oraz zapewniały przewiew wewnątrz budynku.
Załącznik:
DSC00427-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00429-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00418-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00428-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00417-Resizer-800.jpg

Kierując się do wyjścia zauważyliśmy, że kolejka na wieżę zdecydowanie się skróciła. Zdecydowaliśmy się chwilę poczekać i skorzystać z okazji zobaczenia okolicy z lotu ptaka. Po stromych schodach powoli wydrapaliśmy się na najwyższy punkt, z którego widać cały kompleks świątyni i otaczającą go soczystą zieleń.
Załącznik:
DSC00431-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00435-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00438-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00440-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00442-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00446-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00447-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00448-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00451-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00457-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00458-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00463-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00466-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00462-Resizer-800.jpg

Liczne świątynie Angkoru porozrzucane są na ogromnym terenie. Niemożliwym jest zwiedzanie tak wielkiego obszaru na nogach. Jeśli chcemy zobaczyć kilka obiektów, to wybór dotyczący sposobu przemieszczania ogranicza się właściwie do dwóch opcji: riksza, bądź rower. Jeśli na zwiedzanie Angkoru możemy przeznaczyć jeden, bądź dwa dni, to według mnie wersji rowerowej nie należy nawet rozpatrywać. :lol: Upał, który towarzyszy zwiedzaniu jest bardzo męczący. Tak naprawdę po kilkugodzinnym spacerowaniu wśród ruin na pełnym słońcu marzyliśmy o chwili, kiedy przejażdżka do kolejnej atrakcji pozwoli na krótki odpoczynek, a powiew wiatru trochę schłodzi. :D Już nawet nie przeszkadzał mi unoszący się duszący pył. :D Niemniej, nie wyobrażam sobie zamienić te zbawienne chwile łapania oddechu, na mordercze pedałowanie. Przypuszczam, że nigdzie bym nie dojechała. A nawet jeśli jakimś cudem by mi się udało dotrzeć do kolejnej świątyni, to jej zwiedzanie najpewniej skończyłoby się wcześniej, niż by się zaczęło. :lol: A jak do tego dorzucę fakt, że wynajęcie rikszy na cały dzień to koszt mniej więcej 15 USD, to chyba w tym miejscu wszystkie dylematy powinny zniknąć. ;)
Załącznik:
DSC00476-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00479-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00484-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00486-Resizer-800.jpg


BAYON

Bayon, czyli kolejna świątynia, do której zmierzaliśmy, stoi w centralnej części ostatniej stolicy imperium khmerskiego: Angkor Thom. Miasto zostało zbudowane na planie idealnego kwadratu, otoczone jest murami o wysokości 8 m oraz fosą.
Załącznik:
DSC00494-Resizer-800.jpg

Sama wyjątkowa i pomysłowa świątynia, wzniesiona przez króla Dżajawarmana VII, znana jest głównie z licznych, charakterystycznych wieży. Szczyt każdej z nich zdobią cztery okazałe, delikatnie i tajemniczo uśmiechające się kamienne twarze zwrócone w cztery strony świata. Podobno jest ich 54, co daje 216 spoglądających na turystów z góry bardzo podobnych obliczy. Co prawda, liczb tych nie sprawdzałam ze stanem faktycznym, ale jest ich na tyle sporo, że krążąc w wąskich przejściach i labiryncie ciasnych korytarzy bezustannie któraś na nas spoglądała. :roll:
Załącznik:
DSC00572-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00503-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00507-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00509-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00512-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00513-Resizer-800.jpg

Nie wiem jak w praktyce wyglądały prace nad stworzeniem tych wizerunków, ale najciekawsze dla mnie jest to, że twarze nie zostały wyrzeźbione w jednej bryle. Wyraźnie widać łączenia tysięcy dopasowanych do siebie bloków piaskowca. :o
Załącznik:
DSC00532-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00528-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00519-Resizer-800.jpg

Podobno naukowcy nadal debatują nad tym, czyj wizerunek został uwieczniony na wieżach Bayonu. Niektórzy twierdzą, że lekko uśmiechnięte twarze przedstawiają Buddę. Inni, że to wizerunek króla Dżajawarmana VII, czyli fundatora świątyni. Współczesne publikacje często przyjmują również, iż jest to wyobrażenie jednego z bodhisattwów (istot aspirujących do stanu buddy): Awalokiteśwary albo Wadźrasattwy.
Załącznik:
DSC00527-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00535-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00543-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00545-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00547-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00550-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00561-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00562-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00563-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00565-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00573-Resizer-800.jpg


BAPHUON – „Asia’s greatest puzzle”

Około 200 metrów od świątyni Bayon stoi otoczone przez dżunglę sanktuarium Baphuon. Wstyd się przyznać, ale nie mieliśmy o nim pojęcia, nie znaliśmy jego niesamowitej historii i nie uwzględnialiśmy go w planach zwiedzania. Właściwie to zupełnie przypadkowo na niego „wpadliśmy” szukając miejsca zbiórki z naszym riksiarzem.

Tajemniczy Baphuon wyłonił się po naszej lewej stronie i zaprosił dłuuuugim, prawie dwustumetrowym pomostem. Nie mogliśmy odmówić. :D Postanowiliśmy na chwilę zatrzymać się w jego cieniu. I bardzo się cieszę, że tak postanowiliśmy, bo już od pierwszych chwil, to miejsce wyjątkowo przypadło mi do gustu.
Załącznik:
DSC00584-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00587-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00588-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00590-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00589-Resizer-800.jpg

Świątynia nazywana jest często „temple mountain” ponieważ mierzy 43 metry wysokości – wyższy jest tylko Angkor Wat. Dodatkowo, jest jedną z najstarszych budowli sakralnych na terenie Angkoru. Ale nie o rozmiar, czy wiek tutaj chodzi. Urzekła mnie zupełnie czym innym. Niby tak blisko Bayonu, a jednak zaszyta gdzieś w dżungli, odsunięta od głównego szlaku. Przez większość czasu zwiedzaliśmy ją zupełnie lub prawie sami. Wyślizganymi, bardzo stromymi schodami pokonaliśmy kolejno 3 poziomy, by naszym oczom ukazał widok o podwyższonym stopniu piękna. :o Każdy pokonany stopień warty był włożonej energii. Siedząc na szczycie, na skraju kamiennego dachu przenieśliśmy się do magicznej, oderwanej od rzeczywistości krainy, którą mogliśmy się cieszyć sami, bez tłumów.
Załącznik:
DSC00592-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00593-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00594-Resizer-800.jpg

Po powrocie do Polski doczytałam co nieco o Baphuon i jego nieprawdopodobnej historii. Świątynia była ponoć budowana bardzo chaotycznie i zbyt szybko. Nie uniknięto wielu błędów architektonicznych, w efekcie których już kilka lat po wybudowaniu pojawiły się pierwsze pęknięcia, a niedługo potem budowla runęła. W XX wieku francuscy archeolodzy podjęli się całkowitego rozebrania świątyni, dokładnego oczyszczenia i skatalogowania jej elementów, a następnie ponownego jej złożenia. Niestety, w czasach rządów Czerwonych Khmerów, kiedy wszystkie świadectwa historii i religii były niszczone, prace ustały. Kamienne bloki zostały porozrzucane bez ładu po pobliskiej dżungli, a dokumentacja dotycząca odbudowy zaginęła. Wydawało się, że los Baphuon był przesądzony. W 1995 roku do prac rekonstrukcyjnych jednak powrócono. Udało się odnaleźć ponad 300 tysięcy kamiennych bloków!!! Bez planów i dokumentacji zaczęto składać olbrzymie sanktuarium żmudnie dopasowując fragmenty świątyni niemal jak puzzle! :o :o :o Stąd też Baphuon określany jest jako „Asia’s greatest puzzle.” Historia jest dla mnie tak niewiarygodna, że brak mi słów. Mogli dokonać tego tylko ludzie z niewyobrażalną cierpliwością i pasją do tego, czym się zajmują. Rekonstrukcja zabytku trwała kilka lat i kosztowała przeszło 14 milionów dolarów. Świątynię udostępniono zwiedzającym stosunkowo niedawno, w 2011 roku. Ale na szczęście w Angkor można na nowo podziwiać wyjątkową Rock Star. :mrgreen:
Załącznik:
DSC00596-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00598-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko


Ostatnio edytowany przez Maxima0909, 19 Mar 2018 14:14, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 18 Mar 2018 14:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
W przerwie miedzy świątyniami zadbaliśmy również o stosowne skoki adrenaliny. ;-) Otóż, przy okazji wzbogacania butelki wody w niezbędne elektrolity (wspominałam, że upał był niemiłosierny) wdarło się jakieś takie ogólne roztargnienie, w efekcie którego zostawiliśmy naszą kamerę na pobliskim murku. ZNOWU! :evil: Przypomnieliśmy sobie o niej dopiero w drodze do kolejnej świątyni. Na szczęście nasz kierowca komunikat „Mister, we left our camera! Please go back!” potraktował niemalże jak misję ratunkową i zareagował błyskawicznie. Dowiózł nas na czas. Zguba czekała dokładnie tam, gdzie ją zostawiliśmy. Uuufffffff… !!! (Taką samą przygodę mieliśmy w Las Vegas – mam nadzieję, że nie będę musiała się przekonywać, czy „do trzech razy sztuka” ma jakieś racjonalne wytłumaczenie. :lol: )
Załącznik:
DSC00704-Resizer-800.jpg


TA PROHM we władaniu natury.

Na deser zostawiliśmy sobie znana ze swojej „waleczności” - Ta Prohm. Od lat toczy ona bowiem nierówną walkę z siłami natury. Buddyjska świątynia zbudowana została na początku XIII wieku przez Yayavarmana VII, który poświęcił ją swojej matce.
Kiedy Angkor zostało porzucone przez swoich mieszkańców i zapomniane, zielony las równikowy zaczął wdzierać się do miasta pochłaniając coraz większe obszary i odbierając to, co ludzkość mu niegdyś zabrała. Gęsta roślinność oplatała świątynie, a rozrastające się stopniowo korzenie oraz gałęzie drzew miażdżyły i rozsadzały mury. Nieprawdopodobna siła natury przez wieki dokonywała coraz większego zniszczenia.

Dopiero w roku 1898 roku powołana została Francuska Szkoła Dalekiego Wschodu. Instytut początkowo skupił się na wykonaniu prac badawczo-dokumentacyjnych, a następnie przystąpił do oczyszczania terenu z bujnej roślinności, hamując tym samym proces niszczenia. Działania badawcze, konserwatorskie i porządkowe mające na celu utrzymanie Angkoru w stanie jak najwierniej oddającym jego wygląd sprzed stuleci, trwają do dziś. Na stosunkowo małym obszarze postanowiono jednak częściowo zachować świadectwo nierównej walki - ludzkiej potęgi i kunsztu budowniczego z bezwzględnymi siłami natury. Tym małym obszarem jest teren świątyni Ta Phrom, na którym niektóre okazy drzew wrastające w mury świątyni pozostawiono w stanie prawie naturalnym.

Drzewa te robią oczywiście nieprawdopodobne wrażenie i to one grają tu pierwsze skrzypce, ale dodatkowo ogólny nieład, nieposprzątane kamienne bloki, pozostawione tam, gdzie upadły, mury porośnięte mchem, miejsca wyłączone z możliwości zwiedzania ze względu na ryzyko zawalenia – to wszystko dopełnia obraz i tworzy unikatowy klimat.
Załącznik:
DSC00617-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00622-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00628-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00633-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00635-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00637-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00638-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00641-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00650-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00651-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00652-Resizer-800.jpg

Głównym gatunkiem drzewa porastającym starożytne budowle w Angkor jest Tetrameles nudiflora. Drzewa ze względu na swoje rozmiary i ciężar (niektóre okazy osiągają nawet 45 metrów wysokości), nieprawdopodobnie rozwinęły swój system korzenny, którym wyjątkowo szczelnie i bezwzględnie oplatają kamienne mury świątyń. Tym sposobem zapewniają stabilną podporę dla pozostałej części kolosa. Ich rozrost jest obecnie kontrolowany, a budowle są często wzmacniane metalowymi podporami.
Rośnie tam również Ceiba pentandra. Dorasta do 60-70 metrów wysokości przy ponad 2 metrowej średnicy pnia. Lekkim, sprężystym, nienasiąkającym puchem z dojrzałych owoców wypełnia się wodny sprzęt ratunkowy, stąd też roślina bywa nazywana również „drzewem kapokowym”. Wygląd drzewa jest dość niezwykły. Ma ono parasolowatą koronę i ogromne korzenie formujące się w wąskie, prostopadłe do pnia i rozszerzające się ku dołowi „listwy”, które dodatkowo stabilizujące potężną roślinę.
Załącznik:
DSC00643-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00653-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00666-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00677-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00673-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00684-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6260p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00624-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00692-Resizer-800.jpg

Ta Phrom była najlepszym zwieńczeniem wizyty w Angkor, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Zrobiła na nas absolutnie piorunujące wrażenie. Wbiła nas w ziemie! Siła natury dała kolejną lekcję pokory. Coś nie-sa-mo-wi-te-go!
Angielski pisarz, Somerset Maugham, kompletnie oczarowany architektonicznym skarbem odkrytym w kambodżańskiej puszczy, pisał „Nie można umrzeć, nie zobaczywszy Angkoru.” Podpisuję się pod tym obiema rękami!
Załącznik:
DSC00659-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00664-Resizer-800.jpg


Po południu wróciliśmy oczywiście na Pub Street. Cudowne zakończenie - przepyszna kolacja i zimne piwo za 0,5 USD po dniu pełnym wrażeń. Kocham Cię Kambodżo! :D
Załącznik:
DSC00729-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00748-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00754-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00755-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00756-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00757-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00762-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00764-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00765-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00767-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00747-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00752-Resizer-800.jpg

Kambodżańskie ślimaki są lokalnym przysmakiem w Siem Reap. Po puszkę takich rarytasów codziennie ustawiała się kolejka lokalsów. Wózki ze ślimakami nie bez powodu ustawiane są w mocno nasłonecznionych miejscach. Cała tajemnica ich doskonałości polega na tym, że najpierw są one gotowane i przyprawiane – głównie solą, czosnkiem i chili, a następnie suszone/prażone na palącym słońcu. W ten sposób zyskują wyrazisty smak i chrupkość.
Nie odważyliśmy się spróbować. Chyba trochę żałuję :P


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 25 Mar 2018 12:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
29.10. – Pływająca Wioska Kompong Khleang, czyli wybierz odpowiedzialnie!

17 km od Siem Reap leży największe słodkowodne jezioro w Azji Południowo Wschodniej. Tonle Sap jest domem nie tylko dla różnych gatunków roślin, czy zwierząt, lecz również dla ludzi. U brzegów jeziora znajduje się kilka tzw. pływających wiosek, zamieszkałych przez jednych z najbardziej ubogich ludzi w Kambodży.
Poziom wód w jeziorze jest zmienny i uwarunkowany porą roku. Od listopada do kwietnia włącznie wody jeziora Tonle Sap uchodzą z niego rzeką o tej samej nazwie, a następnie wpływają do potężnego Mekongu. Na wiosnę jednak Mekong zasilany wiosennymi himalajskimi roztopami i tropikalnymi ulewami wzbiera bardzo gwałtownie. Rwące wody są tak silne, że potrafią zmienić naturalny nurt rzeki. :o Cofająca się Tonle Sap wpada do jeziora nanosząc żyzne osady i zasilając go w duże ilości ryb z Mekongu. W porze deszczowej poziom wód podnosi się nawet do 14 metrów, a powierzchnia jeziora może zwiększyć się aż sześciokrotnie, z 2,5 tysiąca km² aż do blisko 15 tys. km².

W wioskach wokół Tonle Sap mieszka ponad 3 miliony osób – głównie obywateli Kambodży, ale również Wietnamczyków, Chińczyków i Tajów. Ze względu na specyfikę terenu ich życie jest zupełnie podporządkowane porom roku. Mieszkańcy jednak doskonale się przystosowali do ciągłych, cyklicznych zmian pogody budując domy na wysokich palach, które nawet w okresie wiosenno-letnim zabezpieczają je przed zalaniem.

Codzienne funkcjonowanie takich wiosek było dla nas niezwykle fascynujące. O wizytę w którejś z nich nie trudno, ponieważ stały się – ze wszystkimi tego konsekwencjami – regularną atrakcją turystyczną. Chcieliśmy do tematu podejść możliwie najbardziej odpowiedzialnie, dlatego przed wykupieniem wycieczki starałam się jak najwnikliwiej rozeznać temat.

Większość agencji turystycznych w Siem Reap ma w swojej ofercie wycieczki do co najmniej jednej z trzech wiosek: Chong Kneas, Kompong Phluk lub Kompong Khleang. Pierwszą, położoną najbliżej i najbardziej popularną wśród turystów, odrzuciliśmy na starcie. Chong Kneas nie cieszy się dobrą opinią. Większość zwiedzających opuszcza to miejsce z niesmakiem. Wiele czytałam o tym, jak namawia się tam turystów do kupienia ryżu dla głodujących dzieci ze wsi. Torebki, wielokrotnie droższe, nigdy nie trafiają do mieszkańców wioski. Zaraz po wyłudzeniu pieniędzy i oddaleniu się kupującego, ryż trafia z powrotem na sklepowe półki. Poziom naciągactwa, szachrastwa i tupetu osiągnął tam ponoć wybitnie wysoki poziom. Wioska nie zachowała wiele ze swojej autentyczności. Ponoć żeby przyciągnąć i sprostać wymaganiom turystów (?!?!?) zainwestowano w dodatkową infrastrukturę - sklepiki z pamiątkami oraz restauracje. :O Nie chcieliśmy odwiedzić pływającej wioski po to, żeby zjeść cheeseburgera w domku na palach albo zainwestować w kubek-pamiątkę ze swoim zdjęciem i wioską w tle. Nie tego typu doświadczeń szukaliśmy…
Druga wioska Kompong Phluk jest dużo mniej komercyjna i bardziej przekonująca, ale ostatecznie postawiliśmy na wioskę trzecią – położoną najdalej od Siem Reap i jednocześnie najmniej turystyczną – Kompong Khleang.

Kiedy już zapada decyzja, do której z wiosek chcemy się udać, trzeba było zastanowić się z jakiej wycieczki skorzystać. Kluczowe jest wybranie odpowiedniego organizatora. Właściwy wybór agencji daje szansę na to, że część pieniędzy, które za nią zapłacimy, trafi do mieszkańców wioski, a nie do kieszeni tour-operatorów.
My skorzystaliśmy z wycieczki z agencją Community First i był to świetny wybór. Jeśli zamierzacie odwiedzić którąś z wiosek, to gorąco zachęcam – zajrzyjcie na http://www.kompongkhleang.org. Wycieczka kosztowała niemało – 35 USD /os., ale blisko połowa tej sumy przekazywana jest pośrednio mieszkańcom wioski, np. poprzez wspieranie lokalnej szkoły, Bridge of Life School. Jeśli już podróżujemy do odległych miejsc, po to by popodglądać codzienne życie lokalnej ludności, to róbmy to odpowiedzialnie i w możliwie najmniej inwazyjny sposób.

