Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 27 Sie 2018 00:34 

Rejestracja: 16 Sie 2014
Posty: 75
Loty: 23
Kilometry: 76 062
niebieski
Pewnego grudniowego wieczoru przeglądałem kayak.com w poszukiwaniu tanich biletów. Wiedzieliśmy że chcemy lecieć gdzieś na 3 tygodnie, wiedzieliśmy też że raczej będzie to Azja południowo- wschodnia. Nie wiedzieliśmy tylko gdzie. Byliśmy Indonezji, Tajlandii i Kambodży, więc chcieliśmy polecieć gdzieś gdzie nas jeszcze nie było. Jak to często bywa- plany planami, a życie życiem- pojawiły się tanie bilety do Denpasar, i to w interesującym nas terminie. Pozostało jeszcze poinformowanie o tym fakcie mojego brata i wujka- często mówili że jak będzie okazja to polecą z nami. Jak powiedzieli tak zrobili- kupiłem więc 4 bilety, pozostało układać plan podróży i czekać do 10 marca na wylot z Warszawy przez Katar do Denpasaru.

Te kilka miesięcy przeleciało bardzo szybko. Do Warszawy dostaliśmy się Pendolino z Katowic. Nie wiem tylko czemu nie rozdawali kawy, poprzednim razem była w cenie biletu ;)
Czekamy na autobus na Okęcie, nie pamiętam numeru linii ale wsiada się zaraz po wyjściu z Centralnego.

Image

Image

Dzień prędzej byłem u wujka i instruowałem go jak ma się spakować w podręczny- co wolno brać, czego nie wolno, co musi być w torebce strunowej, a co może zostawić samopas w plecaku. Na nic moje rady- trzeba było przepakować się ponownie.

Image

Image

Gdzieś nad Rumunią:

Image

Moja żona w samolocie nie je raczej nic- przypadły mi 2 porcje.

Image

Image

Doha przywitało nas dosyć chłodno, nie wiem ile było stopni ale 20 maksymalnie. Kilka (kilkanaście ;) ) godzin później lądowaliśmy już na Bali. Po wyjściu z samolotu od razu uderzyło nas gorące i wilgotne powietrze, tak bardzo charakterystyczne dla tego rejonu świata. Od razu się uśmiechnąłem, tęskniłem za 95% wilgotnością powietrza i 28 stopniami w cieniu. Trzeba było wypełnić druczki imigracyjne- w sumie to nie wiem po co, skoro i tak ich chyba nikt nie sprawdza. Po wyjściu z terminala poszliśmy prosto przed siebie jednocześnie odganiając się od taksówkarzy którzy chcieli nas podwieźć do Ubud za 1 milion rupii. Powiedziałem im, że nie jestem tutaj pierwszy raz i znam ceny. Zjechali do 500k. To i tak za dużo, więc poszliśmy kilka metrów dalej, stał tam chłopak i kiwał w naszą stronę. Dwa, trzy zdania i zgodził się na 200 tysięcy za kurs do Ubud- gdzie mieliśmy wynajęty dom. Nazywał się Ketut, umiał bardzo dobrze po angielsku (co w tym rejonie świata jest rzadkością), wziąłem od niego numer telefonu, dodaliśmy się na fejsie do znajomych i umówiliśmy się, że jak będziemy chcieli gdzieś jechać- mamy mu dać znać.

Image

Image

Image

Nasze lokum znaleźliśmy na Airbnb, nazywa się VIlla 1914 Ubud
https://www.airbnb.pl/rooms/22444048

Image

Image

Zarezerwowaliśmy tam trzy noclegi, jak się okazało potem bardzo żałowaliśmy że tylko trzy. Było to nasze najlepsze lokum na Bali- lokalizacja może trochę na uboczu- bez skutera ani rusz, ale w cenie 120zł za dzień mieliśmy cały dom dla siebie, dwie łazienki, basen, ogród z bananowcami, altankę, full wypas. Zmęczeni lotem poszliśmy pod prysznic. Pozostało pójść i coś zjeść, pora trochę późna ale liczyliśmy na to że jakiś warung będzie w okolicy otwarty. Przeszliśmy kilkaset metrów i znaleźliśmy przyjaźnie wyglądający blaszak z panią w środku. Jak to w Indonezji bywa, zamówiliśmy nasi goreng. Czekając na kolację byłem świadkiem niecodziennej rzeczy. Całą szerokością drogi szedł korowód ludzi- nieśli kogoś na noszach. Okazało się że niosą nieboszczyka, a my jesteśmy świadkami konduktu pogrzebowego ;) Niestety nie wziąłem ze sobą aparatu, chociaż nie wiem jak by zareagowali na robienie zdjęć. Po skonsumowaniu ryżu pozostało nam otworzyć Bombay Sapphire i puścić słuchowisko Wołoszańskiego. Idealny klimat.

Image

Rano okazało się że nie jesteśmy w domku sami- naszym współlokatorem były szerszenie azjatyckie.

Image

Bardzo lubię Ubud. W kilku relacjach czytałem że to skomercjalizowane miasteczko, że nie czuć tam ducha Bali i że trzeba stamtąd uciekać. Mam całkiem odmienne zdanie. Jeśli dożyję emerytury to się tam przeprowadzę. Uwielbiam wystrój domów, świątynię co drugi krok, ofiary dla bożków na krawężnikach (w które zdarzy mi się kopnąć przez nieuwagę), mogę nawet zdzierżyć naganiaczy pytających co 10 kroków "taxi yes?" ;)

Image

Image

Skutery wypożyczyliśmy od naszego hosta z airbnb. Stargowaliśmy cenę z 50 do 40 tysięcy IDR za dzień. Lubię się targować, nawet dla sportu ;) Nasz gospodarz standardowo nie chciał widzieć żadnego międzynarodowego prawa jazdy, wystarczyło mu zapewnienie że będziemy ostrożni i tyle. Muszę powiedzieć, że ja mam pewne doświadczenie w jeździe na jednośladach, jestem motocyklistą, ale na myśl o jeździe na skuterze na Bali ciśnienie mi skacze. Ciekawe co myślał mój brat, który na skuterze jechał drugi raz w życiu. Niezła miejscówka na naukę jazdy, nie ma co. Był dzielny- przez całe 3 tygodnie wywalił się tylko raz (z wujkiem na plecach) i to w sumie przy 2km/h, nie zauważył kałuży po deszczu i zblokował koło na skrzyżowaniu. Obeszło się bez strat materialnych ;)
Pojechaliśmy do Monkey Forest. Strasznie wredne stworzenia te małpy. Potrafią wejść na plecy, otworzyć plecak i ukraść z niego banana. Zamiast banana mogą wziąć paszport lub aparat, dla nich to bez różnicy.

Image

Image

Posileni mrożoną kawą i/lub piwem pojechaliśmy przed siebie. Chciałem sprawdzić czy po 3 latach coś jeszcze pamiętam z topografii Ubud. Jak się okazało nie jest ze mną tak źle. Chciałem dojechać nad stary most, który 3 lata temu sprawiał wrażenie jakby zaraz miał się rozsypać. Wtedy jeszcze można było po nim przejść, w tym roku wisiał baner z ostrzeżeniem że wchodzić chyba już nie wolno.

Image

Podejrzewam że postawili go jeszcze Holendrzy :)

Image

Pogoda w pierwszych dniach była kapryśna. Rano popadywało, potem wychodziło słońce, po kilku godzinach znowu ulewa jakby ktoś lał z wiadra.

Image

Image

Image

Image

Raz nawet podtopiło naszą drogę dojazdową do domku, miałem obawy czy nie utopię skutera w tej kałuży bo była naprawdę spora i głęboka.