Ponieważ w programie uwzględniono podziwianie zachodu słońca na otwartych wodach Tonle Sap, to wycieczka zaczęła się stosunkowo późno. Nasz przewodnik, Paren, przyjechał po nas koło 14. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po dwóch Australijczyków i parę z Singapuru. Trafiliśmy na cudownych, otwartych i bardzo empatycznych ludzi. Oni również - wyławiając tą konkretną wycieczkę z morza innych ofert - kierowali się tym, że chcieli coś przeżyć, a nie tylko zaliczyć. Tamten dzień miał być dla nas wszystkich wartościowym doświadczeniem, bodźcem do przemyśleń i późniejszych dyskusji.

Aby dotrzeć do przystani musieliśmy pierwszy etap drogi przejechać busikiem. Na trasie czekały nas dwa przystanki.
Załącznik:
DSC00790-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00823-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00822-Resizer-800.jpg

Pierwszy - aby spróbować tradycyjnego khmerskiego deseru, zwanego Kralan. Przysmak przyrządzany jest z kleistego ryżu, czarnej fasoli, tartego kokosa i mleka kokosowego. Całość zawijana jest w bambusowe tubki, a następnie powoli duszona na czymś w rodzaju grilla. Paren pokazał nam jak obrać smakołyk i dostać się do słodkiego wnętrza.
Załącznik:
DSC00781-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00784-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00787-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00788-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00789-Resizer-800.jpg

Drugi raz zatrzymaliśmy się przy przydrożnym sklepiku z lokalnymi przekąskami, na tyłach którego prężnie działa skromna, rodzinna wytwórnia pączków i innych ciasteczek.
Załącznik:
DSC00794-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00791-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00797-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00796-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00802-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00803-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00809-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00810-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00812-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00813-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00815-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00817-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00818-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00820-Resizer-800.jpg

Po blisko 3 godzinach jazdy dotarliśmy do przystani, gdzie miejscowi ogrywali w najlepsze turystów w bingo. :D
Załącznik:
DSC00825-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00826-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 25 Mar 2018 17:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
Tam przesiedliśmy się do małej łódeczki i z ogromną ciekawością popłynęliśmy prosto w stronę Kompong Khleang.
Załącznik:
DSC00827-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00829-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00830-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6272p-Resizer-800.jpg

Już po chwili zaczęły się wyłaniać pierwsze domy na palach. Płynęliśmy zachowując odpowiednią odległość – w pełni nas satysfakcjonującą, ale tym samym komfortową i pozostawiającą prywatność mieszkańcom. Kolejny plus dla Community First!
Mijaliśmy kolejne drewniano-blaszane, kolorowe domki, a przewodnik opowiadał nam o codziennym i rocznym rytmie, w zgodzie z którym toczy się życie w wioskach. Paren był fantastycznym źródłem wiedzy – Kompong Khleang jest jego rodzinną wioską. W niej się urodził i w niej wychował. Nadal mieszka tam jego bliska rodzina.
Załącznik:
DSC00833-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00837-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00838-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00839-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00842-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00844-Resizer-800.jpg

Przepływaliśmy obok ciekawego cmentarza. Zdecydowana większość Khmerów wyznaje buddyzm, więc kremacja zwłok po śmierci jest w Kambodży powszechna. Według słów Parena, jedynie na wyraźne życzenie zmarłego (przed jego śmiercią) można odstąpić od kremacji i zorganizować tradycyjny pochówek dla członka rodziny. Ludność wierzy, że dusza zmarłego nadal zamieszkuje ziemię i "mieszka" w okolicach nagrobka. Dlatego nad każdym grobem stawia się daszek, który zapewnia zmarłemu krewnemu komfort - chroni przed deszczem i palącym słońcem. :D
Załącznik:
DSC00851-Resizer-800.jpg

Płyniemy dalej...
Załącznik:
DSC00854-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00857-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00867-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00871-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00872-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00873-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00874-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00875-Resizer-800.jpg

Głównym źródłem utrzymania znakomitej większości mieszkańców jest rybołówstwo. Szacuje się, że dzięki cyklicznym napływom wód Mekongu, w szczytowym okresie na jednym kilometrze kwadratowym jeziora może znajdować się nawet 10 ton ryb. Zbiornik jest tak zasobny, że dostarcza co najmniej połowę ryb spożywanych w całej Kambodży! Czy natura nie jest genialna?!
Załącznik:
DSC00880-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00881-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00885-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00887-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00888-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00889-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00891-Resizer-800.jpg

Po pewnym czasie dotarliśmy do wioski. Poziom wód był wystarczająco niski, aby móc wyjść na suchy ląd. Najpierw Paren zaprowadził nas do szkoły, w której odbywały się lekcje. Cały budynek to w zasadzie jedna otwarta zadaszona przestrzeń, zbudowana oczywiście na palach. Wchodząc w trakcie zajęć wzbudziliśmy pewne zaciekawienie. Co raz któryś z uczniów zerkał w naszą stronę po kryjomu, ale lekcje nie zostały przerwane ze względu na naszą niezapowiedzianą wizytę. Dopiero kiedy się zakończyły, wykorzystaliśmy moment na przekazanie dzieciom ubrań (para z Singapuru przywiozła je ze sobą, by pomóc lokalnej społeczności). To, co ujęło mnie w tym dniu najbardziej, to sposób w jakim dzieci przyjmowały pomoc. Grzecznie, cierpliwie, bez krzyków czekały na swoją kolej, po czym z uśmiechem, który kradnie serce, dziękowały pełnym szacunku gestem Wai. Niczym, absolutnie niczym, nie przypominały przesiąkniętych i zepsutych turystyką rówieśników z Chong Kneas.
Załącznik:
DSC00894-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00893-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00895-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00898-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00902-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00903-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00904-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00905-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00909-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00913-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00915-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00917-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00920-Resizer-800.jpg


Wąskim pomostem przeszliśmy następnie do centralnego miejsca wioski, gdzie głównie w towarzystwie dzieci spędziliśmy kilka kolejnych chwil. Ponoć podczas wysokiego sezonu w Chong Kneas zatrzymuje się dziennie 7 tysięcy turystów (!!!), głównie liczne grupy z dużych agencji podróży. Przewodnicy skupiają się bardziej na liczbie turystów przynoszących zysk, niż na jakości ich przeżyć. W Kompong Khleang jest na odwrót. W wiosce byliśmy zupełnie sami – tylko nasza szóstka. Prawda, że robi różnicę…?
Załącznik:
DSC00926-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00928-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00929-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00930-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00932-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00934-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00935-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00937-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00940-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00941-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00943-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00948-Resizer-800.jpg

Kambodża jest jednym z najuboższych krajów Azji. Bieda bije tu po oczach. Ludzie w wiosce wiodą proste i, nie da się ukryć, trudne życie. Jednocześnie wydają się cieszyć tym, co mają i chyba poniekąd akceptują rzeczywistość. Może dlatego, że innej nie znają….? Zszokowała mnie natomiast przerażająca sterta śmieci, wśród których żyją. Dzieci boso biegały po różnego rodzaju odpadach. Straszne. I nie wiązałabym tego z biedą. To, według mnie, stan umysłu, ich mentalność.
Załącznik:
DSC00944-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00938-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00945-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00949-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00952-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00953-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00957-Resizer-800.jpg

Wybierając wycieczkę z Community First mieliśmy możliwość poobserwowania, nie jednej, a aż trzech wiosek. Kompong Khleang, zbudowana na wysokich charakterystycznych palach, jest pierwszą z nich. Na jej terenie spędziliśmy najwięcej czasu, ale na tej wizycie się nie skończyło. Kierując się dalej, na otwarte wody jeziora przepłynęliśmy w pobliżu dwóch kolejnych – khmerskiej Chong Prolay oraz drugiej, w całości zamieszkanej przez Wietnamczyków. Te domy różnią się jednak zasadniczo od tych, które widzieliśmy wcześniej – te tutaj są naprawdę pływające! Cały rok swobodnie dryfują na tratwach! :shock:
Załącznik:
DSC00958-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00959-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00960-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00961-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00964-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00965-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00966-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00967-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00969-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00970-Resizer-800.jpg

Na zachód słońca wypłynęliśmy w głąb jeziora cumując przy wystającym z wody drzewie, aby się wyciszyć i uspokoić pędzące wokół wiosek myśli. W kolejnych dniach jeszcze wielokrotnie wracaliśmy w rozmowach do wizyty w Kompong Khleang, która przybliżyła nam codzienną prozę życia blisko 3 milionów ludzi, pozostawiając jednocześnie wiele pytań.
Załącznik:
DSC00977-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00974-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00990-Resizer-800.jpg


Ostatnie, pożegnalne zwiedzanie Night Market przyniosło kilka nieplanowanych odzieżowych zakupów. Ceny ciuchów były tak nieprawdopodobnie niskie, że żal byłoby nie skorzystać. Dziwnym trafem, od tego wieczoru nasze bagaże rozrastały się wprost-proporcjonalnie do liczby dni spędzonych w Azji. :lol: Bo jak nie tam, to gdzie?! ;)

Wieczorny spacer w labiryncie uliczek zaowocował ciekawym eksperymentem kulinarnym. Trafiliśmy do miejsca, które szczególnie zapadło nam w pamięci – restauracji Cambodian BBQ. Jej wyjątkowość polega na dwóch rzeczach. Po pierwsze, podczas jednego posiłku mamy możliwość spróbowania wielu rodzajów mięsa. Poza tradycyjnym kurczakiem, wieprzowiną, wołowiną, krewetkami, czy kalmarami po raz pierwszy jedliśmy m. in. krokodyla, rekina, strusia, kangura, czy żabie udka. Po drugie – sam proces przygotowania posiłku jest niezwykle ciekawy i atrakcyjny.
Załącznik:
DSC01003-Resizer-800.jpg

Na stoliku ląduje specyficzne naczynie, na którym samodzielnie przyrządzamy mięso. Wewnętrzna, wypukła część jest powierzchnią grillową, którą obsługa na początku smaruje kawałkiem tłuszczu. W zagłębionych obrzeżach naczynia, umieszczane są różnego rodzaju warzywa, makaron nuddle i makaron ryżowy oraz przyprawy, a następnie wszystkie składniki zalewane są wodą. Naczynie oczywiście cały czas jest od spodu podgrzewane. Na osobnej tacy dostajemy miks świetnie oznaczonych mięs oraz 3 rodzaje sosów. No i zaczyna się zabawa. :mrgreen: Podczas, gdy na środku powoli grillujemy cienkie paseczki przeróżnych mięs, na obrzeżach pyszna zupa powoli nabiera intensywności. Zdecydowanie najbardziej przypadły nam do gustu kangur i struś. Najsłabiej wypadł krokodyl. Bulionu możemy zjeść ile tylko zapragniemy. Warzywa są stale dokładane i zalewane świeżą wodą.
Ta niezwykła uczta kulinarna kosztowała nas 20$/2 os. Polecamy ją każdemu kto zatrzyma się w Siem Reap!
Załącznik:
DSC01011-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01010-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01014-Resizer-800.jpg

Nie tylko my zasmakowaliśmy w specjalności Cambodian BBQ. ;)
Załącznik:
DSC01004-Resizer-800.jpg

Po jedzeniu, przyszedł czas na picie. ;) Bardzo pyszne i bardzo tanie!
Załącznik:
DSC01018-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01026-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01034-Resizer-800.jpg

I ostatni przemarsz po przybranym na Haloween Pub Street.
Załącznik:
DSC00993-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00997-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC00992-Resizer-800.jpg


Wszystko co dobre, szybko się kończy. Wiem, że śmiesznym byłoby twierdzić, że zwiedziliśmy Kambodżę. Ta mega krótka wizyta wystarczyła jednak, żeby się do niej przekonać. Kraj nas zainteresował, zaskoczył i pozostawił duży niedosyt. Z pewnością będziemy chcieli kiedyś do Kambodży wrócić i poszukać miejsc mniej turystycznych. Chcielibyśmy odkryć jej prawdziwe oblicze. Pewnie ze względów historycznych i ekonomicznych trudne, ale z drugiej strony z pewnością obfitujące w wiele cudownych miejsc i przemiłych ludzi. Kraj skrywa przed nami jeszcze wiele tajemnic, które kiedyś – mam nadzieję – z wielką ochotą będziemy odkrywać.
Zatem, do zobaczenia Kambodżo. :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko


Ostatnio edytowany przez Maxima0909, 25 Mar 2018 23:50, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 25 Mar 2018 19:13 

Rejestracja: 20 Paź 2012
Posty: 286
Loty: 85
Kilometry: 236 428
Fajne ale jak dla mnie za dużo zdjęć . Np po co kilkanaście zdjęć domów przy wodzie albo 5 razy ten sam talerz z jedzeniem. Przynajmniej jak się czyta na telefonie to przewijanie jest męczące .
_________________
Image
https://my.flightradar24.com/noyle
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 25 Mar 2018 19:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Lis 2012
Posty: 1315
Loty: 33
Kilometry: 39 451
HON fly4free
Mi ilość zdjęć zupełnie nie przeszkadzała. Dopiero teraz zauważyłem, że zdjęć BBQ jest kilka ;)

Czytałem z zaciekawieniem, dzięki za możliwość miłego spędzenia niedzielnego popołudnia! Nakręciłaś mnie na te klimaty ;)
Góra
 Relacje PM off
Maxima0909 lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 01 Kwi 2018 19:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
30.10. - W drodze do Chiang Mai; dlaczego listopad?

Ten dzień zapowiadał się mało ekscytująco. Zakładał jedynie przelot z Siem Reap przez Bangkok do Chiang Mai, gdzie planowaliśmy zostać na kolejnych 7 nocy. Fakt, że zaplanowaliśmy zwiedzanie północy kraju na początku listopada nie był przypadkowy. Jakiś czas temu przeglądając czeluści internetu wpadłam na przepiękne zdjęcia nieba usłanego tysiącami unoszących się świecących latarenek. Zaczęłam rozczytywać, gdzie się udać i co zrobić, żeby uczestniczyć w czymś tak niecodziennym i poruszającym. Wszystkie artykuły zgodnie kierowały mnie do Tajlandii. Dokładnie do Chiang Mai, ponieważ właśnie tam festiwal Yee Peng obchodzony jest najbardziej spektakularnie, bijąc na głowę uroczystości w stolicy.

Zanim jednak dotarliśmy do Chiang Mai, to zaliczyliśmy po drodze pewną przygodę na lotnisku…
Stojąc w kolejce do odprawy usłyszeliśmy w tłumie język polski. Zaczęliśmy się rozglądać w celu zidentyfikowania jego źródła i po chwili ICH namierzyliśmy. Rodacy - tuż po wymienieniu pierwszych zdań - okazali się być, nie dość że bardzo sympatyczni, to jeszcze z Rzeszowa! No i niech ktoś mi powie, że świat nie jest mały?! :D Mało tego, Ania i Marcin lecieli do Bangkoku tym samym lotem, więc wszystko wskazywało na to, że oczekiwanie na samolot upłynie w miłym towarzystwie.
Do lotu mieliśmy jeszcze spoooro czasu. Znaleźliśmy na spokojnie wskazany na bilecie gate (co by się nie stresować, że przegapimy samolot) i zrelaksowani zajęliśmy się rozmową. A ta kleiła się aż nadto dobrze. Chłodna ocena sytuacji i czujność zostały zupełnie uśpione. Nie zaskoczył nas nawet fakt, że kiedy nadszedł planowy czas boardingu przy bramce nie pojawił się nikt z obsługi. :D Ludzi na sąsiednich fotelach siedziała cała masa, ogólnego zamieszania nie zaobserwowaliśmy. Gadka się kleiła, kto by się tam przejmował drobnym opóźnieniem… przecież nigdzie nam się nie spieszy. :P
Do czasu, kiedy podszedł do nas pracownik lotniska z pytaniem, czy nie lecimy aby do Bangkoku…… Okazało się, że w między czasie gate’y zostały zamienione. Ludzie oczekujący przy, jak nam się wydawało NASZEJ bramce, rzeczywiście lecieli do Bangkoku, ale nie AirAsia. Ot, taki mały szczegół… :O

Spóźnieni, w panice i biegu przedarliśmy się na drugą stronę lotniska, gdzie po błyskawicznej kontroli paszportów i biletów pracownicy wypuścili nas wprost na płytę lotniska wskazując na odchodne jedynie, do którego samolotu biec. :O:O:O („Czy to się dzieję naprawdę?!?!” :D) Nie muszę chyba wspominać - mina pasażerów czekających na nas w samolocie – bezcenna. Zajęliśmy karnie miejsca i chwilę później zaczęliśmy kołować w stronę pasa startowego. Kiedy oddech się powoli normował, a krew zaczęła z powrotem napływać do głowy, Maks miał w zanadrzu jeszcze jedno uderzenie obuchem. :D Macając się nerwowo po wszystkich kieszeniach poinformował mnie, że w biegu zgubił paszport, który prawdopodobnie leży teraz gdzieś na płycie lotniska…….. WHAAAAT ?!@?$?#?%^%$&%!!
.
.
.
To były baaaaaaaaaaaaaaardzo długie sekundy, ale spokojnie - zguba się odnalazła w jakimś mało racjonalnym miejscu.
Takiej przygody i szczęśliwego zakończenia wstyd byłoby nie opić. Ania z Marcinem lecieli dalej na wyspy, my na północ, ale mniej więcej za tydzień mieliśmy się spotkać w Bangkoku i już bez pośpiechu posiedzieć przy dobrym zimnym Changu.

Późnym wieczorem dotarliśmy do hostelu i padliśmy jak muchy. (Fakt, że Maks zostawił plecak na recepcji z całym sprzętem fotograficznym, kamerą i laptopem pominę, bo sama nie mogę uwierzyć w tą dziwną czarną serię :P )
W każdym razie noc była krótka. Nazajutrz czekała nas wycieczka do Sanktuarium Słoni. Jeszcze nie wiedziałam, że to będzie jedno z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających doświadczeń w moim życiu….


31.10 – 1 .11. Elephants Nature Park - Więcej świadomych turystów, mniej cierpienia dla zwierząt.

Myślę, że w temacie ciężkiego życia słoni w Tajlandii zostało już wiele powiedziane, ale muszę, po prostu muszę, dorzucić swoje trzy grosze. Przystępna cenowo, mająca wiele do zaoferowania Tajlandia przyciąga turystów z całego świata – fascynująca kultura, wyśmienita kuchnia, oszałamiająca natura, różnorodność. Do tego gwarancja pogody i wreszcie… wyjątkowa możliwość poobcowania z uroczymi olbrzymami! Niezwykle to kusząca wizja. Słonie – bo o nich mowa - przecież nierozłącznie kojarzą nam się z Tajlandią. Są właściwie jej symbolem. Niestety spotkanie, które dla turystów często jest spełnieniem marzeń, dla zwierząt okazuje się wiązać z piekłem, przez które muszą przejść zanim rozbawiony i beztroski turysta będzie mógł zachwycić się jedną ze słoniowych sztuczek. I o tym niestety kilka słów...