Image

Nasz plan obejmował z grubsza zwiedzenie Bali, kilku świątyń, jakiegoś wodospadu, następnie mieliśmy lecieć na Celebes albo płynąć na Lombok do Kuty. Celebes jednak odpadł ze względu na naszego wujka- nie wiedziałem czy da radę wytrzymać te kilku(nasto) godzinne podróże busem bez klimatyzacji (ze względu na stan zdrowia). Padło więc na Lombok i Kutę na południu. Zawsze chciałem zobaczyć tamte plaże, zweryfikować czy są naprawdę tak puste jak na zdjęciach w googlach. 3 dni minęły nam na jeździe skuterem po okolicznych wsiach, oglądaniu pól ryżowych, oraz szukaniu transportu speedboatem na Lombok, na prom się nie zdecydowaliśmy, trzeba poświęcić na to cały dzień.
Zmieniliśmy miejsce kwaterunku. Teraz mieszkaliśmy na północy Ubud, w hotelu nad wąwozem. Bardzo urokliwe miejsce. Jesz śniadanie i patrzysz na zieleń i rzekę.

Image

Skontaktowałem się z naszym nowym znajomym Ketutem. Chcieliśmy zobaczyć wodospad Sekumpul, dogadaliśmy cenę 40$ +150tys IDR za cały dzień jazdy po Bali. Te 150 tysięcy to niby na paliwo, droga na wodospad jest naprawdę bardzo kręta, co chwila w górę, w dół, także auto musi spalić trochę więcej. Nie wiem czy aż za 150 tysięcy, no ale mniejsza ;)
Wyjechaliśmy rano. Te kilkadziesiąt kilometrów spędziliśmy na rozmowie "o życiu" z naszym indonezyjskim kierowcą, gadaliśmy o cenach nieruchomości na Bali i w Polsce, o drugiej wojnie światowej i "polskich obozach", o systemie szkolnictwa, pytał jakie owoce u nas rosną na drzewach, czemu nie dajemy łapówek policji gdy nas drogówka łapie (tego nie mógł pojąć, jak to dający łapówkę może iść siedzieć, dla niego to niepojęte i Polska to jednak musi być smutny kraj), czy wierzymy w czary, bo on wierzy i jak chce to może nam pokazać i wytłumaczyć o co chodzi. Ja z kolei pytałem o jakieś zasady ruchu drogowego, skąd wie kiedy może się włączyć do ruchu a kiedy nie, jak się dogadują jeżeli chodzi o stłuczki (fakt, widzieliśmy ich mało i większość nie jest groźna ze względu na małą prędkość jaką poruszają się kierowcy na Bali). Ketut powiedział mi o skorumpowaniu miejscowej policji, że jak nas niby zatrzymają za cokolwiek to znaczy tylko i wyłącznie że chcą "do łapy" ;)
Padło pytanie czy chcemy zwiedzić plantację kawy. Podejrzewałem o co chodzi, no ale czemu nie. Zaparkowaliśmy samochód na parkingu przy tej plantacji, od razu wyszła pani i z uśmiechem na ustach zaprosiła nas do środka. Opowiadała jak produkuje się kopi luwak, ziarna żrą cywety, które potem wydalają, oni je zbierają, czyszczą i tak oto mamy najdroższą kawę na świecie. W kilku relacjach czytałem opisy jak to na takich pokazowych plantacjach jest fajnie, bo pokazali tradycyjny sposób parzenia, dali do skosztowania kilka rodzajów herbaty i kawy i pokazali zwierzątko które jest tutaj tak o, żeby turyści widzieli a oni chodzą po krzakach i zbierają ziarna. Niestety ale tak nie jest- to tylko turystyczna pułapka, zwierzęta są trzymane w kiepskich warunkach, bo jak na Indonezję przystało- nie traktuje się tutaj zwierząt jak chociażby w Europie (o czym później). Osobiście- nie polecam ;)

Image

Image

Image

Image

W połowie drogi do Sekumpul zaczęła się ulewa. Ale takie naprawdę oberwanie chmury. Niestety na czwórkę ludzi mieliśmy tylko 2 poncza przeciwdeszczowe, więc Ketut stawał co chwila autem w okolicznych górskich wioskach i pytał o "mantel", bo tak po indonezyjsku nazywa się płaszcz przeciwdeszczowy. Znaleźliśmy je w jednym ze sklepów, cena za sztukę- 60k IDR, niestety okoliczności przyrody nie były po naszej stronie i nie było sensu negocjować. Ubożsi o 120tys rupii ruszyliśmy dalej.

Image

Na tej przeklętej plantacji wypiłem chyba ze 4 filiżanki kawy, co w połączeniu z narastającym głodem i serpentynami spowodowało że czułem się kiepsko. Naprawdę kiepsko. Uratowało mnie podjechanie pod parking przy wodospadzie.
Niestety- nie poszliśmy. Cały czas lało, nie zanosiło się na wypogodzenie, więc nie chcieliśmy podejmować ryzyka poślizgnięcia się i złamania nogi. Obiecaliśmy sobie że "następnym razem" na pewno wejdziemy ;)
Obraliśmy kurs na świątynię Ulun Danu Batur, której wizerunek jest chyba przy co drugim zapytaniu "BALI" na googlach. Tam też padało- ale tylko przez chwilę.

Image

Image

Image

Jadąc na tarasy Jatiluwih uciąłem sobie drzemkę. Przy wjeździe do obszaru na którym sie zaczynają jest "blokada" drogi, trzeba płacić. Niedużo- jakieś 10 czy 20 tysięcy, ale niesmak pozostaje. Ktoś mi powie czy to kolejna indonezyjska lewizna? ;) Pola ryżowe są jednak cudowne, warte tych kilku złotych i uczuciu że jest się robionym w bambuko. Nie są robione pod turystów jak te w Tegalalang, co widzi się od razu. Zieleń po horyzont, jakaś krowa się pasie, ktoś przejedzie na skuterze, cisza i spokój. Oczywiście co chwila jakaś procesja- wszak za kilka dni Dzień Ciszy.

Image

Image

Image

Image

Ekipa:

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Z Jatiluwih pojechaliśmy prosto do Ubud, dzień miał się ku końcowi. W wioskach przez które przejeżdżaliśmy strasznie raził mnie w oczy ogólnopojęty syf. Nie wiem czy ludzie nie przywiązują do tego uwagi, czy w Ubud sprząta się dlatego że są turyści i musi to jakoś wyglądać, czy może na wiosce jest inny sposób myślenia. Sam widziałem, stojąc w korku jak dziecko podbiega do ojca z plastikowym papierkiem, a ten pokazuje żeby wyrzucić go na ziemię. Nie wiem jak będzie wyglądało Bali za 20 lat, ale jeżeli nie zmieni się ich mentalność to będzie kiepsko ;)

Image



Trzeba było się spakować, rano pozostało zjedzenie śniadania, zdanie skuterów i czekanie na podwózkę do Padangbai- wioski z której odpływają speedboaty na Gili i Lombok. Ewakuujemy się z Bali na dzień przed Świętem Ciszy, dniem w którym cały ruch uliczny na Bali zamiera, nie wolno wychodzić z domów, Balijczycy nawet się nie odzywają do siebie, wszystkie knajpki są pozamykane, więc trzeba zostać w hotelu. Razem z nami na Gili wyruszyły tabuny turystów z całego świata, do przystani jechaliśmy chyba ze 3 godziny.