Głęboko chcę wierzyć w to, że obecny stan rzeczy jest wynikiem niewiedzy turystów, a nie ogólną znieczulicą. Dlatego postanowiłam dzisiejszy post poświecić temu, by przybliżyć wam faktyczny status słona w Tajlandii. Otóż, złapany w niewolę słoń (słonik właściwie, bo młode, bestialsko zabrane matce jest zupełnie bezbronne) staje się własnością swojego oprawcy. Oznacza to pokrótce tyle, że traktowane jako prywatna własność zwierzę jest pozbawione wszelkich praw. Nawet jeśli właściciel okrutnie znęca się nad słoniem, to potencjalny, empatyczny świadek takiego zdarzenia ma związane ręce. Nie ma żadnej instytucji, która w imieniu prawa mogłaby takiemu człowiekowi zabrać zwierzę, bądź jakkolwiek ukarać kata. Nie ma żadnych środków prawnych, za pomocą których ktokolwiek mógłby zapobiec znęcaniu się nad słoniem.

Mimo, że słonica powinna karmić młode przez dwa lata, słoniowe niemowlęta zabierane są od matek często w wieku 6 miesięcy. W większości wypadków zniewolone, pozbawione kontaktu z matką słoniątka zapadają na chorobę sierocą (charakterystyczne kiwanie się na boki), nie rozwijają się normalnie ani fizycznie ani psychicznie, obojętnieją.

Bezduszne „agencje turystyczne” bezustannie przyciągają nieświadomych turystów żałosnymi atrakcjami z udziałem słoni - a to przejażdżka, a to pokaz tańca w wykonaniu olbrzyma, rozgrywka piłki nożnej, czy kretyńskie malowanie obrazów. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógłby uwierzyć, że dzikie stworzenia dając upust swojej artystycznej duszy, same z siebie angażują się w układy choreograficzne, bądź zajęcia plastyczne?! Aby słoń stał się posłuszny najpierw treserzy „łamią mu duszę”. Jeśli nie wiecie, co to oznacza, to tysiące filmików w sieci bardzo dobitnie to wyjaśnia. Ja osobiście nie przebrnęłam przez żaden z nich. Słonie są torturowane, podpalanie, kłute hakami. Dodam, że panująca powszechnie opinia, że słonie są gruboskórne to zupełna bzdura! To wyjątkowo delikatne i czułe na najmniejszy dotyk stworzenia! Inna, powszechna praktyki to np. naciąganie uszu uniemożliwiające swobodne wachlowanie. To jedna z największych psychicznych i fizycznych tortur dla słoni. Okazuje się, że wachlowanie uszami nie jest tylko dziwnym i niewyjaśnionym obyczajem, ale przede wszystkim sposobem na skuteczne ochłodzenie ciała. Pod cieniuteńką skórą zlokalizowana jest bardzo gęsta, rozgałęziona sieć naczyń krwionośnych. Nagrzana krew przepływając przez schłodzone wachlowaniem uszy oddaje nadmiar ciepła, uwalnia je do otoczenia, a do obiegu wraca już zimniejsza jej porcja. Kolejnym sposobem na uprzykrzenie słoniom życia jest przywiązywanie ich do drzewa. Jeśli nie chcą współpracować z człowiekiem, to stoją tak w bezruchu całymi miesiącami. I znowu - aby wspomagać układ krwionośny i pracę serca słonie powinny chodzić. Ukryte w stopach poduszki działające jak pompki, przy każdym kroku usprawniają cyrkulację krwi i odpowiednie funkcjonowanie organizmu.

Metod na „złamanie słoniom duszy” jest dziesiątki. Jedna gorsza od drugiej. Można byłoby tak wymieniać godzinami... Słonie są bardzo inteligentne i wyjątkowo waleczne. Nie są stworzone do pracy z człowiekiem, dlatego mimo bólu i tortur potrafią miesiącami stawiać opór. Kiedy po kilku miesiącach psychicznej i fizycznej walki poddają się, to ich tragiczny los jedynie zmienia formę. Olbrzymy są gotowe do kolejnego etapu – tresury, która jest równie bolesna i traumatyczna. Po wyszkoleniu będą przez kolejne dekady służyć chciwym właścicielom i lekkomyślnym turystom napędzającym interes. I pomyśleć tylko, że całe to cierpienie tylko po to, żebyśmy mogli skorzystać z kilkuminutowej „atrakcji”…

Na szczęście w Tajlandii istnieją również miejsca, w których skatowane, pracujące w cierpieniu przez dziesiątki lat słonie odnajdują swój azyl i zasłużony spokój. Są to miejsca, które funkcjonują dzięki datkom i wsparciu miłośników zwierząt. I choć odwiedziny takiego sanktuarium były najdroższym punktem naszego wyjazdu, to jestem dumna, że dołożyliśmy do tego fantastycznego projektu swoją cegiełkę.

Elephant Nature Park słynie ze swojej charytatywnej działalności na rzecz ochrony i ratowania słoni z niewoli. Ośrodek założyła i prowadzi Sangduen Lek Chailert. Lek została wielokrotnie doceniona, jest laureatką wielu nagród, w tym również Polish Foundation Award, a o ENP powstało wiele filmów dokumentalnych oraz artykułów. To miejsce sprawdzone i pewne, w którym słonie traktowane są z szacunkiem i dbałością.

ENP nie współpracuje z żadnym biurem podróży lub agencją. Rezerwację trzeba dokonać bezpośrednio na stronie internetowej ośrodka. Ze względu na komfort olbrzymów liczba odwiedzających sanktuarium jest ściśle określona, dlatego najlepiej zająć termin z dużym wyprzedzeniem. My zdecydowaliśmy się na pobyt dwudniowy. Liczyłam na możliwość 3 dniowej wizyty, ale jeden nocleg to najdłuższy czas jaki możemy spędzić na terenie ośrodka, poza oczywiście pracą wolontariacką.

Sanktuarium oddalone jest o około godzinę drogi od Chiang Mai, malowniczo położone w dolinie rzeki i otoczone górami. W drodze do parku, jeszcze w busie puszczono nam krótki film dokumentalny uświadamiający skalę przemocy, jakiej doświadczają słonie w trakcie tresury i niewoli. Dokument był tak wstrząsający, że nie byłam w stanie patrzeć. Zamykałam oczy, odwracałam głowę. Nie mogę pojąc.. kim, albo CZYM trzeba być, żeby jakiejkolwiek żywej istocie zadawać tyle bólu. To była dla mnie wyjątkowo trudna godzina, długo nie mogłam dojść do siebie, ale myślę, że trzeba pokazywać okrutną rzeczywistość ludziom. Jakby każdy turysta, jeszcze będąc w samolocie, musiał się z tym zmierzyć, to może świadomość wzrosłaby na tyle, że bezduszny interes przestałby istnieć….?
Załącznik:
DSC01232-Resizer-800.jpg


Przed spotkaniem ze słoniami musieliśmy podpisać oświadczenie, że przebywamy na teren ośrodka na własną odpowiedzialność. Dla bezpieczeństwa, jednoczesne przebywanie na tym samym terenie ludzi oraz swobodnie przemieszczających się zwierząt, wymaga przestrzegania określonych zasad. W ENP w wyznaczonych sektorach jesteśmy zupełnie bezpieczni – na przestronnych podwyższonych platformach spożywa się posiłki, korzysta z masażu, czy po prostu relaksuje podziwiając codzienne życie majestatycznych olbrzymów, które przechadzają się niemal na wyciągnięcie ręki. Przekraczając bramy sanktuarium trzeba zaakceptować jednak fakt, że w tym miejscu wykupione z niewoli i rehabilitowane słonie traktowane są priorytetowo. Odkąd się tu znalazły ich życie przestało być podporządkowane fanaberiom człowieka. Tutaj turysta musi się dostosować. Na otwartym terenie może się zbliżyć do słonia tylko na określonych warunkach – w grupie i z przewodnikiem oraz tylko w określonym czasie. Nie ma prawa ingerować w to, jak słonie funkcjonują. Może za to być obserwatorem ich życia. Mnie to w zupełności wystarcza! :D
Oczywiście przez cały okres przebywania na terenie sanktuarium kluczową rolę odgrywają: zaufanie i odpowiedzialność, ponieważ pracownicy ośrodka nie są w stanie kontrolować każdego z osobna. Teoretycznie nikt nas nie obserwuje i zejść z platformy można w każdej chwili. Praktycznie - nie zalecałabym samotnych przechadzek wśród słoni. ;-)

Naszą przygodę rozpoczęliśmy z dziesiątkami innych turystów na porannym karmieniu z platformy. Okazuje się, że skubańce są wybredne! Jeśli podany arbuz nie jest wystarczająco dojrzały lub po prostu nie sprosta wymaganiom słonia, jest przez niego bezceremonialnie odrzucany. :D Ale spokojnie. To więcej jak pewne, że łasuch da nam drugą szansę – za chwilę wyciągnie trąbę prosząc o kolejną, tym razem staranniej wyselekcjonowaną, porcję. :D
Już pierwsze spotkanie ze słoniami wzbudza niebywały respekt. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko tak dużych zwierząt. Nigdy wcześniej nie miałam okazji ich dotknąć, czy spojrzeć im w oczy. Mają wyjątkowo wymowne i mądre spojrzenie.
Załącznik:
DSC01073-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01080-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01087-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01093-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01086-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01075-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01091-Resizer-800.jpg

Po karmieniu, sympatyczna młoda przewodniczka Pimpakam, zabrała naszą grupę na pierwszy spacer po ośrodku. Przedstawiała po imieniu każdego mijanego olbrzyma i opowiadała jego historię, w większości przypadków tragiczną. Pim mówiła o podopiecznych wyjątkowo ciepło. Doskonale orientowała się w jakim są aktualnie nastroju. Opowiadała, które stada darzą się uczuciem tworząc rodziny, a które od siebie stronią, czy wręcz ze sobą walczą. Już po pierwszych chwilach w parku widoczne było, jak bardzo pracownicy parku są zaangażowani w życie słoni.
Załącznik:
DSC01094-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01097-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01109-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01120-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01126-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01139-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01136-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01161-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01150-Resizer-800.jpg

Słonie azjatyckie są najbardziej owłosionymi przedstawicielami współczesnych słoniowatych. :D
Załącznik:
DSC01148-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01143-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6305-Resizer-800.jpg

Obserwowaliśmy również kąpiel wodną słoniątka i jego matki. To była wyjątkowa frajda dla małego. Podczas harców wielokrotnie zupełnie znikał nam z oczu. Nurkował, kotłował się pod wodą. Byliśmy w szoku, że słonie tak swobodnie czują się zupełnie zanurzone. Momentami byliśmy przerażeni, że małego porywa prąd rzeki, że znalazł się w opałach! Że trzeba ratować! Próbowaliśmy zlokalizować koniec małej trąbki wystający z wody. Nad słoniątkiem ciągle czuwała mama, która swoim ciałem spychała go w górę rzeki.
Załącznik:
DSC01171-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01186-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01168-Resizer-800.jpg

Patrząc na rozbrykanego młodego byłam przekonana, że kąpiel w rzece to jego ulubiony punkt dnia. Myliłam się! Nie wiedziałam, że po opłukaniu się z zaschniętego błota, malec bezzwłocznie biegnie wytarzać się w świeżym! Dokładnie oblepił nim każdą, najmniejszą część ciała! :lol: Dorosłe osobniki również korzystają z eco-spa, w końcu nic tak nie zacieśnia więzów rodzinnych jak błotne szaleństwo!
Załącznik:
DSC01191-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01195-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01199-Resizer-800.jpg

Po południu, kiedy większość wycieczek jednodniowych opuściła już ośrodek, mogliśmy się nieco bardziej zaangażować pomagając pracownikom w schłodzeniu starszych słoni, które ze względu na wiek niechętnie korzystają z rzecznych kąpieli - szybko marzną i mają czkawkę. ;) Miałam chwilę zawahania. Zastanawiałam się, czy angażowanie odwiedzających w kąpiel zwierząt nie jest atrakcją zorganizowaną typowo pod turystów, niekoniecznie w trosce o słonie. Okazuje się, że powtarzający się dwa razy dziennie rytuał przynosi podwójną korzyść. Dla człowieka - oczywistą, ale i dla słonia konieczną. Słoń w naturalnych warunkach, chodząc po dżungli ociera się o drzewa czy zarośla, dzięki temu bezustannie ściera naskórek i usuwa zaschnięte błoto pozbawiając się w ten sposób pasożytów i tworzących się na skórze drażniących „nalotów”. Na otwartej przestrzeni trudniej utrzymać skórę w dobrej kondycji. Ponadto regularna kąpiel wodna jest zwierzętom niezbędna, ponieważ zapewnia termoregulację. Na szczęście leciwe słonie są takimi samymi łasuchami, jak te młodsze, a delikatne przekupstwo sprawdza się tak samo dobrze pod każdą szerokością geograficzną. ;-)
Załącznik:
DSC01272-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01273-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01500-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01476-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01494-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01275-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01504-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01502-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko


Ostatnio edytowany przez Maxima0909 02 Kwi 2018 12:52, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 02 Kwi 2018 12:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
Nazajutrz już z większa śmiałością podchodziliśmy do kolejnych słoni. Wciąż czuliśmy przed nimi respekt, to w końcu duże i silne zwierzęta, ale są jednocześnie delikatne i wywarzone, a ich ruchy są spokojne i pełne godności. Drugiego dnia byliśmy z nimi jeszcze bliżej i jeszcze bardziej. :)

Poznaliśmy na przykład Mae Jan Peng, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Pełnie Księżyca. Słonica urodziła się około 1943 roku, a do parku na zasłużoną emeryturę trafiła w 2009. Przez wiele dekad pracowała dla człowieka wożąc turystów na grzbiecie. Doznała wielu cierpień, wielokrotnie upadała z wycieńczenia. Do tej pory boryka się ze sztywnymi stawami. Nieszczęśliwie, jest również przykładem słonia, któremu odcięto ogon. To dość popularny zabieg – w XXI wieku nadal wiele Tajów traktuje owłosiony ogon jak talizman przynoszący szczęście… ☹ W ENP Mae odnalazła spokój i szczęście. Leciwa słoniczka zaprzyjaźniła się ze swoim mahunem o imieniu Patee, który opiekował się nią podczas transportu. Zapytaliśmy o nietypowy kolczyk, który nosi. Historia jest bardzo ciekawa. Mae Jan Peng miała w uchu dziurę od uderzenia hakiem. W powstały otwór wkładano hak lub palec i w ten sposób kontrolowano zwierzę w przeszłości. Aby zakryć bliznę i zabezpieczyć słonia przed zaczepieniem i rozdarciem, Patee początkowo codziennie wkładał w otwór świeże kwiaty, które niestety szybko więdły. W końcu Mae doczekała się sztucznego kwiatka, który jest nie tylko symbolem niepowtarzalnej więzi pomiędzy mahunem i słoniem, ale też przykładem na to, jak przeobrazić przykre negatywne wspomnienia w coś pozytywnego. Prawda, że urocze?
Załącznik:
DSC01377-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01467-Resizer-800.jpg

Nieprawdopodobną rzeczą jest również fakt, że uratowane słonie po przyjeździe do sanktuarium, same wybierają sobie opiekunów, którzy będą za nich odpowiedzialny. Dzięki temu zaufanie i nić porozumienia między zwierzęciem a człowiekiem nawiązuje się sama, nie jest wymuszona i sztuczna. Od tej pory są nierozłączni. Mahuni w ENP najczęściej są uchodźcami z Birmy. W zamian za opiekę nad słoniami maja zapewnione zakwaterowanie dla siebie oraz mogą legalnie ściągnąć do Tajlandii swoją najbliższą rodzinę zapewniając im tym samym bezpieczne miejsce do życia. Mahuni towarzyszą swoim podopiecznym właściwie 24 godziny na dobę. Jest to jednak dużo więcej jak praca. To bezgraniczne oddanie. Zupełnie naturalnym jest więc, że z czasem, między człowiekiem a słoniem, tworzy się niezwykła i nieprawdopodobnie mocna relacja. Zaangażowanie i emocjonalna więź są dwustronne. Mahuni zapewniają słoniom opiekę, codzienną kąpiel i odpowiednie pożywienie uwzględniające ich indywidualną dietę, pomagają w rehabilitacji. Jeśli dni są chłodne okrywają słonie kocami, a w nocy, jeśli marzną, rozpalają im dodatkowo „koksowniki” i co 3 godziny wstają, aby stale podtrzymywać ogień. Słoń również troszczy się o swojego mahuna, chroni go, traktuje jak rodzinę, tęskni za nim, kiedy ten raz do roku opuszcza ENP, by pojechać do rodziny w Birmie. To piękna przyjaźń.
Załącznik:
DSC01103-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01188-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01470-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01307-Resizer-800.jpg

Dowiedzieliśmy się, że wykupienie jednego słonia z niewoli jest bardzo kosztowne – średnia cena to 30tys. dolarów. Apple, przewodniczka, która towarzyszyła nam drugiego dnia, mówiła również, że proces ratowania zwierzęcia jest skomplikowany, a negocjacje z właścicielami są często na tyle zaciekłe i długotrwałe, że bywa, że wycieńczone słonie padają zanim nadejdzie pomoc. W negocjacjach należy być jednak nieustępliwym i podchodzić do nich bez emocji, ponieważ łatwy i szybki pieniądz dla właściciela dałby mu jedynie możliwość pozbycia się słabego słonia i zainwestowanie w kolejnego - młodego i silnego. W ten sposób koło by się zamknęło, a właściciel właściwie niczego by się nie nauczył…

Większość słoni nigdy nie będzie mogła powrócić do zupełnej wolności, bo prawie wszystkie z nich są stare, schorowane i za bardzo uzależnione od człowieka. Istnieje też duże ryzyko, że po ich uwolnieniu zostałyby ponownie złapane. Apple jednak wspominała o projekcie, który zakłada wykupienie dużego obszaru lasów (ich teren objęty jest tajemnicą), gdzie stosunkowo młode osobniki lub te urodzone już w parku zostałyby przetransportowane i w naturalnych warunkach mogłyby powrócić do samodzielnego życia. Byłyby na terenie zamkniętym, więc nie mogłyby wpaść w niepowołane ręce, a kontrola, czy ingerencja ze strony parku byłaby ograniczona do minimum.

Słonie przyjeżdżające do sanktuarium są w opłakanym stanie. Wychudzone, odwodnione, z otwartymi ranami, urazami kręgosłupa i stawów. W ośrodku natychmiast obejmowane są kompleksową opieką medyczną. Dba się również o poprawę stanu psychicznego słoni, które po traumatycznych przeżyciach często są niestabilne emocjonalnie. Wieloaspektowa rehabilitacja to żmudny proces wymagający czasu, wysiłku i samozaparcia, ale przynosi fantastyczne efekty. Popatrzcie sami:
Załącznik:
DSC01236-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01237-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01239-Resizer-800.jpg

Zaledwie 12 godzin przed naszą wizytą, do Elephant Nature Park przywieziona została DaLah, 23 letnia słonica uratowana z Phuket. DaLah była bardzo wychudzona. Miała skomplikowane złamanie przedniej nogi. Kulała. Przemieszczała się bardzo powoli podpierając się trąbą. Musiała czuć, że ludzie, którzy przyjechali po nią do Phuket niosą pomoc, bo podobno nie stawiała oporu, była nieprawdopodobnie uległa i łagodna. Czekała ją bardzo trudna, 41 godzinną podróż do Chiang Mai, ale słonica była wyjątkowo zdeterminowana i pod opieką weterynarza, z pomocą troskliwych ludzi i środków przeciwbólowych, bardzo dzielnie zniosła niedogodności związane z transportem.
Ponieważ nasze wizyty w sanktuarium się zbiegły w czasie, to zajęła w moich wspomnieniach wyjątkowe miejsce… Od tamtego czasu śledzę jej dalsze losy. Po 5 miesiącach stan fizyczny DaLah widocznie się poprawił. Ból jej nadal towarzyszy, ale stopniowo ustępuje, a opuchlizna schodzi. Czeka ją jeszcze długa rehabilitacja, ale specjalnie dla niej stworzono basen, w którym dowoli może odciążać zmęczoną nogę i dzięki któremu szybciej wraca do zdrowia. Stopniowo przybiera na wadze. Niestety, nie jest jeszcze stabilna emocjonalnie. Lata niewoli sprawiły, że jest nieufna i strachliwa. Nadal trzyma się na dystans. W dalszym ciągu nie odpoczywa psychicznie - stale jest czujna, nie czuje się na tyle swobodnie i pewnie, by się położyć. Śpi na stojąco. Trzymam za nią kciuki!
Załącznik:
DSC01234-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01235-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01404-Resizer-800.jpg


Słonie to na prawdę wspaniałe stworzeniami. Ich poziom odczuwania i wyrażania emocji przyrównuje się do ludzkiego. Są bardzo ekspresyjne, wysoce emocjonalne, towarzyskie i inteligentne. Komunikują się miedzy sobą w bardzo złożony, nadal nie w pełni zrozumiany przez ludzi sposób. Są zdolne do empatii, cierpią po stracie bliskich, płaczą, gdy są niekochane lub samotne. Są bardzo troskliwe i oddane. Kochają się bawić, mają poczucie humoru i psotliwą naturę. Z ich oczu można czytać jak z książki. Widać doskonale, kiedy są wesołe, a kiedy smutne, kiedy ufne, a kiedy zaniepokojone. Potrafią się nawet uśmiechać, żeby nie powiedzieć chichrać. :mrgreen:
Załącznik:
DSC01121-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01130-Resizer-800.jpg

Nie wspomniałam jeszcze o dumie ENP – dwóch około dwuletnich słonikach. Dok Rak i jego siostra Dok Mai zostały pieszczotliwie, i nie bez przyczyny, nazywane Double Trouble. Cały czas psociły, wprowadzały ogólne zamieszanie i zapewniały mnóstwo śmiechu. Dwa niesforne, żywe srebra, zupełnie chyba nie mające świadomości swoich gabarytów bezustannie kogoś goniły, albo komuś uciekały nie dając swoim słoniowym i ludzkim opiekunom ani chwili oddechu. :lol: Niby takie małe, niegroźne, z cudaczną szczecinką na głowie niepozwalającą brać tej dwójki na poważnie, a jak w przypływie ekscytacji i niczym nieograniczonej szczęśliwości, stawiając uszy i trąbę, biegły w naszym kierunku, to momentalnie zrywaliśmy się do ucieczki na wyższe partie platformy. LOL
Załącznik:
DSC01455-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01452-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01243-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01245-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01286-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01289-Resizer-800.jpg

O, tu na przykład pokaz ciosów. „Patrzcie! Mam, i nie zawaham się ich użyć! :D
Załącznik:
DSC01240-Resizer-800.jpg

A tu kolejna próba przeciśnięcia się pomiędzy kamiennymi słupkami. Tym razem skuteczna. :lol:
Załącznik:
DSC01304-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01297-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01311-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01312-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01254-Resizer-800.jpg

Drugiego dnia zajmowaliśmy się głównie karmieniem zwierząt w parku. Najpierw zapakowaliśmy kosze pełne arbuzów na pakę samochodu, a następnie rozwoziliśmy je partiami od stada do stada. Zniecierpliwione słoniątka puszczały się za pickupem pełnym jedzenia w pogoń. A kiedy w końcu nadchodziła ich kolej, zajadały się, aż im się uszy trzęsły. :D i niech mi ktoś powie, że słonie się nie chichrają. ;-)
Załącznik:
GOPR6355-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01407-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01422-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01423-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01424-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01427-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01434-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01441-Resizer-800.jpg

Trąba jest zdumiewającym, wielozadaniowym organem. Zbudowana z dziesiątek tysięcy mięśni, bardzo unerwiona, odpowiada za większość zmysłów zwierzęcia. Jest słoniową ręką i nosem. Jej giętkość i zdolność manewrowania są imponujące. Dzięki niej słoń może chwytać i podnosić nawet malutkie przedmioty, zdobywać i „oporządzać” pożywienie - zrywać wysoko rosnące liście, czy solidnie otrzepywać łodygi trzciny cukrowej z błota przed ich spożyciem. Transportować wodę do pyska, drapać się, czy chlapać błotem…. ;) Ponad to, trąba jest również narzędziem do rozpoznawania zapachów - sprawdzania dojrzałości arbuzów ;) identyfikowania jadalnych roślin i odżywczych minerałów. Jest narzędziem porozumiewania się z innymi osobnikami – czułego dotykania, tworzenia dźwięków, czy komunikowania poprzez uderzanie o podłoże, ale również wykorzystywana jest w trakcie walki. I wreszcie, trąba umożliwia słoniom oddychanie (niewątpliwie pomocne podczas nurkowania ;-) ). 80% wdychanego powietrza, transportowane jest przez trąbę, a tylko 20% przez pysk. Krótko mówiąc: WOW!
Załącznik:
DSC01369-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01561-Resizer-800.jpg


Słonie wymieniają zęby zwykle sześć razy w ciągu życia. Ostatnie rosną około trzydziestego roku życia. Kiedy z czasem się zetrą lub po prostu wypadną, słoń traci możliwość przeżuwania i odpowiedniego trawienia pokarmu. Główną przyczyną śmierci największych ssaków lądowych jest niedożywienie. Słonie osiągając średnio ok. 60lat umierają z głodu…
W Elephant Nature Park najstarsza słonica YaiBua w parku, ma obecnie ponad 100 lat!!!
Załącznik:
DSC01447-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01450-Resizer-800.jpg

Jak to możliwe? Te z nich, które straciły zęby nadal żyją i cieszą się dobrym zdrowiem, dzięki temu, że codziennie otrzymują łatwostrawne, niewymagające przeżuwania pożywienie. Sami mieliśmy możliwość przyrządzenia posiłku dla dwóch starszych pań. :mrgreen: Uformowaliśmy spore kulki z najbardziej dojrzałych rozgniecionych bananów, mąki ryżowej, kukurydzy i dodatku odżywki białkowej, po czym karmiliśmy je wkładając je wprost do słoniowej paszczy! :o To było niesamowite przeżycie.
Załącznik:
DSC01523-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01528-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01535-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01542-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01544-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01554-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01562-Resizer-800.jpg

Najedzony słoń, to szczęśliwy słoń. :D
Załącznik:
DSC01560-Resizer-800.jpg


Park jest też domem bizonów oraz dla całej masy psów i kotów, głównie uratowanych z powodzi w Bangkoku z 2011. Zwierzęta, mimo liczebności, zaskakująco dobrze się dogadują i czują w swoim towarzystwie. Będąc dwa dni w ośrodku można pomóc pracownikom schroniska wyprowadzając w określonych godzinach niektóre z psiaków na spacer. (Z różnych względów nie wszystkie mogą swobodnie chodzić po parku.) Nam trafiła się cudowna Walk-In ("Walk-In because one day she just walked in to our park and stayed").
Załącznik:
DSC01233-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01461-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01327-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01328-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01329-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01333-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01341-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01345-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01337-Resizer-800.jpg

Ogromne ilości jedzenia (zdrowy słoń codziennie pochłania pokarm ważący ok 10% swojej masy, to oznacza, że przeżuwa ok. 150-300kg dziennie!), do tego specjalistyczna opieka medyczna, wykupienie, utrzymanie i zadbanie o odpowiednią przestrzeń dla słoni – to wszystko wymaga olbrzymich nakładów finansowych. Funkcjonowanie takich sanktuariów możliwe jest tylko przy wsparciu finansowym niezależnych ludzi. Jeśli chcecie pomóc i możecie wydać określoną kwotę, wspierajcie projekty jak ten.

Spotkanie z łagodnymi olbrzymami było spełnieniem moich marzeń i wydarzeniem absolutnie niezwykłym. To bezcenne doświadczenie, które zapamiętam do końca życia i które polecam każdemu, komu los zwierząt nie jest obojętny. Pamiętajmy, że jako turyści mamy realny wpływ na los słoni. Jeśli nie będzie popytu, nie będzie też podaży. Szukajmy mądrzejszych alternatyw dla przejażdżki na grzbiecie majestatycznych słoni i miejsc, gdzie zwierzęta żyją szczęśliwie, godnie i bez bólu.
Załącznik:
DSC01518-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 15 Kwi 2018 20:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
2. 11. - Chiang Mai oraz 3-dniowy Festiwal Światła

Po wizycie u słoni przyszedł czas na wstępne rozeznanie miasta. Chiang Mai, dawna stolica królestwa Lanna, to brama do zupełnie innej Tajlandii, niż ta, którą znamy z południa. Jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów, ale położone malowniczo na terenach górskich i wypełnione po brzegi świątyniami miasto zachowało więcej charakteru i autentyczności. Otoczone murem centrum, nazywane starym miastem, zbudowane jest na planie kwadratu. Spodziewałam się czegoś na wzór marokańskich medyn, ale w rzeczywistości w wielu miejscach mury są szczątkowe, a plan kwadratu wyznacza jedynie otaczająca mury fosa.
Najbliżej naszego hostelu stała Wat Phra Singh, więc tam skierowaliśmy pierwsze kroki.
Załącznik:
DSC01600-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01604-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01609-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01612-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01614-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01619-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01623-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01624-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6386p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01626-Resizer-800.jpg

Świątynie nigdy nie stanowiły szczególnie ważnych punktów w naszych wyjazdowych planach. W Tajlandii było podobnie. Wyjątkowo bogato zdobione buddyjskie świątynie są, bez dwóch zdań, imponujące, ale odbieramy je jako estetyczną całość, nie przywiązując wagi do symboliki poszczególnych detali i elementów architektonicznych. Nie miało więc dla nas większego znaczenia, do której z nich zaglądniemy - decydowaliśmy dość spontanicznie, bez planu... jedne po prostu przyciągały nas bardziej, inne mniej.
Załącznik:
DSC01631-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01634-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01662-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01644-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01651-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01650-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02494-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02504-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02500-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02498-Resizer-800.jpg

W przeddzień Loy Krathong w powietrzu dało się już wyczuć oczekiwanie i ogólną ekscytację, związaną ze zbliżającym się festiwalem. Na ulicach trwały ostatnie przygotowania. Służby mundurowe dbały o to, aby wyznaczyć i odpowiednio przygotować dystrykty w mieście, w obrębie których planowane były uroczystości. Mnisi jeszcze gęściej przyozdabiali miasto wielobarwnymi latarenkami i wstążkami.
Załącznik:
DSC01652-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01653-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01659-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01667-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01695-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01697-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01692-Resizer-800.jpg

Stare miasto przez cały rok emanuje fajną aurą, dlatego od początku szukaliśmy hostelu wewnątrz murów, ale w okresie około-festiwalowym, szczególnie wieczorami, uliczki stawały się jeszcze bardziej magiczne, a spacery były jeszcze bardziej przyjemne. Bezustannie poruszaliśmy się wśród setek, jeśli nie tysięcy kolorowych, świecących i dyskretnie szeleszczących na wietrze papierowych lampionów, zwanych Khom Kwaen, które po zmroku są nieprawdopodobnie efektowne. Mijaliśmy mnóstwo mnichów w pomarańczowych szatach. (Niezmiennie pozostaje pod ich urokiem. :o ) Po zmroku zaglądaliśmy do przeróżnych, pięknie przystrojonych świątyń, które zanim przyciągnęły wzrok, najpierw wabiły bardzo subtelnym dźwiękiem dzwoneczków rozwieszonych w pobliżu i zapachem kadzideł. Wszystkie te aspekty składały się w spójna całość i tworzyły klimat miasta tajemniczego, nieoczywistego i trochę zadumanego.
Załącznik:
DSC01897-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01725-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01680-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01676-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01673-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02584-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02590-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02599-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02606-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02614-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02622-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02623-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01898-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01905-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01908-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01910-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01913-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01902-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01920-Resizer-800.jpg

Festiwal Światła to 3-dniowe wydarzenie, na które głównie składają się Loy Krathong i Yee Peng. W 2017 roku oficjalna inauguracja festiwalu przypadła na 2 listopada. Punktualnie o 19:00, na centralnym placu starego miasta, ponad 300 kobiet otworzyło ceremonię dostojnym tańcem Lanna.
Załącznik:
DSC01762-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01802-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01800-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01849-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01814-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01822-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01878-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01877-Resizer-800.jpg

I właściwie od tego uroczystego momentu, aż do 5 listopada, nieprzerwanie, od rana do nocy, Chiang Mai świętowało i biło w rytmie mniejszych, bądź większych wydarzeń, dlatego relacji z tego wydarzenia nie będę dzielić kolejno na 3 wieczory. Podsumuję najważniejsze punkty ceremonii w jednym dłuższym poście.

Co roku, najczęściej w listopadzie, w Tajlandii obchodzony się bajecznie kolorowy i ciekawy festiwal - Loy Krathong. Jest on tradycyjnym świętem odbywającym się z okazji zakończenia pory deszczowej, w dwunastym miesiącu lunarnym tajskiego kalendarza, w trakcie pełni księżyca. Istotą obrzędu jest puszczanie na wodę rozświetlonych łódeczek - stąd festiwal wziął swoją nazwę. Krathongi, czyli malutkie dratewki tradycyjnie wykonywane z pnia bananowca, bądź styropianu, a następnie otulane bananowymi liśćmi oraz przyozdabiane kolorowymi kwiatami, świeczkami oraz kadzidełkami, są głównym symbolem festiwalu.
No dobrze, a jakie znaczenie dla Tajów ma rytuał puszczania kolorowych rozświetlonych stroików na wodę? To przede wszystkim forma podziękowania duchom wodnym i bóstwom rzecznym za brak monsunowych powodzi, czy obfite deszcze umożliwiające uprawę oraz późniejsze zbiory ryżu. Odpływające w dół rzeki stroiki symbolizują również pożegnanie z tym, co złe i prośbę o lepszy los. Przesądna niby nie jestem, ale nie zaszkodzi spróbować. ;-)
Załącznik:
DSC02002-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02153-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02154-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01928-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01952-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01953-Resizer-800.jpg

Do Chiang Mai przyciągnęło mnie jednak inne święto. Święto następujące dzień po Loy Krathing, mianowicie - Yee Peng. Zdjęcia dokumentujące to wydarzenie zupełnie mnie zahipnotyzowały. Uznałam, że to jedno z najciekawszych festiwali na świecie i nie darowałabym sobie, gdybym nie uwzględniła go w planie naszej tajskiej wyprawy. W odróżnieniu od Loy Krathong, Yee Peng obchodzone jest jedynie na północy kraju, w związku z tym pobyt w Chiang Mai zaplanowałam z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Symbolem Yee Peng są puszczane w nocne niebo Khom Loy, czyli papierowe lampiony o cylindrycznym kształcie, usztywnione drutem, z doczepionym bawełnianym elementem, który się podpala. Wypełniając się gorącym powietrzem lampiony unoszą się do góry. Buddyści wierzą, że wraz z khom loy do nieba odlatują kłopoty i nieszczęście. Jeśli balon zniknie nam z oczu zanim ogień zgaśnie, właściciela czeka szczęście w zbliżającym się roku. ;)
Załącznik:
DSC02189-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01957-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02201-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02203-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02209-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02208-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02185-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01974-Resizer-800.jpg

Nieprawdopodobne widowisko spełniło absolutnie wszystkie moje oczekiwania. Na żywo spektakl unoszących się w granatowe niebo tysięcy migoczących lampionów jest jeszcze bardziej hipnotyzujący i poruszający, niż na zdjęciach. Nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie można zobaczyć coś tak spektakularnego, na równie wielką skalę.

Yee Peng ma niestety również drugą, ciemniejszą stronę, o której raczej się nie mówi. Początkowo wydawało mi się, że władze miasta organizacyjnie udźwigną to wydarzenie. Festiwal w Chiang Mai odbywa się od wielu lat, więc teoretycznie służby zabezpieczające event powinni zdobyć już w tej kwestii pewne doświadczenie i wprawę. Faktycznie, nad porządkiem czuwała masa policjantów - ale wygląda na to, że czasami nawet cała armia wojska byłaby bezsilna wobec ludzkiej głupoty i bezmyślności. A tej niestety nie brakowało…
Wydarzenia masowe zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko. Mundurówka była widoczna na każdej ulicy, ale przy tak ogromnym tłumie nie była w stanie zapanować nad ogólnym chaosem. Ludzie, w celu wypuszczenia swojego lampionu, udawali się głównie na most Nawarat Bridge. Było na nim tak tłoczno, że wydawało mi się, że decyzja wejścia wiązałaby się z zejściem z niego dopiero nazajutrz. :D
Załącznik:
DSC02193-Resizer-800.jpg

No i w tym miejscu czar i magia festiwalu pryska, a pierwsze skrzypce zaczyna grać krótkowzroczność i bezmyślność ludzi. Widzieliśmy zbyt dużo nieodpowiedzialnych działań i niebezpiecznych sytuacji, żeby zdecydować się w tym uczestniczyć. Widzieliśmy momenty, kiedy odpalane w gęstym tłumie lampiony były wypuszczane z rąk zbyt wcześnie i nienapełnione wystarczającą ilością ciepłego powietrza zamiast się wzbijać, lądowały parę metrów dalej - na czyjejś głowie. W tak ogromnym ścisku nie było swobody ruchu, czy drogi ucieczki. Ludzie w panice uderzali opadający lampion chcąc zmienić kierunek jego lotu. Papierowe ściany błyskawicznie zajmowały się ogniem, a po kolejnym uderzeniu rozpadały na dziesiątki palących się strzępków lądujących bez ładu, gdzie popadnie. Wydawać by się mogło, że po pierwszej takiej sytuacji do ludzi coś dotrze, że wyciągną jakieś wnioski… ale nie. Za chwilę piski rozbrzmiewały kilka metrów dalej. I znowu, i znowu, i znowu….
Zeszliśmy nad brzeg rzeki Ping, który był również zatłoczony, ale wydawał nam się nieco bezpieczniejszy. Na niczym nieograniczonej przestrzeni mieliśmy mimo wszystko więcej swobody. Ale tej nocy wiatr był dość silny i część lampionów, które zostały wypuszczone z pierwszej części mostu, lądowały na drzewach nad nami. Wbijały się głęboko w korony paląc liście. A te… po chwili opadały rozżarzonym złotym deszczem na tłum.
Załącznik:
DSC02171-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02173-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02162-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02165-Resizer-800.jpg

Ze względu na festiwal wszystkie loty nad Chiang Mai zostają wstrzymane na okres trzech dni, ale to nie wystarczy. Niebezpieczeństwo, jakie niosą ze sobą latające lampiony nadal jest duże. W drodze powrotnej do hostelu, widzieliśmy jak opadający lampion wpadł komuś na balkon. I długo jeszcze się na nim wypalał…
Nie wiem, czy można tego typu festiwal zorganizować lepiej, mądrzej… My w każdym razie, po zobaczeniu związanego z nim chaosu, zrezygnowaliśmy z puszczania własnego. Zakupiony lampion zostawiliśmy przy pierwszym lepszym ogrodzeniu, poszliśmy na sushi, a potem pod niebem usłanym tysiącami migoczących lampionów, udaliśmy się do hotelu.
Załącznik:
DSC01991-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01994-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01998-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02000-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02146-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02215-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02220-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02232-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 18 Kwi 2018 22:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
3.11. – kurs gotowania, czyli jak smakuje Azja?