Image

Image

Image

Nie wiem czemu ale klimat na tych speedboatach jakoś mi nie pasuje. Niby wszechobecny luz, każdy pije piwo, leci reggae, ludzie śpiewają, ale dla mnie to wszystko jakieś takie sztuczne. Siedzę i patrzę przez okulary na Rosjankę która wypiła chyba trochę za dużo i próbuje tańczyć, a jej facet ją uspokaja. Dopływamy do Gili, chyba Trawangan. Wysiada 90% ludzi, na Gili Air pozostałe 9%. Na Lombok płynie nasza czwórka i jeszcze jeden Australijczyk z dziewczyną + deska surfingowa. Gadaliśmy między sobą o tym co by było jakby w Gili uderzyło tsunami, i ile szans mieli by ludzie na nich. Wyszło na to że pozostaje chwycić się palmy albo wejść na krowę, bo to najwyższe punkty (za wyjątkiem Trawangan, tam jest jakaś górka). Nawet nie podejrzewaliśmy że za niecałe pół roku w północny Lombok uderzy trzęsienie ziemi i zmiecie bungalowy na tych wyspach. Zaczęło się chmurzyć i to konkretnie:

Image

Image

Image

Image



Majtek ze speedboata pyta mnie co chcę robić na Lomboku. Proponuje podwózkę do Kuty za 1 milion rupii. I tu zaczyna się niemiła historia, ku przestrodze.
Zbiłem cenę z 1 miliona do 400 tysięcy za auto dla naszej czwórki, z klimatyzacją i tak dalej. Dostaliśmy kartkę z którą mieliśmy się udać do typa który czekał na nas w porcie Bangsal. Nazwa tej wiochy do końca życia będzie kojarzyć mi się z krętaczami i oszustami ;)
Przy desancie na pomost zaczęło lać jak z cebra. Pobiegliśmy pod dach, zacząłem szukać pana od transportu. Przedstawił mi się, imienia już niestety nie pamiętam (Subi? jakoś tak), ale powiedział że to on jest kierownikiem tego blaszaka w którym aktualnie się znajdowaliśmy. Dałem mu karteczkę, powiedział mi że możemy u niego wykupić powrót za 400k, że on mi da nr telefonu i jak będziemy chcieli wracać to mamy mu napisać na messengerze i pośle auto. Powiedziałem że nie skorzystamy- wtedy strasznie się zezłościł. Rzucił długopisem, wymachiwał rękami i powiedział że w takim razie pojedziemy do Kuty, ale dopiero o 15.00. A było południe. Jako bonus dodam, że samochód mieliśmy mieć dla siebie, a przed nami zaczęła się do niego pakować para Australijczyków ze swoją deską. Moja żona nie wytrzymała ciśnienia i zaczęła kierownikowi blaszaka wyliczać liczebniki po indonezyjsku, naliczyła do czterech i powiedziała że taka była umowa z majtkiem ze speedboata, że ma nas jechać czterech. Kierownik machnął ręką, Australijczycy wysiedli z samochodu. Pogadaliśmy między sobą i powiedzieliśmy że w sumie będziemy mieć z głowy szukanie transportu powrotnego, to można zapłacić. Jak bardzo się myliliśmy miało dopiero się okazać.

Image

CDN
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 02 Wrz 2018 18:21 

Rejestracja: 16 Sie 2014
Posty: 75
Loty: 23
Kilometry: 76 062
niebieski
Podróż samochodem z portu w Bangsal na południe Lomboku była naprawdę szalona. Nasz kierowca gnał na złamanie karku, nie wiem czy ma tak "fabrycznie", czy po prostu chciał nas przestraszyć albo wzbudzić w nas podziw. W każdym razie trzeba mu było kilka razy zwracać uwagę że ma zwolnić bo się pozabijamy. Reagował na to śmiechem. Raz nawet prawie przejechał psa na dwupasmówce ;) Dziwne uczucie, powierzyć jakby nie było swoje życie komuś kogo zna się 2 minuty. Koniec końców- dojechaliśmy i zaczęliśmy szukać lokum w Kucie.