Po wykonaniu stosownego researchu przed wyjazdem, północ Tajlandii zaczęła nam się kojarzyć z wyśmienitą regionalną kuchnią. Konsekwentnie, niemal natychmiast zamarzył nam się kurs gotowania, który przybliżyłby nam tajniki kuchni azjatyckiej. Okazało się, że spokojne, klimatyczne okolice Chiang Mai są doskonałym miejscem na rozpoczęcie kulinarnej przygody. Mnogość szkół, różnorodność kursów i wachlarz możliwości, jakie oferują może początkowo onieśmielać, dlatego należy obrać jakąś strategię, zgodnie z którą przeprowadzimy wstępną selekcje. ;-) Uznaliśmy, że idealny kurs gotowania bezwzględnie musi spełnić 3 wymagania:
Po pierwsze – powinien być rozpoczęty wizytą na lokalnym targu, gdzie zostaniemy wstępnie zaznajomieni z lokalnymi produktami,
po drugie – powinien odbyć się w pięknych okolicznościach przyrody, tj. na farmie, nie w mieście
i po trzecie – chcieliśmy sami zdecydować z jakimi potrawami będziemy się mierzyć. (Większość szkół gotowania narzuca z góry wyznaczone dania, a menu jest uzależnione od dnia tygodnia.)

Ostateczny wybór padł na Asia Scenic Thai Cooking i był to strzał w dziesiątkę! Całodniowy kurs trwał około 6-7godzin, podczas których mieliśmy okazję przygotować aż 7 potraw. Cena 1200THB/ os., poza lekcją gotowania, obejmuje również transport do i z farmy, wycieczkę na bazar, powitalną przekąskę, wodę pitną w nieograniczonej ilości oraz książkę kucharską na zakończenie kursu. Myślę, że to rozsądna cena. No to w drogę....
Załącznik:
GOPR6429-Resizer-800.jpg

Pierwszy etap kursu to krótka, rzeczowa porcja informacji przekazana nam na lokalnym bazarze.
Załącznik:
DSC02009-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02011-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02012-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02018-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02031-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02014-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02016-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02026-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02025-Resizer-800.jpg

Następnie, po dotarciu na farmę czekała nas przechadzka po ogrodzie. Fantastyczne jest to, że produkty, z których korzystaliśmy podczas kursu rosły niemal na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy zatem pewność, że zerwane bezpośrednio przed lekcją, były świeże. Głównymi składnikami kuchni tajskiej są liście limonki kaffir, trawa cytrynowa, imbir, galangal, bazylia, która występuje w Azji w kilku odmianach oraz chili. Podczas spaceru po ogrodzie wszystkich mieliśmy okazję powąchać, dotknąć i posmakować. Część zebraliśmy własnoręcznie, aby skorzystać z nich podczas gotowania.
Załącznik:
DSC02050-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02047-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02052-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02062-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6441p-Resizer-800.jpg

Przed zakasaniem rękawów zostaliśmy jeszcze poczęstowani tradycyjną powitalną przekąską – Maeng Kum. Jej nietypowość polega na tym, że należy ją przyrządzić samodzielnie, łącząc wedle swoich upodobań, w odpowiednich proporcjach, podane składniki: drobniutko posiekane imbir, szalotka i ostre zielone chili, cząsteczki limonki ze skórką, podsmażane orzechy ziemne, prażone wiórki ze świeżego młodego kokosa, słodki syrop (skład: cukier palmowy, sól szalotka, imbir i woda) oraz liść – betel, znany również jako pieprz żuwny.
Liść składamy dwukrotnie tak, aby powstała kieszonka. Kieszonkę napychamy mieszanką składników, a następnie wkładamy do buzi na raz i mielimy. :D Początkowo kubki smakowe wariują, ale po krótkiej chwili następuje prawdziwa eksplozja smaków – słonego, słodkiego, kwaśnego, pikantnego, nieco gorzkiego – o dziwo, wszystkie do siebie pasują! To jedna z ciekawszych rzeczy, jaką w życiu próbowałam.
Załącznik:
DSC02071-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02075-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02072-Resizer-800.jpg

I w końcu przychodzi czas na gwóźdź programu, czyli kurs przekuwający wiedzę teoretyczną w praktykę.
Na każdego czekał uroczy różowy fartuszek (:D) oraz osobne stanowisko pracy – kuchenka i wok. Tego dnia towarzyszyła nam piękna słoneczna pogoda, więc gotowanie na świeżym powietrzu było bardzo atrakcyjne.
Załącznik:
DSC02039-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02041-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02045-Resizer-800.jpg

Z każdej kategorii wybieraliśmy po jednej potrawie.
Załącznik:
DSC02046-Resizer-800.jpg

Przyznam szczerze, że daleko mi do kuchmistrza i trochę stresowałam się tym całym kucharzeniem. Że się nie nadaję, że będę odstawać od grupy przy siekaniu :D, że może to dla pasjonatów i ludzi z doświadczeniem kucharskim, itp... Nic bardziej mylnego! Genialne jest to, że nauka odbywa się w bardzo luźniej i wesołej atmosferze. Bez żadnego skrępowania i spięcia tworzyłam swoje małe kulinarne cuda, które później oczywiście z nieukrytym zachwytem zjadałam do ostatniej nitki makaronu lub łyżki zupy. :mrgreen:
Załącznik:
DSC02084-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02131-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02133-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02116-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6450-Resizer-800.jpg

W związku z tym, że jest to kurs gotowania, a nie radosna twórczość własna ;-) oczywiście stosowaliśmy się do zaleceń instruktorki, ale w dosmaczaniu dań mieliśmy pełną swobodę. Każdy indywidualnie określał poziom pikantności decydując się na określoną liczbę papryczek. Instruktorka często zachęcała do eksperymentów. Sugerowała by nie odmierzać cukru palmowego, czy sosu rybnego/ostrygowego łyżeczkami. Z uśmiechem wielokrotnie powtarzała „be emotional”. :twisted:
Muszę stwierdzić, że kuchnia tajska jest niesamowicie wdzięczna. Przed kursem nie mieliśmy o niej zielonego pojęcia, a mimo tego zupełnie nie wpłynęło to na słabą jakość naszych, wykonywanych pierwszy raz w życiu, potraw. Nieskromnie powiem nawet – wszystko były wyśmienite!
Załącznik:
DSC02088-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02114-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02135-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02137-Resizer-800.jpg

Po 5 potrawie mieliśmy godzinną przerwę na odpoczynek. Można było się przespacerować po ogrodzie lub po prostu wypocząć w hamaku. Kolejny plus dla Asia Scenic. ;)
Załącznik:
GOPR6459-Resizer-800.jpg

Na koniec jeszcze lekcja przygotowywania tradycyjnych tajskich deserów. Smażone na głębokim tłuszczu banany w cieście oraz mango sticky rice z ryżem barwionym kwiatami z pobliskiego ogródka. Niebo w gębie!
Załącznik:
DSC02127-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02138-Resizer-800.jpg

Po zakończeniu kursu każdy uczestnik dostał na pamiątkę książeczkę kucharską. To miły gest. Po pierwsze mogliśmy się oddać gotowaniu w całości, nie zaprzątając sobie głowy chaotycznym zapisywaniem przepisów gdzieś w międzyczasie, a po drugie - to bardzo praktyczna pamiątka, bardzo ułatwiająca odtwarzanie tych samych smaków i zapachów w zaciszu domowym. Proste, rzeczowe przepisy już wielokrotnie przenosiły nas do przyjemnego, słonecznego popołudnia na farmie w Chiang Mai. :mrgreen:


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
Grzes830324 uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 19 Kwi 2018 00:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1020
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Fajny ten kurs, chyba następnym razem w Tajlandii muszę się na coś takiego wybrać.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
Maxima0909 lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 19 Kwi 2018 16:13 

Rejestracja: 16 Wrz 2015
Posty: 78
Fajna relacja, widać że super spędziliście ten czas. No i mega inspirująca, ten kurs gotowania :D Z niecierpliwością czekam na dalszą część. Na pewno będę korzystac jak w końcu uda mi się tam wybrać :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 06 Maj 2018 19:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
4.11. – Uwięzione w tradycji kobiety z plemienia Padaung.

„ (…) Ale nie byłoby też wielu tradycji, ponieważ prawdopodobnie nie przetrwałyby, gdyby nie turyści płacący bilety wstępu za szansę zobaczenia na przykład kobiet nazywanych żyrafami. Zapewne przedstawicielki plemienia Padaung przestałyby wydłużać swoje szyje i zakuwać je w mosiężne obręcze, gdyby nie ludzie tacy jak… my. Decydując się bowiem na zrobienie odcinka „Kobiety na krańcu świata” w ich wiosce, wiedziałam, że automatycznie wspieram finansowo ów proceder. Że moje pieniądze i zainteresowanie sprawią, że kolejne matki będą zakładać swoim nieletnim córkom na szyje nowe obręcze, a te będą to samo robiły swoim córkom, traktując to jako najlepszy sposób zarabiania na życie. Przyznaję, mnie również przywiodły do tej wioski ciekawość i chęć dowiedzenia się, jak te kobiety sobie radzą, czy ich szyje mają rzeczywiście 40 centymetrów długości, jak śpią z takimi okowami, wreszcie czy zdejmują obręcze i czy to prawda, że po ich usunięciu szyje pękają niczym zapałki? Jechałam jednak do nich dręczona wątpliwościami i wyrzutami sumienia, czy to etyczne.” - fragment z „Tajlandia” Martyny Wojciechowskiej
Załącznik:
DSC02308-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02307-Resizer-800.jpg

Temat kobiet z plemienia Padaung budzi wiele emocji i jest niezwykle kontrowersyjny. Osobiście kilka miesięcy biłam się z myślami i zastanawiałam się nad etyką/moralnością tego typu wycieczek. Konsultowałam się z kim mogłam, zbierałam opinie, również wśród doświadczonych i znanych podróżników, starałam się do tematu podejść odpowiedzialnie i bardzo powoli wyrabiałam sobie własne zdanie, a jednak w dniu wyjazdu nadal nie byłam pewna swojej decyzji.

Plemię, o którym mowa stanowią uchodźcy z Birmy, którzy w latach 80. XX wieku uciekli z rodzinnego kraju przed brutalnym reżimem. Sąsiadujące kraje przyjęły Birmańczyków umieszczając ludzi w obozach dla uchodźców. Nie jest to oczywiście rozwiązanie idealne. Sąsiadujące kraje zapewniają bezpieczeństwo, ale poziom niepokoju w obozach, ich przeludnienie (w Mae La, największym z dziewięciu obozów dla uchodźców wzdłuż granicy z Birmą, mieszka około 100 tysięcy osób), brak swobody przemieszczania się, trudności ekonomiczne oraz brak perspektyw na edukację i legalną pracę są na tyle trudne do zaakceptowania, że w wielu obozach odnotowuje się drastycznie rosnącą liczbę samobójstw. Stała niepewność co do przyszłości to piekielnie ciężkie życie, które trudno sobie wyobrazić siedząc wygodnie w domu na kanapie. Z drugiej jednak strony obóz jest mniejszym złem i pewnego rodzaju azylem - powrót do Birmy wciąż wiąże się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Wśród wielu tysięcy uchodźców do obozów trafili również przedstawiciele grupy etnicznej Padaung. Słowo "Padaung" znaczy dosłownie "miedziane obręcze" od typowej ozdoby kobiet należących do tego ludu. Charakterystyczne kobiety z długimi szyjami (same wolą siebie nazywać – Kayan) błyskawicznie wzbudziły zainteresowanie swoim niezwykłym wyglądem. Momentalnie zwęszono interes i stworzono dla nich specjalne wioski, do których zostały przeniesione wraz z rodzinami. W wioskach stały się swoistą atrakcją turystyczną i zakładniczkami swojej tradycji jednocześnie. No i tu zaczynają się spekulacje i kontrowersje – czy odwiedzając takie wioski-cepelie mamy prawo ingerować w życie tych ludzi, czy etycznym jest wykupować wycieczki polegające na oglądania codziennego życia „długich szyi”, czy nie wyrządzamy im krzywdy napędzając biznes i napychając kieszenie biznesmenom, itd…

Myślę, że przerzucanie się radykalnym „tak”, bądź „nie” bez namysłu jest krzywdzące – i dla tej grupy etnicznej, i dla turystów którzy „ośmielili się” z takiej wycieczki skorzystać. Nic w życiu nie jest po prostu ani czarne, ani białe. W tym temacie skala szarości jest wyjątkowo rozbudowana i decyzja, którą podejmiemy zawsze, mniej lub bardziej, będzie opierać się na „wyborze lepszego zła”, dlatego każdy, dopiero po wnikliwym zgłębieniu tematu i rozeznaniu rzeczywistych opcji, jakie aktualnie ma plemię Padaung, w swoim sumieniu powinien zdecydować, czy z takiej wycieczki skorzystać, czy też nie.

Plemię Padaung nie ma praw jak Tajowie, nie mają dokumentów tożsamości, rzadko kończą szkoły, nie mogą szukać pracy poza wioską, więc ich niemalże jedynym źródłem utrzymania jest rękodzieło i fakt, że turyści chcą podziwiać ich nietuzinkowy wygląd. Kobiety zalazły się w sytuacji patowej - stały się poniekąd niewolniczkami swoich obręczy. „Poniekąd”, ponieważ jestem świadoma faktu, że zamknięte wioski nie zapewniają wymarzonych warunków do życia, ale podchodząc do tematu bez emocji i znając ich realne na ten moment alternatywy (którymi są albo powrót to Birmy, albo życie w przepełnionych obozach dla uchodźców), to zaryzykuję stwierdzenie, że atrakcyjne w oczach turysty mosiężne obręcze, są nie tyle ich przekleństwem, co błogosławieństwem. Kobiety-żyrafy są, owszem, wystawione „na pokaz” turystom, ale obręcze zapewniają im bezpieczeństwo i pewność stałych zarobków.
Załącznik:
DSC02254-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02259-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02277-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02261-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02278-Resizer-800.jpg

Często spotykałam się z opiniami, że wioski nie są autentyczne. Nad tym również się zastanawiałam... Co to znaczy „nieautentyczne”? Owszem – wioski zostały stworzone, po to, aby przyciągnąć turystów. Ale na tym według mnie ich „nieautentyczność” się kończy. Plemie Padaung wiedzie tam prawdziwe codzienne życie. Kobiety noszą prawdziwe mosiężne obręcze, których nie ściągają zaraz po tym, jak ostatni turysta opuści teren wioski. Całe rodziny mieszkają tam na co dzień i również tam wychowują dzieci. Nie przyjeżdżają do wioski, jak do miejsca pracy, na kilka godzin, żeby turysta pooglądał. Po pracy opuszczają kramiki i wracają do swoich rodzinnych domów odsuniętych nieco od głównego „turystycznego” placu.
Załącznik:
DSC02252-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02264-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02266-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02273-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02290-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02292-Resizer-800.jpg

Ich rzeczywistość jest inna, a praca specyficzna - polegająca na wyrabianiu materiałów, sprzedaży pamiątek i obcowaniu z turystami - ale czy w ostatecznym rozrachunku, to nie łatwiejszy chleb, niż praca na roli i przebywanie w przeludnionych obozach?
Ich położenie nie jest łatwe i z całego serca życzę im lepszego życia, ale dopóki nie jest to możliwe, to może nasze pieniądze zapewniają im przynajmniej lepsze warunki bytowe, niż obozowe realia, prostszą pracę (najczęściej wystarczy, że są) i pewność jutra? Może właśnie nasze pieniądze pomagają im z większą nadzieją i mniejszym strachem patrzeć w przyszłość…?
Załącznik:
DSC02293-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02303-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02253-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02288-Resizer-800.jpg


Pozostawiając na chwilę problemy etyczne, oto kilka informacji praktycznych:
Wycieczka Chiang Dao Cave and Five Different Hill Tribes zorganizowana była przez biuro bonvoyagethailand. Samej rezerwacji dokonał dla nas autor jednego z blogów podróżniczo-kulinarnych, który mieszka w Chiang Mai od kilku lat. Koszt wycieczki to 1150THB/os., a jej plan zawierał wizytę w wiosce-cepelii, gdzie oprócz przedstawicielek plemienia Padaung można zobaczyć również inne, najbardziej znane górskie plemiona zamieszkujące północną Tajlandię, czyli Akha, Lahu, Karen, Hmong i Lisu, następnie wizytę w nie-turystycznej wiosce plemienia Akha, jaskinię Dao Cave oraz na zakończenie przystanek na farmie orchidei i motyli.

Wioska, a właściwie część stworzona z myślą o odwiedzających turystach, to kilkanaście kramików z pamiątkami i rękodziełem.
Załącznik:
DSC02296-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02267-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02313-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02304-Resizer-800.jpg

Kobiety Kayan tradycyjnie trudnią się tkactwem, więc większość z nich siedziała przy krosnach i była zajęta pracą lub sprzedażą drewnianych figurek, szali, czy bransoletek. Nie były nachalne, nie szukały na siłę kontaktu z turystą. Muszę przyznać, że początkowo nie czułam się zręcznie kierując obiektyw w ich stronę. Starałam się robić zdjęcia korzystając z zoomu, bądź pytałam o zgodę wskazując na aparat. Zawsze spotykałam się jednak z uśmiechem i skinieniem głowy.

Właściwie nie wiadomo, skąd wziął się zwyczaj zakładania mosiężnych spirali na szyję. Mówi się, że pierwotnie miały one chronić przed atakami tygrysów. Inne źródła twierdzą, że miały pozbawić małżonki atrakcyjności w oczach mężczyzn z obcych plemion, a w razie zdrady ich zdjęcie miało powodować natychmiastowe złamanie karku kobiety na skutek osłabionych mięśni. Z czasem tradycja się umacniała, a obręcze na szyi zaczęto traktować jako nietuzinkowy atrybut pięknej kobiety. Im obręczy więcej, tym większy szacunek i uznanie wśród mężczyzn należących do plemienia.
Załącznik:
DSC02255-Resizer-800.jpg

Długie szyje ukryte pod zwojami mosiądzu nie są w rzeczywistości dłuższe niż przeciętnego człowieka. Niemożliwym jest rozciągnąć kręgi szyjne. Efekt wydłużenia to złudzenie optyczne, któremu ulegamy, ponieważ opierający się na obojczykach kilkukilogramowy ciężar przez lata prowadzi do osunięciu/zgnieceniu kości i deformacji żeber.

Przewodnik powiedział nam, że już małym dziewczynkom zakłada się niewielką liczbę obręczy. Gdy osiągają wiek ok. 12 lat dziewczynki samodzielnie podejmują decyzję o kontynuacji, bądź rezygnacji z tradycji. W praktyce, zdecydowana większość z nich nie pozbywa się obręczy z 3 głównych przyczyn:
Po pierwsze – są wychowane w określonej tradycji. Noszenie osobliwych obręczy jest dla nich zupełnie naturalne oraz jest wyznacznikiem piękna – ich matka, babka, siostry i sąsiadki noszą obręcze, więc w dziecku przez lata narasta chęć utożsamienia się z grupą najbliższych jej ludzi.
Po drugie – podobno zwyczaj noszenia obręczy jest w plemieniu tak mocno zakorzeniony, że kiedy raz na kilka lat kobiety je zdejmują w celu dołożenia nowych zwojów, to jest to dla nich wyjątkowo krępujące doświadczenie. Czują się wtedy nagie i nieatrakcyjne. Nie chcą, aby ich mężowie je wtedy oglądali. Trudno, żyjąc wśród ludzi o tak głębokich przekonaniach i tak długiej tradycji wyłamać się ze schematu i zdecydować się na samotne podążanie pod prąd.
Po trzecie – są świadome faktu, że niezwykła ozdoba szyi stała się dla nich sposobem na zarobek i gwarancją źródła utrzymania.

Na wzniesieniu, za kramikami znajduje się mieszkalna część wioski. Domki i teren wokół wyglądają bardzo skromnie.
Załącznik:
DSC02323-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02320-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02317-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02319-Resizer-800.jpg

We wiosce spotkaliśmy także bardzo sympatyczną dziewczynkę z plemienia Lisu (jeśli dobrze pamiętam…), kobietę z plemienia Akha, którego znakiem rozpoznawczym są wysokie czapki obwieszone przeróżnymi ozdobami oraz kobietę z grupy etnicznej Kayaw, którą charakteryzują kolczyki rozciągające uszy oraz mosiężne obręcze deformujące łydki.
Załącznik:
DSC02272-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02275-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02300-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02285-Resizer-800.jpg


Przedstawiłam Wam jak w rzeczywistości wyglądają wioski-cepelie. Bez zbędnego koloryzowania poinformowałam z czym wiąże się odwiedzanie tego typu „atrakcji”. Czy kobiety „długie szyje” są zmuszane przez rząd do przebywania w wioskach i przyciągania swoim nietuzinkowym wyglądałem ciekawskich turystów, czy może trwanie w tradycji i wystawianie się na pokaz jest w pełni świadomą decyzją i sposobem na przetrwanie? W ocenie tego pozostanę neutralna.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko


Ostatnio edytowany przez Maxima0909, 13 Cze 2018 12:10, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
Manuel uważa post za pomocny.
 
 
#17 PostWysłany: 10 Maj 2018 22:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
Tak jak wspominałam, całodniowa wycieczka, poza głównym punktem programu, została wzbogacona jeszcze o 3 inne atrakcje.

PLEMIĘ AKHA

Pierwsza, to nie-turystyczna wioska plemienia Akha. Na ile jest ona nieturystyczna, jeśli wizyta w niej jest częścią zorganizowanej przez biuro turystyczne wycieczki? Trudno powiedzieć. Przypuszczam, że nie byliśmy tam ani pierwsi, ani ostatni. Faktem natomiast jest to, że wioska leży w wyższych partiach gór, z dala od głównych dróg i ogólnie pojętej cywilizacji. Dojazd do niej wymagał od kierowcy pewnych umiejętności i determinacji, ponieważ stan dróg, a właściwie momentami ich brak, mocno utrudniał podróż. Niełatwa przeprawa busem dawała nadzieję, że oddalone od popularnego szlaku turystycznego miejsce, nie jest kolejnym, sztucznym tworem.
Załącznik:
DSC02385-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02384-Resizer-800.jpg

Wioskę stanowiło kilkanaście chat usytuowanych wzdłuż głównej, piaszczystej drogi. W czasie naszego pobytu nie było żadnych innych obcokrajowców. Wraz z przewodnikiem udaliśmy się w dół uliczki obserwując życie „zza płotu”. Wioska sprawiała wrażenie opustoszałej i sennej. Oprócz bawiącej się na placu przed chatą gromadki dzieci, niewiele się działo. Ale właściwie o to nam chodziło. Nikt nie wybiegał nam na powitanie, nikt nie przerywał codziennych obowiązków ze względu na nasz przyjazd. Nie wchodziliśmy też na żadną z posesji i nie zaglądaliśmy do niczyich domów. Styl zwiedzania był zbliżony do tego, w jaki sposób podglądaliśmy życie toczące się w pływających wioskach w Kambodży – dawał nam pojęcie o tym, jak żyje plemię Akha, ale nie odbierał prywatności lokalnej ludności.
Załącznik:
DSC02360-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02353-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02365-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02351-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02359-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02364-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02362-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02361-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02337-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02340-Resizer-800.jpg

Zatrzymaliśmy się przy jednej z chat, przed którą pewne małżeństwo leniwie spędzało dzień. Zostawiając nas w tyle, przewodnik podbiegł do gospodarzy pytając, czy możemy grupką podejść bliżej. Otrzymaliśmy zgodę. Małżeństwo było bardzo serdeczne. Kobieta przywitała nas szerokim uśmiechem dumnie odsłaniając czarne uzębienie. :shock: :D Choć wygląda to dość upiornie, okazuje się, że jej zęby są zupełnie zdrowe, a ciemny kolor to efekt długotrwałego żucia beletu oraz nasion palmy areki. Belet farbuje wargi, dziąsła i zęby na czarno, a ślinę na czerwono. Ma działanie lekko podniecające, pobudzające, orzeźwiające oraz lecznicze - odkaża przewód pokarmowy i zabija pasożyty. Ponad to, betel zabezpiecza przed wszelkimi chorobami dziąseł i próchnicą.
Załącznik:
DSC02341-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02344-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02345-Resizer-800.jpg

To fascynujące, jak kanon kobiecego piękna różni się w zależności od szerokości geograficznej, czy tradycji. To, co w naszym odczuciu oszpeca, wewnątrz poszczególnych społecznościach uważane jest za wyznacznik piękna. W plemieniu Padaung symbolem atrakcyjności są długie szyje, wśród Akha, kobiety o najciemniejszym uśmiechu cieszą się największym powodzeniem wśród mężczyzn.
Załącznik:
DSC02372-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02376-Resizer-800.jpg

Mam wrażenie, że trafiliśmy do autentycznej wioski również z uwagi na fakt, że trudno było spotkać kobiety odświętnie ubrane w tradycyjne stroje. Panie z reguły noszą czarne bluzki i spódnice do kolan, a charakterystyczne, bogato zdobione czapki zakładają tylko na wyjątkowe okazje, lub w celu przyciągnięcia turystów.
Załącznik:
DSC02366-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02379-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02370-Resizer-800.jpg


JASKINIA DAO CAVE

Dao Cave, która była kolejnym punktem naszej wycieczki, położona jest u podnóża góry o tej samej nazwie (Doi Luang Chiang Dao - 2,240 metrów n.p.m. to trzeci co do wysokości szczyt w Tajlandii), ok 70 km na północ od Chiang Mai. Jaskini nie tworzy jedna pieczara, a kompleks wielu podziemnych komnat i korytarzy, które rozciągają się na obszarze ok 12-14 km wewnątrz pasma górskiego. Ze względów bezpieczeństwa turyści mogą swobodnie poruszać się na przestrzeni 2 kilometrów i zwiedzać jedynie pięć głównych komnat.
Wejście do jaskini jest dość… zaskakujące i nie-naturalne (w kontekście przyrody). Aby się dostać do jej wnętrza musimy wspiąć się po kilkudziesięciu schodach. Koszt – 40THB/os.
Załącznik:
DSC02395-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02397-Resizer-800.jpg

Po przekroczeniu progu jaskini znaleźliśmy się w dużej sali ozdobionej licznymi posągami i wizerunkami Buddy. Drewnianym podestem przeszliśmy około 500 metrów mijając kilka jam….
Załącznik:
DSC02398-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02405-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02402-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02408-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02411-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02416-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02421-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02431-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02439-Resizer-800.jpg

… by po paru minutach (!) dotrzeć do miejsca, gdzie należało zawrócić. Nasza podziemna przechadzka zakończyła się przy małej kapliczce z kadzidłami i posągiem Buddy, przy którym (ponoć) modlą się lokalni Tajowie. Miejsce na tyle nijakie i przeciętne, że nie zmusiłam się do podniesienia aparatu, żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie….
Dao Cave nie zrobiła na nas absolutnie żadnego wrażenia. Miejscami, podświetlana kolorowymi światłami, była wręcz kiczowata. Jestem zwolenniczką klasycznego, ciepłego światła, które umiejętnie rozstawione, wydobywa z formacji skalnych ich nieprawdopodobne kształty i podkreśla ich naturalne piękno. Zwiedzona przez nas część jaskini została wg. mnie odarta z atrakcyjności - wdarł się sztuczny, wiejsko-dyskotekowy klimat.
Po wyjściu czuliśmy niesmak i odnieśliśmy wrażenie, że Dao Cave była typowym niskobudżetowym, nikomu niepotrzebnym „zapychaczem czasu”, sposobem biura, aby sumaryczny czas wycieczki stosownie się wydłużył i można było wziąć kasę za cały dzień. Jaskini w formie, jaką nam zaoferowano, nie polecamy… to zupełna strata czasu.

Ale!

Okazało się (po powrocie niestety), że Dao Cave można splądrować w inny, z pewnością bardziej ekscytujący sposób! Jaskinia ma bowiem dwa tory zwiedzania.
Pierwszy obejmuje dwie jaskinie: Tham Seua Dao (540 m) i Tham Phra Nawn (360 m), które są ogólnie dostępne, przejścia są niewymagające, przestrzenne oraz łatwe do samodzielnego i swobodnego zwiedzania bez względu na wiek i kondycję. Tą wersję zapewne zrobiliśmy… ;-)
Drugi wariant to szlak nieco głębszy i ciaśniejszy, a dodatkową szczyptę adrenalinki zapewnia fakt, że pozostałe trzy jaskinie: Tham Maa (7365 m), Tham Naam (660 m) i Tham Kaew (477 m), jak i droga do nich, są pogrążone w zupełnej ciemności. Na takie plądrowanie pieczary możemy wyruszyć jedynie z lokalnym przewodnikiem, który zapewnia dodatkowe źródło światła, w postaci………. lampą parafinowej. :o Wyłanianie zakamarków jaskini z mroku, zwiedzanie jej jedynie w blasku ognia lampy - to w musi być niezwykle klimatyczne (lub straszne :P)
Przejście trwa około 30 minut, ponoć niekiedy trzeba się przeciskać przez wąskie tunele i uważać na czyhające w ciemności nierówności i nieoznakowane jamy. Ta ciemna, tajemnicza strona Dao Cave, o której nie wiedzieliśmy, zapewnia intensywniejsze doznania i z pewnością odkrywanie jej jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Jeśli ktoś z was był, to chętnie posłucham relacji z pierwszej ręki.

FARMA ORCHIDEI I MOTYLI

Ostatnia, równie wątpliwa atrakcja, to farma orchidei i motyli. Wątpliwa nie w kontekście zasobności, czy jakości farmy, bo miejsce jest całkiem sympatyczne - z tysiącem różnorodnych i barwnych orchidei, rozwieszonych wzdłuż alejek, którymi można byłoby kluczyć bez końca. Widok jest ciekawy, jednak dość jednorodny i.. monotonny. Myślę, że dla miłośników botaniki mogłaby to być nie lada gratka, aby przeciętny Kowalski raczej nie znajdzie tam niczego, co mogłoby go zatrzymać na dłużej.
Załącznik:
DSC02455-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02457-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02452-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02453-Resizer-800.jpg

Przestrzeń, na której trzymane są motyle jest mała i oczywiście odgrodzone siatką. Może trafiliśmy na nieodpowiednią porę, bo motyli była zaledwie garstka i musieliśmy się ich doszukiwać. Znaleźliśmy jednak kilka całkiem ładnych okazów. ;)
Załącznik:
DSC02442-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02443-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02447-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02451-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02444-Resizer-800.jpg

Suma summarum, myślę, że można tu wpaść „przy okazji”, ale raczej nie pokuszę się o rekomendację tego miejsca jako destynacji samej w sobie.

Jako, że dwie ostatnie "atrakcje" nas nieco znużyły, Maks postanowił przed snem podnieść nam delikatnie ciśnienie i spontanicznie skorzystał z usług prawdziwego tajskiego mistrza brzytwy! :o :o :o
Na szczęście - przeżył. 8-)
Załącznik:
DSC02473-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02464-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02467-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02476-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02462-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 12 Cze 2018 22:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
5.11. – Tajskie Dolce Vitao i pożegnanie z północną Tajlandią i

Ostatniego dnia zaplanowaliśmy niczego nie planować. ;) Chcieliśmy pożegnać miasto, w którym byliśmy już przeszło tydzień, leniwie włócząc się po znanych nam już uliczkach, zaglądając do znanych nam już miejsc, czy osób, które stały się dla nas „twarzami” Chiang Mai.


WOMEN’S MASSAGE CENTER by Ex-Prisoners

Przede wszystkim muszę wspomnieć o 3 ośrodkach Women's Massage Center by Ex-Prisoners, czyli miejscach, w których masaże wykonywane są przez eks-więźniarki. Przy wsparciu rządowym, w 2014 roku powstał wyjątkowy projekt, którego założeniem i celem jest pomoc kobietom po odbytych wyrokach w reintegracji i readaptacji społecznej. W ramach resocjalizacji, jeszcze w zakładach karnych, Tajki uczą się sztuki masażu. Po opuszczeniu więzienia, dzięki nabytym umiejętnościom oraz wsparciu, zapewnione mają miejsce pracy i stały dochód. Nie borykają się z odrzuceniem i bezrobociem. Dzięki temu, zderzenie z rzeczywistością jest mniej bolesne, a powrót do dawnych przyzwyczajeń mniej kuszący. Słyszałam nawet o tym, że rokujące więźniarki, którym zostało pół roku odsiadki, mogą podnosić swoje kwalifikacje masując na terenie zakładu karnego, a zarobione pieniądze dostają w momencie wyjścia na wolność.

Początkowo mieliśmy pewne obawy, ale zachęceni licznymi rekomendacjami na internecie, postanowiliśmy spróbować. Nie zawiedliśmy się. Uważam, że miejsce jest tak niesamowite, a standard usług tak wysoki, że jest to punkt niemal obowiązkowy podczas pobytu w Chiang Mai. Masażystki mają liczne certyfikaty, a ich umiejętności oceniam na ponadprzeciętne. :o
Załącznik:
DSC02489-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02485-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02492-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02487-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02490-Resizer-800.jpg

Ale po kolei…
Projekt, na przestrzeni 4 lat, zdobył zasłużony rozgłos. Zainteresowanie jest spore, dlatego najlepiej podejść do jednego z 3 ośrodków w Chiang Mai i umówić się na konkretną godzinę z odpowiednim wyprzedzeniem.
Przed rozpoczęciem właściwego masażu, udajemy się na mycie stóp. Następnie przechodzimy do głównej sali, gdzie po uprzednim przebraniu się w stosowne, luźne „piżamki” kładziemy na jednym z łóżek. I wtedy zaczyna się magia…..!
Rodzajów tajskiego masażu jest kilka, ale ten klasyczny i najsłynniejszy liczy już niemal 2 i pól tysiąca lat. Legenda głosi, że powstał, aby przynieść ulgę samemu Buddzie. Łączy działanie wielu dobroczynnych dla zdrowia przyjemności oraz technik: akupresury, ajurwedy, shiatsu oraz jogi pasywnej. Joga pasywna oznacza tyle, że dzięki pomocy masażystki jesteśmy w stanie przyjąć kilka podstawowych asan, czyli pozycji jogi. Masażystki poza dłoniami używają również przedramion oraz łokci. Masaż jest rytmiczny i polega na uciskaniu linii sen, którymi wedle założeń tajskiej medycyny przepływa życiowa energia. Tyle tytułem wstępu.

W praktyce: Subtelnie wybrzmiewająca z głośników muzyka, delikatny, unoszący się w powietrzu egzotyczny zapach i cudownie przyjemna, pozwalająca odetchnąć od palącego słońca temperatura powietrza. Do tego przyciemnione światło i sporadyczne tajskie szepty masażystek w tle, które dodają regionalnego smaczku. Tych wiele drobnych aspektów budowało spójną, bardzo urokliwą i harmonijną całość. Atmosfera była na tyle niezwykła, że z chwilą położenia się na łóżku świat poza salą przestawał istnieć, a dwie godziny mijały w mgnieniu oka. Teraz już wiem, że umiejętnie wykonany masaż jest sztuką. Człowiek przenosi się do innej rzeczywistości, wycisza się, odpływa i regeneruje.

W Women's Massage Center byliśmy dwukrotnie - drugiego i ostatniego dnia pobytu i dwukrotnie miałam wrażenie, że przechodzę tam jakieś osobiste catharsis. Jeśli planujecie pobyt w Chiang Mai, koniecznie podarujcie sobie odrobinę relaksu! Masaż przynosi niesamowite ukojenie i energię. Na pożegnanie zostaliśmy poczęstowani filiżanką jaśminowej herbaty. Na samo wspomnienie, już tęsknie!


Smakowite Naleśniki Rioti z Bananem i Nutellą

Zajadałam się nimi przez cały pobyt w Chiang Mai. Rioti różnią się od polskich naleśników tym, że podobno zamiast mleka, do ciasta dodaje się wodę. Najpopularniejszy słodki street-food nadziewany jest najczęściej siekanym bananem i nutellą, choć oczywiście można poprosić o inne połączenie. Przygotowane wcześniej ciasto na oczach turysty rozciągane jest do granic możliwości na rozgrzanej, nawilżonej tłuszczem blasze. Naleśniki są cienkie niczym bibułka, dlatego smażone nabierają fantastycznej chrupkości. Jednym słowem: Mniaaaaaaaaaaaaaaaaam!

Po nasz ulubiony słodki smakołyk wracaliśmy wciąż do tej samej Pani w charakterystycznej króliczej czapce. :D Po kilku odwiedzinach rozpoznawała nas już z daleka i z rozbrajającym uśmiechem na twarzy witała słowami „Yummy Yummy! Same Same?” :D Ostatniego dnia w Chiang Mai po prostu nie mogliśmy do niej nie wstąpić…
Załącznik:
DSC01599-Resizer-800.jpg


DON SUTHEP

Do pełnego obrazu Chiang Mai brakowało nam jeszcze jednego elementu - świątyni Wat Phra That, która znajduje się na szczycie wzgórza Don Suthep, z którego rozciągają się wspaniałe widoki na miasto. Ponoć świątynia najładniej prezentuje się wieczorem, mieniąc się przy zachodzącym słońcu, dlatego dopiero popołudniu, po całodniowym nic-nierobieniu skierowaliśmy swoje kroki w stronę północnej bramy Pratu Chang Pheuak, spod której odjeżdżają songthaewy (songthaew to pick up z dwoma rzędami siedzeń na pace).
Góra, w cieniu której leży całe Chiang Mai, wznosi się na wysokość 1676 m n.p.m., czyli ponad 1300 metrów nad samym miastem. Na jej szczyt prowadzi stroma serpentyna. Podjazd jest bardzo kręty i wymagający, bez przerwy pięliśmy się w górę.
Załącznik:
DSC02508-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02512-Resizer-800.jpg

Do świątyni Wat Phra That Doi Suthep prowadzą ponad 300-stopniowe schody Staircase. Ich balustrady, w postaci wijących się kolorowych, bogato zdobionych rzeźb wielkich mitycznych smoków naga, są bardzo efektowne.
Załącznik:
DSC02579-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02578-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02577-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02515-Resizer-800.jpg

Centralnym punktem świątyni jest imponująca złota chedi otoczona ażurowymi parasolami, która przy zachodzącym słońcu prezentuje się fantastycznie. Wat Phra That Doi Sutep przyciąga rzesze turystów, ale jednocześnie, jako ikona buddyzmu, jest dla Tajów miejscem świętym, w którym przechowywane są relikwie Buddy. Jest również niezwykle ważnym celem pielgrzymkowym, do którego stale przyjeżdżają, aby się pomodlić i wyciszyć.
Załącznik:
GOPR6502p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6504p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02530-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02526-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02550-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02533-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02536-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02541-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02540-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02552-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02554-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02555-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02558-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02564-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6520p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02532-Resizer-800.jpg

Niedaleko znajduje się wyjątkowy taras do medytacji, z którego roztacza się panorama Chiang Mai. Ponoć często, ze względu na swoje usytuowanie, świątynia spowita jest chmurami. Nam pogoda szczęśliwie dopisała i mogliśmy zobaczyć Chiang Mai w pełnej okazałości. I Ci mnisi!!! (brakuje mi tu emoticonu z sercami zamiast oczu!) :D
Załącznik:
DSC02571-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6522p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6527p-Resizer-800.jpg


„Truskawka” na torcie :D

Centralną ulicą przecinającą stare miasto ze wschodu na zachód jest Rachadamnoen Road. W niedziele ulica jest zamykana dla ruchu zamieniając się w "walking street market". Tworzy naprawdę dłuuuugi targ. Zaczyna się od bramy Phae i ciągnie się przez około 1 km na całej długości ulicy. Artyści sprzedają tam swoje własne wyroby, a muzycy dumnie prezentują swoje umiejętności. W drodze do domu mijaliśmy dziesiątki małych kramików i kupowaliśmy ostatnie pamiątki. Nie zabrakło oczywiście wózków z tajskimi przysmakami. Wydawało mi się, że to idealne - choć zupełnie przypadkowe - zwieńczenie pobytu w Chiang Mai.
Załącznik:
DSC01586-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01570-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01574-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01583-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01584-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01589-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01594-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02624-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02627-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01587-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02629-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02631-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02608-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02609-Resizer-800.jpg

Ale miasto trzymało dla mnie w zanadrzu jeszcze jedną, cudowną niespodziankę, której uroku i magiczności słowami opisać nie potrafię. Wracając w stronę hotelu, trafiliśmy na przepiękną ceremonię.
Załącznik:
DSC02643-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02645-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02653-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02661-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02670-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02683-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02687-Resizer-800.jpg


Północ Tajlandii jest bardzo pociągająca i wieloraka. Ma tyle do zaoferowania! Cudowne ośrodki odmieniające los słoni. Górską prowincję, która jest niezwykłą mozaiką etniczną. Mnogość świątyń i mnichów w szafranowych szatach. Doskonałą kuchnię. Wolne tempo życia oraz najlepsze w Tajlandii ośrodki masażu. Chiang Mai jest kulturalnym sercem kraju.

Mimo tego, że jest czwarte co do wielkości w Tajlandii, to nie zrobiło na nas wrażenia chaotycznego i głośnego. Nie jest tak przytłaczające i kosmopolityczne jak Bangkok. Życie toczące się wewnątrz murów jest jakby oderwane od pozostałej części miasta. Jest tłoczno, owszem, ale jakoś tak niemęcząco…. Kilkudniowe uroczystości stworzyły nieprawdopodobną i niezapomnianą atmosferę...Być może ten wyjątkowo barwny okres przyczynił się do tego, że tak przypadło nam do gustu.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 14 Cze 2018 01:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
6.11 – 8.11. BANGKOK - Wielkie Mango, czy Wielki… Durian?

Podobno Bangkok wzbudza skrajne emocje - albo się go kocha, albo nienawidzi. Bez ceregieli – nienawidzę :evil: I właściwie zupełnie mnie to uczucie nie zaskoczyło. Dokładnie tą samą frustrację czułam w Marrakeszu. Za głośno, za gęsto, za parno. Miejskie dżungle mnie przytłaczają, duszę się. Unoszący się w powietrzu smog, w połączeniu z wysoką wilgotnością oblepia i potęguje dyskomfort natury klaustrofobicznej. ;) Do tego gigantyczne korki i setki klaksonów trąbiących bez celu. Ogólny brud i co rusz drażniąca woń zgniłych owoców, czy ryb. Nie moja bajka. Nie jestem w stanie cieszyć się pysznym tajskim street foodem, czy zachwycać świątyniami w zgiełku i chaosie. Maks zresztą czuje podobnie. Metropolie rozbudzają w nas jakieś demony :shock: – stajemy się rozdrażnieni, zniecierpliwieni i psychicznie zmęczeni.
Jednym słowem ciężko – i już po pierwszej godzinie wiedzieliśmy, że kolejne dwa dni w Bangkoku będą dla nas dużym wyzwaniem i sprawdzianem umiejętności zachowania zimnej krwi. (Sprawdzian oczywiście kilkukrotnie oblaliśmy :D, ale to w zasadzie również mnie nie zdziwiło. :lol: )
Dla równowagi dodam, że podczas zwiedzania Bangkoku rozmawialiśmy z różnymi, napotkanymi ludźmi i często pytaliśmy o to, jak podoba im się miasto. W 90% były to opinie bardzo pochlebne. Zachwyty wręcz.... :shock:
Więc, yyyyy…. jesteśmy chyba kosmitami. ;-)

Dzień 1

Nocleg zarezerwowaliśmy w okolicach Khao San Road. Po brutalnym zderzeniu z miastem, próbowaliśmy zniwelować czymś pierwszy szok. A wiadomo – udręczone ciało i duszę najlepiej koi zimny Chang - najlepiej spożywany w doborowym towarzystwie. Zgodnie z umową, wieczorem spotkaliśmy się z Anią i Marcinem, których poznaliśmy na lotnisku w Siem Reap. Tak. Tymi samymi, z którymi pierwszego spotkania w Kambodży mało nie przypłaciliśmy przegapieniem lotu i zgubieniem paszportu. :roll: . Ale kto nie ryzykuje… nie piję szampana. Right?

Dzień 2

Mimo sceptycznego nastawienia do miasta i marnego pierwszego wrażenia, podjęliśmy rękawice i postanowiliśmy dać mu drugą szansę. ;-) Zaczęliśmy w dość oczywisty sposób.

The Grand Palace

Najpopularniejszy zabytek Bangkoku, Wielki Pałac Królewski, to kompleks budynków z końca XVIII wieku, który przez 150 lat służył jako siedziba królów Tajlandii. Choć rodzina królewska już dawno w nim w nie mieszka, to jednak Pałac nadal pozostaje miejscem o niezwykłym znaczeniu dla Tajów. W dalszym ciągu przechowywane są tu insygnia koronacyjne i nadal odbywają się w nim najważniejsze uroczystości dworskie i państwowe, w tym koronacje królewskie, audiencje obcych monarchów i ambasadorów przyjmowanych przez króla Tajlandii.
Przed wejściem na jego teren należy pamiętać o stosownym, wyrażającym szacunek stroju – jest on bardzo skrupulatnie sprawdzany przez strażników. Bez względu na płeć obowiązują długie spodnie. Nieco zaskoczony i przyparty do muru Maks podjął męską decyzje i przed wejściem, specjalnie na ta okazję, zakupił wyjątkowo... tajskie ;) spodnie w złote słonie. :lol: :lol: :lol:
Bilet do Wielkiego Pałacu kosztuje 500 THB/os.

Teren zespołu pałacowego można podzielić na dwie części. Religijną – na którą składa się kompleks świątynny Wat Phra Kaew, ze Świątynią Szmaragdowego Buddy, oraz świecką - Chakri Maha Prasad.

Po przekroczeniu „progów” pałacowego przybytku pierwsza rzuciła mi się w oczy lśniąca w słońcu, ogromna złota stupa - Phra Si Rattana Czedi, w której przechowywana jest relikwia Buddy – fragment kości mostka.
Załącznik:
DSC02761-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02764-Resizer-800.jpg

Kumulacja rozmaitych zdobień, ferii kolorów, blasku oraz wszechobecnego złota na stosunkowo niewielkiej przestrzeni jest tak duża, że początkowo trudno zatrzymać rozbiegany wzrok na czymś konkretnym. Otaczająca architektura, esencja tajskiego stylu, drobiazgowość i precyzja wykonania jest oszałamiająca. Nawet jeśli przesadny przepych i blichtr nie mieszczą się w naszej codziennej estetyce, to paradoksalnie to miejsce nadal się broni. Jest niezwykłe.
Załącznik:
DSC02754-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02765-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02772-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02776-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02780-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02782-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02783-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02787-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6561p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02791-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6579p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02795-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02797-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02800-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02803-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02805-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02806-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6581p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02811-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02812-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02820-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02822-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02823-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02808-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02824-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6596p-Resizer-800.jpg

A to już kompleks świecki - Chakri Maha Prasad.
Załącznik:
GOPR6610p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
GOPR6615p-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02830-Resizer-800.jpg

Do znajdującej się po sąsiedzku świątyni Wat Pho z ogromnym leżącym Buddą, nie dotarliśmy. Kilkugodzinne zwiedzanie Pałacu Królewskiego w towarzystwie dzikich tłumów i palące słońce okazały się być połączeniem zabójczym. :?

Rzeka Menam

Ponieważ Bangkok plasuje się w ścisłej czołówce najbardziej zakorkowanych stolic świata, rzeka Menam (taj. Chao Phraya) dzieląca miasto na dwie części oraz liczne kanały to doskonałą alternatywa dla taksówek i tuk-tuków.
Korzystaliśmy wielokrotnie z publicznych promów pasażerskich kursujących po wodnej arterii. Ceny biletów są bardzo niskie, uzależnione od długości odcinka, który chcemy pokonać, ale o ile dobrze pamiętam, bilety kosztowały nas 3-15 THB/os.
Załącznik:
DSC02699-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02700-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02701-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03176-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03179-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03182-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03157-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03158-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03156-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03190-Resizer-800.jpg


ChinaTown 3:0

Podobno nie można być w Bangkoku nie zahaczając o ChinaTown. Niestety nikt nas nie uprzedził, że wczesne popołudnie, to nienajlepszy czas na zwiedzanie chińskiej dzielnicy, więc OSTRZEGAM! :D Wszystko, absolutnie wszystko!, co wiążę się z tą Wyprawą-Niewypałem wspominam traumatycznie. :P Charakterystyka Bangkoku, o której już wspominałam i wszystko to, co do tej pory mnie przytłaczało, tam przytłaczało mnie trzykrotnie bardziej. Naprawdę, z rosnącą ciekawością i niemal z uporem maniaka dłuuuugo szwendaliśmy się w poszukiwaniu „tego czegoś” i jak boga kocham, do tej pory nie mam pojęcia, czym miałoby mnie to miejsce ująć, czy oszołomić…?!
Równie długotrwałe, co bezowocne poszukiwania „tego czegoś” z każdą sekundą coraz dobitniej uświadamiały nam, że czas odpuścić i zakończyć tę nierówną walkę. 1:0 – Chinatown zdobyło pierwszy punkt.

Z chwilą, w której się poddaliśmy, natychmiast obraliśmy nowy cel i ambitnie rozpoczęliśmy kolejne poszukiwania. Tym razem, ze świeżym zapałem polowaliśmy na zimnego Changa. Z autopsji i 24-godzinnym pobycie w Bangkoku, wiedzieliśmy już, że nic tak nie podnosi na duchu i nie koi frustracji po kolejnej przegranej, jak chłodny bursztynowy napój. Chinatown pacnęło nas niestety swoim śmierdząco-wilgotnym obliczem w twarz po raz drugi… (2:0). Jak dzielnica długa i szeroka, nie znaleźliśmy słownie JEDNEGO, choćby najbardziej obskurnego miejsca, w którym moglibyśmy owo zbawienne piwo sobie kupić. A determinacji, przysięgam, mieliśmy dwukrotnie więcej! Z rozżaleniem sięgającym zenitu i irytacją sięgającym naszych granic, postanowiliśmy czym prędzej opuścić ten wyjątkowo niesprzyjający nam teren. Żeby czas od chwili pojawienia planu ucieczki, do jego realizacji, trwał możliwie najkrócej, postawiliśmy na niezawodnego Ubera. Bo przecież szybciej niż statkiem. Bo wygodniej. Bo klima (nareszcie!). BO TAK! (bo przecież po tak traumatycznych przeżyciach należy nam się trochę luksusu! ;) ). I to był błąd. Zanim złośliwa chińska spiekota, parnota i smród, wypuściły nas ze swoich kleistych macek, dały nam jeszcze chwilę popalić. Kierowca, który według aplikacji powinien pojawić się za 4minuty, w labiryncie chińskich zaułków kluczył minut 30. (sic!)
3:0 dla Chinatown....
Załącznik:
DSC02710-Resizer-800.jpg

...

Paradoksalnie, mimo szczerej niechęci do tego miejsca, mieliśmy tam wrócić jeszcze tego samego dnia, wieczorem na popularny Ladyboy Show. :mrgreen:

Ladyboy Show

Pisać relację z pobytu w Tajlandii i nie wspomnieć o powszechnym w tej części świata zjawisku trzeciej płci, to tak jakby być w Japonii i nie wspomnieć o gejszach. Porównane może niefortunne, ale fakt pozostaje faktem - nie da się.
Kathoey, nazywani także ladyboyami są przedstawicielami trzeciej płci. Oznacza to po krótce tyle, że są mężczyznami, którzy emocjonalnie utożsamiają się z kobietami. Nie dla potrzeby chwili, czy spektaklu, a na co dzień. Na ogół bardzo poważnie podchodzą do procesu przeobrażenia. Malują się, ubierają i zachowują jak płeć piękna. Dbają o to, aby ich ruchy były powabne, a głos odpowiednio wyższy. Odkąd zabiegi zmiany płci przestały być tematem tabu i jednocześnie stały się bardziej przystępne cenowo, większość kathoey decyduje się na kolejny krok - operacje plastyczne, czy kurację hormonalną. Atrybuty kobiecości, takie jak perfekcyjny make-up, długie lśniące włosy, zadbane paznokcie, idealny biust, czy figura, to najczęściej jednak jedynie ładne opakowanie, pod którym skrzętnie ukrywana jest pewna… nazwijmy to „niespodzianka”. ;-) Tylko niewielki odsetek ladyboyów decyduje się na usuniecie symbolu męskości.

Tych, którzy są dopiero na początku swojej transformacji, bądź tych, którzy poprzestają na makijażu i przebierankach oczywiście bardzo łatwo zdemaskować....
Załącznik:
DSC02633-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02639-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02641-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC01590-Resizer-800.jpg

...ale są i osobniki wybitne, które w sztuce kamuflażu osiągnęły najwyższy poziom wtajemniczenia. :o :P

Zatem - ku przestrodze drodzy panowie - jak najłatwiej rozpoznać ladyboya? ;)
Przede wszystkim zdradza ich wzrost – Tajki na ogół są bardzo filigranowe, panio-panowie już nie. ;) Ponadto, ich dłonie i stopy pozostają męskie – na to póki co rady nie ma. Przesadny makijaż, który jest zbyt perfekcyjny, albo położony w zdecydowanie zbyt dużych ilościach. Kathoey mają również tendencję do dumnego prezentowania swoich wyuczonych kobiecych ruchów i gestów w sposób zbyt przerysowany (patrz wyżej - zdjęcie drugie :lol: :lol: :lol: ) – przeciętna kobieta nie przechadza się ulicami krokiem wybiegowym i nie wykazuje nad-aktywności powiek górnych w celu zaprezentowania długich trzepoczących rzęs. :D No i wreszcie sposób ubierania ladyboyów jest zdecydowanie bardziej wyzywający, niż większości dziewczyn.

Kathoey są w Tajladnii powszechnie akceptowani. Transpłciowi mężczyźni stali się integralną częścią społeczeństwa i funkcjonują w nim normalnie. Nie da się właściwie podróżować po „Krainie Uśmiechu” i ich nie spotkać. Najczęściej zatrudniani są w charakterze kelnerek, hostess, w sklepach, czy biurach turystycznych.

Część z nich zarabia również biorąc udział w różnego rodzaju show i rewiach. Są zjawiskiem tak niecodziennym w naszej europejskiej codzienności, że z nieukrywaną ciekawością postanowiliśmy zobaczyć jak prezentują swoje wdzięki na scenie. W Bangkoku są co najmniej trzy kabarety, gdzie można obejrzeć tzw. Ladyboy Show na poziomie. Jeden z nich - Playhouse Cabaret - znajduje się właśnie w Chinatown, a konkretnie w Shanghai Mansion na Yaowarat Road.
Załącznik:
DSC02870-Resizer-800.jpg


Załącznik:
DSC03066-Resizer-800.jpg

Warto wspomnieć, że nie mają one nic wspólnego z wątpliwą atrakcją jaką są popularne w Tajlandii „ping-pong show”. Rewie, o których mowa, nie są ani wulgarne, ani związane z seksualnością/seksem. Jest to pewna artystyczna konwencja składająca się z części wokalnych, tanecznych, kabaretowych, a nawet prezentacji sztuczek magicznych. I choć piosenki puszczane są z play-backu, a synchronizacja w tańcu czasem odbiega od ogólnie przyjętych norm, to całość mimo wszystko się broni. Jest w tym sporo kiczu, trochę niedoskonałości, ale lekka, okraszona duża dawką dobrego humoru forma i wymiana pozytywnej energii z publicznością sprawia, że dobrze się to ogląda. Jednocześnie kathoey zupełnie naturalnie oswajają tabu, pokazując, że poza swoją „egzotycznością” mają do zaoferowania o wiele więcej. Odniosłam wrażenie, że początkowo zakłopotana publiczność z każdą kolejną minutą, kiedy okazywało się, że ladyboye są serdeczni, pozytywni i zupełnie niegroźni, otwierała się coraz bardziej.
Załącznik:
DSC02873-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02875-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02892-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02902-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02906-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02922-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02952-Resizer-800.jpg


Załącznik:
DSC02983-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02996-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03016-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03036-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03059-Resizer-800.jpg

No i naprawdę szacun dla niektórych panów za wysiłek włożony w dążenie do przeobrażenia się w kobietę. Efekty ich pracy nad ruchem i ciałem są piorunujące. Dla niejednego można byłoby stracić głowę. ;) :D
Załącznik:
DSC02969-Resizer-800.jpg


Targ Amuletów

Przed opuszczeniem Bangkoku chciałam odwiedzić jeszcze jedno miejsce, o którym dużo czytałam przed wyjazdem. Jawiło mi się jako mekka tajskich poszukiwaczy szczęścia. 8-) Tha Phra Chan Market jest miejscem zaskakującym, przepełnionym straganami z niezliczoną wręcz ilością talizmanów i amuletów – jak na moje oko – identycznych! Jakie zatem było moje zdziwienie, kiedy zbierający się tam tłumnie Tajowie z lupami i szkłami powiększającymi w dłoniach, w totalnym skupieniu godzinami przebierali „kamyczki” w poszukiwaniu amuletu doskonałego. :D
Załącznik:
DSC02721-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02722-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02723-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02725-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02729-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02731-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02732-Resizer-800.jpg

Targ jest w sporej części zadaszony, więc można odetchnąć od palącego słońca i tłumów. Amuletowi znawcy wpatrują się detale talizmanów w zupełnej ciszy, co czyni to miejsce wyjątkowo spokojnym i zadumanym – można więc również odpocząć od hałasu. Można też, bez większego trudu, natknąć się tam na mnichów, którzy wierząc w moc sprawczą sprzedawanych tam drobiazgów stali się stałymi bywalcami targu. A że Tha Phra Chan Market mieści się tuż nad przystanią, gdzie znajduje się wiele malusich restauracyjek, można nawet mieć szczęście i w ich towarzystwie zjeść tradycyjne tajskie danie. ;)
Załącznik:
DSC02736-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC02740-Resizer-800.jpg

Tha Phra Chan Market jest fascynujące. Nie spędziliśmy tam wiele czasu, odpuściliśmy pewnie przy piątym straganie z dokładnie tym samym asortymentem, ale dla samego poobserwowania zadumanych znawców wiedzy tajemnej, ze szkiełkami przy oczach, wybierających swoje skarby tylko według sobie znanych kryteriów…. – myślę że warto choćby na chwilkę tam wpaść.

Sky Train

Do własnej subiektywnej i nieoczywistej list, pt.: „Co warto zobaczyć w Bangkoku?” dorzuciłabym jeszcze SkyTrain - którego oczywiście nie tyle warto oglądać, co się nim przejechać. ;-)
I nie prędkość przejazdu, czy standard pociągu robi tutaj robotę, a perspektywa, z której można podziwiać stolice. Pociąg bowiem mknie przez Bangkok na torach umocowanych na wielkich betonowych podporach, kilka metrów nad ziemią. Dwie dostępne linie mają duży zasięg, co zwłaszcza w godzinach szczytu, ułatwia przemieszczanie się po mieście. Pociągi są oczywiście klimatyzowane, a bilety niedrogie.
Załącznik:
DSC03115-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03117-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03120-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03121-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03122-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03128-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03131-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03132-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03136-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03139-Resizer-800.jpg

W Bangkoku zaskoczyła nas również nowoczesna infrastruktura. Sieć dróg i autostrad jest imponująca i niesamowicie rozbudowana. Widzieliśmy nawet kilkupiętrowe estakady – zjawisko, mówiąc w kontekście polskich, a nawet europejskich realiów, niespotykane.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
Manuel uważa post za pomocny.
 
 
#20 PostWysłany: 02 Lip 2018 22:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
Zdaję sobie sprawę, że wybór atrakcji, na które świadomie postawiliśmy w stolicy był dość niekonwencjonalny. Nieoczywiste zwiedzanie miasta było jednak naszą prywatną strategią przerwania. Skuteczną. 😊
Bangkok jest dziwnym tworem. Miejscem, w którym zderzają się zupełnie różne światy – zaczynając od bardzo nowoczesnych, futurystycznych budynków i drapaczy chmur w dzielnicy Silom, poprzez akcent religijno-duchowy, czyli świątynie buddyjskie wznoszone z wielkim rozmachem oraz zdobione z ogromnym przepychem, aż po dzielnice biedniejsze, gdzie nierzadko budynki zbudowane są z blachy, a mieszkańcy żyją w bardzo skromnych warunkach.


9.11. – 11.11. – Zielone serce Tajlandii - czyli nie-oczywisty, nie-turystyczny i NIEZAPOMNIANY Khao Sok National Park!


Miejsce, do którego się wybieraliśmy, od początku było jednym z najważniejszych punktów wyjazdu. Po tłocznym i parnym Bangkoku, z jeszcze większymi emocjami i zniecierpliwieniem wyczekiwaliśmy momentu, w którym wsiądziemy w samolot i zbliżymy się do natury. Tęskniliśmy za widokiem horyzontu i niczym niezabudowanej przestrzeni. Potrzebowaliśmy wewnętrznego uspokojenia. Miejsca, w którym czas na chwilę się zatrzyma i pozwoli odpocząć od hałasów miasta. Ciszy i odosobnienia. A jeśli o bliskości z naturą i dziewiczych krajobrazach mowa, to co mogłoby się lepiej wpasować w nasze tęsknoty jak wizja ogromnej dżungli, zajmującej powierzchnię ok 700 kilometrów kwadratowych, z wielkim jeziorem Cheow Lan w jej sercu? :P

Khao Sok jest prawdopodobnie najstarszym lasem deszczowym na świecie, liczącym ok. 160 milionów lat. Aby dotrzeć do parku, najpierw należy dolecieć do Surat Thani, a następnie dalszą drogę przebyć busem.
Tak też zrobiliśmy. Bus, po kilku godzinach jazdy dowiózł nas na teren parku. Nie dojechał jednak do centrum wioski, w okolicy której zlokalizowane są resorty. Zatrzymał się nieco wcześniej - na piaszczystej ścieżce. I odjechał, zostawiając nas pośrodku niczego. Zgodnie z przewidywaniami, „nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności” całkiem nieopodal, na swoich gotowych do drogi pick-upach, wypoczywali lokalsi. ;-) Lokalsi nie znaleźli się w tej sytuacji przypadkowo. Nie byli również z pierwszej łapanki, a dodatkowo świadomi swojej przewagi nad turystami nie byli zbyt uprzejmi i skorzy do negocjacji. Za ok. 5-kilometrową przejażdżkę zażądali absurdalnej sumy. Mało tego, oferta była opakowana w chamskie i pretensjonalne podejście do klienta, a tego nasza duma i godność nie znosi dobrze. :evil: Cóż robić? :D Choć żarz nieba lał się niemiłosierny, wilgotność powietrza zdawała się przekraczać 100%, a ciężkie plecaki wrzynały się w ramiona, to coś w nas pękło i - dla zasady - zdecydowaliśmy się przejść tę drogę na piechotę. :? :shock: :lol: Jak to w życiu bywa - zbyt pochopne decyzje często odbijają się czkawką. :roll: Już po postawieniu dziesiątego kroku w tym ukropie dopadły mnie pierwsze wątpliwości. :lol: Jedyne, co motywował, to odprowadzający nas drwiący wzrok lokalsów, który czułam na plecach. ;) Działało to jednak dopingująco jedynie do momentu, kiedy stracili nas z oczu.... :D Wtedy odcięło mi prąd. :? Droga wydawała się nie mieć końca. Ponownie postawiliśmy na „metodę małych kroków” obierając za cel dotarcie do najbliższego sklepiku, w którym zimny Chang, niczym sok z gumi-jagód, doda nam mocy. Khao Sok przywitało nas z otwartymi ramionami i całą serdecznością (bezlitośnie stawiając ChinaTown w jeszcze gorszym świetle ;) ). Okazało się, że sklepiki rozproszone w idealnej od siebie odległości i towarzystwo Changa pomogło w stosunkowo bezbolesnym dotarciu do naszego ośrodka, kończąc trudną misję sukcesem. :mrgreen:

Oprócz oczywistych, naturalnych zalet wynikających z przebywania na terenie parku, zatroszczyłam się o to, żebyśmy czas w dżungli wykorzystali możliwie najpełniej i doświadczyli jej możliwie najmocniej. W tym celu, szukając dwóch noclegów w Khao Sok postarałam się o to, aby nie były przypadkowe.

Kto w dzieciństwie nie marzył o domku na drzewie…? Mają w sobie niezaprzeczalny urok...
A co powiecie na nocleg w domku osadzonym w koronie rozłożystego drzewa, otoczonym soczyście zieloną i najprawdziwszą dżunglą... Z wizytami wyjątkowych małpich i gekonich sąsiadów w pakiecie? Czy nie brzmi świetnie!? 8-)

W Our Jungle House jest kilkanaście takich właśnie domków. Są naprawdę wyjątkowe. Największą zaletą ośrodka, jest jego usytuowanie. Jest on bowiem odsunięty najdalej od „centrum wioski”, co daje nam poczucie odosobnienia i błogiego spokoju. Domki porozrzucane są na terenie ośrodka w znacznych, zapewniających prywatność odległościach. Część z nich zaszyta jest w głębi dżungli, wśród gęstej roślinności, inne wiszą w koronach drzew nad potokiem, tuż pod wysokimi klifami.
Załącznik:
DSC03207-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03226-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03212-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03233-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03744-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03743-Resizer-800.jpg

Wszystkie są zbudowane z drewna i bambusa, w zgodzie z naturą, w sposób pozwalający na jak najbliższy kontakt z naturą. Każdy domek posiada przestronny taras, a pokój wraz z łazienką są na wpół otwarte. Kilkudziesięcio-centymetrowa przestrzeń pomiędzy ścianą a sufitem nie jest zupełnie zabudowana, a jedynie połączona szczebelkami. Ten pomysłowy zabieg zabezpiecza przed zbytnim spoufalaniem się niezapowiedzianych gości, ale jednocześnie zewnętrzne bodźce - zapachy deszczowego lasu, powiewy wiatru i odgłosy dżungli docierają do nas z pełną mocą. Domki są pięknie wykonane, standard i komfort jest bardzo wysoki. Koszt noclegu nie jest niski, ale myślę, że mimo wszystko wart swojej ceny i gdybym miała podejmować decyzję jeszcze raz, byłaby ona taka sama.
Załącznik:
GOPR6648-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03747-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03750-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03761-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03218-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03214-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03223-Resizer-800.jpg

Na terenie ośrodka zostały wykarczowane wąskie ścieżki. Mini szlaki pozwalają na wejście w głąb gęstego poszycia lasu i zanurzenie się w bujnej roślinności, której różnorodność bywa zaskakująca. :o
Załącznik:
DSC03240-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03243-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03245-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03252-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03249-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03257-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03251-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03262-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03285-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03291-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03282-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03250-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03296-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03298-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03300-Resizer-800.jpg

Kiedy zapada zmrok i widoczność mocno się ogranicza, zmysły pracują ze zdwojoną siłą. W nocy dżungla przemawia. Szumi, szeleści, brzęczy, chrumka i pogwizduje. Drapie i huczy. To jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. W bardzo komfortowych warunkach, zupełnie bezpieczna, leżąc na wygodnym materacu mogliśmy być częścią tętniącej życiem dżungli, która usypiała swoim zapachem, szelestem i koncertem cykad. Bajka!
Załącznik:
DSC03310-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03320-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03338-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03306-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03348-Resizer-800.jpg



Drugi nocleg mieliśmy spędzić na jeszcze większym odludziu. W jednym z domków na wodzie, na brzegu jeziora Cheow Lan. Aby tam dotrzeć, wykupiliśmy w recepcji Our Jungle House dwudniową wycieczkę z noclegiem w pływającym domku. Orientowałam się wcześniej w kwestii standardu wycieczki organizowanej przez OJH i byłam pewna decyzji.

Jezioro Cheow Lan jest sztucznym zbiornikiem wodnym, powstałym na skutek budowy tamy oraz celowego zalania lasów i terenów rolniczych w dolinie na początku lat osiemdziesiątych. Gdzieniegdzie nadal można zaobserwować pojedyncze, wynurzające się ponad taflę wody drzewa.
Do miejsca docelowego płynęliśmy tradycyjna tajską łodzią ponad godzinę. W takich okolicznościach przyrody, już sama podróż na miejsce jest równie atrakcyjna, co sam jej cel. Duża szybkość łodzi i rozbryzgi wody nie sprzyjały robieniu zdjęć, ale uwierzcie mi na słowo - to jedno z piękniejszych miejsc w Tajlandii, jakie widzieliśmy! Wysokie, wapienne skały porośnięte zieloną roślinnością, odbijające się w krystalicznej, czystej i obłędnie błękitnej wodzie. I te spiętrzone śnieżnobiałe chmury!
Załącznik:
DSC03407-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03350-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03375-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03355-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03399-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03406-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03407-Resizer-800.jpg

Po drodze zatrzymaliśmy się przy tzw. bramie parku, czyli trzech charakterystycznych skałach, będących wizytówką Cheow Lan Lake. Przewodnik Bu, zwrócił naszą uwagę na jedna z nich, przypominającą turystę z plecakiem. ;)
Załącznik:
DSC03360-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03365-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03363-Resizer-800.jpg

Miejsce, w które miało zostać naszym domem na kolejne dwa dni już z oddali skradło moje serce. :o Małe bambusowe, połączone drewnianym pomostem chatki były bardzo proste. W ich wnętrzu leżały jedynie materace i poduszki. Zaniepokoił mnie początkowo brak moskitiery, ale okazała się ona zupełnie niepotrzebna.
Załącznik:
DSC03421-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03425-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03431-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03436-Resizer-800.jpg

To miejsce z pewnością nie dla każdego. Domki, w odróżnieniu od tych na drzewie, są bardzo skromne i… nieszczelne ;) O standardzie domków zostaliśmy jednak uprzedzeni w korespondencji z HJO na etapie dogadywania wycieczki, więc nie rozczarowały nas prostotą. Nie standard domków był zresztą w całym tym doświadczeniu priorytetowy. :) A śmiało można tego typu nocleg okrzyknąć mianem "doświadczenia" – o czym miałam się szybko przekonać. ;)
Poza tym, absolutnie fantastyczny koniec świata oznacza zupełny brak zasięgu, czy brak internetu. Brak prądu i światła po godzinie 20. Tu się stawia na prostotę i kontakt z naturą. Reset. Powrót do "przeszłości bez współczesnych zdobyczy techniki". <serca> :D
Załącznik:
DSC03433-Resizer-800.jpg

W pierwszy dzień po przypłynięciu i przepysznym obiedzie, zostaliśmy zabrani na dwu godzinny trekking po dżungli.
Załącznik:
DSC03447-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03448-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03457-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03473-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03470-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03474-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03476-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03479-Resizer-800.jpg

Noc była tak spokojna i ciepła, że postanowiliśmy wynieść swoje materace na „werandę” domku i spać pod gołym niebem. Po zmroku, pośrodku dżungli, nawet po upływie czasu wzrok nie przyzwyczaja się do ciemności, więc przed zaśnięciem warto pamiętać o pozostawieniu obok łóżka czołówki, czy choćby komórki, na wypadek gdyby czekała nas nocna przechadzka (wąskim pomostem) do toalety. :P Ale dzięki temu niebywała ilość gwiazd na niebie oszałamiała! Niebo uginało się wręcz pod ich ciężarem. Niesamowite, jak one się tam wszystkie mieszczą! ;-) Nigdy, nawet podczas noclegu na pustyni nie widziałam tak gęsto usłanego gwiazdami nieba. Nigdy tego nie zapomnę!
Załącznik:
DSC03481-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03503-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03510-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03522-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03523-Resizer-800.jpg

Swoją drogą, miałam okazję przyjrzeć się im bardzo drobiazgowo, ponieważ tej nocy nie przespałam ani pół godziny. :D Bujające się na wodzie chatki i pluski wody kołysały do snu. A jakże. Ale dla przeciwwagi, w naszej chatce zadomowił się jakiś bliżej nieokreślony lokator. :O Jego obecność informowały mnie nieustająco-rozbiegane łapki, które nie pozwalały zasnąć. Nie miałam odwagi zajrzeć do środka, choć czegoś większego jak dłoń nie należało się pewnie spodziewać. ;) Ciemność jednak robi swoje. Brak moskitiery, szczebelków i światła pobudzały moją wyobraźnię na tyle skutecznie, że przeleżałam na „stand-by-u” do rana. :evil: :lol:
Załącznik:
DSC03525-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03567-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03583-Resizer-800.jpg


Wczesnym rankiem, kiedy jeszcze mgła unosiła się nad lasem i tworzyła nieprawdopodobny klimat wypłynęliśmy łodzią na poranne safari w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Dzięki umiejętnościom Bu, mieliśmy okazję zobaczyć kilka gatunków zwierząt. Lokalizował je z nieprawdopodobnego dystansu. Większość z nich, zanim jednak dopływaliśmy bliżej brzegu, chowała się w gąszczu roślin.
Załącznik:
DSC03571-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03574-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03584-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03587-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03590-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03593-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03621-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03607-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03626-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03717-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03720-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03622-Resizer-800.jpg

Po powrocie safari mieliśmy sporo czasu wolnego. Nie muszę chyba mówić jak organizowaliśmy sobie długie godziny nic-nierobienia. ;)
Załącznik:
DSC03641-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03668-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03651-Resizer-800.jpg

Czy odnalazłam swój efekt WOW, którego szukałam? Oj tak… Okazuje się, że nawet Tajlandii - tak zalanej falą turystów - można doświadczyć w zupełnym odosobnieniu. Mimo nieprzespanej nocy, zostawiłam tam swoje serce. :) To doskonała alternatywa dla turystycznych kurortów i oczywistych, oklepanych plaż. Niesamowity zakątek świata i cudowne odludzie. Żal było wracać....
Załącznik:
DSC03701-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03729-Resizer-800.jpg

Załącznik:
DSC03709-Resizer-800.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
 [ 24 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group