Image

Image

Włóczyliśmy się po głównej "promenadzie" i okolicznych uliczkach szukając jakiegoś przyjemnego hoteliku. Ku mojemu zdziwieniu bardzo dużo miejsc było zajętych, wszędzie wisiały tabliczki z informacją że nie ma wolnych miejsc. Sprawdziliśmy kilka miejscówek ale nam nie odpowiadały. Postanowiliśmy zjeść coś w knajpie. Zamówiłem mie goreng i icetea. Kelnerem był 10 letni chłopiec, chyba dziecko właścicieli. Na podanie jedzenia czekaliśmy dość sporo, wolne ruchy mają na tym Lomboku. Prawie tak wolne jak ich wifi ;) Zjedliśmy ze smakiem i odpaliliśmy booking.com. Żona znalazła przyjemnie wyglądający hotel, niestety oddalony o ładnych parę kilometrów od Kuty. Trzeba było nakreślić plan działania jak się do niego dostać:
a) wypożyczyć 2 skutery i podjechać do niego bezpośrednio mając już z głowy załatwianie ich na miejscu,
b) podjechać taksówką i martwić się czy mają skutery w hotelu.
Wybraliśmy bramkę nr 2. Trochę nas zdziwiły ceny za podwózkę tych kilkunastu kilometrów (15? jakoś tak). Cenę ustaliliśmy na 400 tysięcy rupii, naprawdę nie chciało nam się chodzić w tym skwarze i szukać kogoś kto pojedzie za 100tys mniej ;) Zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy. Po drodze (która tylko w części była asfaltowa) zauważyliśmy jak bardzo miejscowi zmieniają wygląd wyspy. Na sporym obszarze południa Lomboku zaczęła się gorączka złota. Co chwila widać także tabliczki z informacją "LAND FOR SALE". Urbanizacja dociera w końcu i w najdalsze zakątki globu. Za kilka lat te tereny zmienią się pewnie nie do poznania, a szkoda bo jest pięknie.

Image

Image

Image

Image

Droga jest stroma, kręta, wyboista. Co chwila brakuje kawałka asfaltu, czasami na dość długim obszarze nie ma go w ogóle i trzeba jechać po kamieniach albo szutrze. Widzimy jak żyją lokalsi, chatki z blachy wybudowane na skarpach, bez dostępu prądu i bieżącej wody. Co chwila trzeba hamować żeby nie zderzyć się z bykiem, kozą czy kurczakiem. Ludzie tu są naprawdę ubodzy, ale chyba szczęśliwi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Docieramy do naszego hotelu. Znajduje się trochę poniżej szczytu wzgórza, kilka kilometrów od plaży Selong Benalak. Od razu spytaliśmy o skutery, na szczęście mieli opcję wypożyczenia. Bez nich po prostu bylibyśmy ugotowani- do Kuty jest jakieś pół godziny jazdy, a do miasteczka przy Selong Benalak 10~ minut. W pobliżu nie ma ani jednego domku, sklepu, warungu, tylko pola ryżowe. Tak czy inaczej- miejscówka fajna. Do dyspozycji "infinity pool" z widokiem na zatokę. Meldujemy się w pokojach i bierzemy prysznic, mieliśmy naprawdę ciężki dzień. Zaczął się w Ubud- przejazd do Padangbai, czekanie na speedboata, potem kłótnia z "kierownikiem" w porcie w Bangsal, nastęnie dziki przejazd samochodem do Kuty i szukanie lokum w pełnym słońcu. Po prysznicu poszliśmy do hotelu zjeść kolację i wykąpać się w basenie. Tak albo na odwrót, nie pamiętam ;)

Image

Image

Image

Kolejne kilka dni spędziliśmy na jeżdżeniu skuterami po okolicznych drogach i zwiedzaniu plaż. Południe Lomboku oferuje świetne warunki do plażowania i surfowania. Tak przynajmniej mówią wszystkie relacje i poradniki które czytałem. Postanowiliśmy to zweryfikować. Wsiadamy na skutery i jedziemy w dół wzgórza, pomiędzy polami ryżowymi. Ruch jest dużo mniejszy niż na Bali. Można powiedzieć, że nie ma go wcale. Co jakiś czas spotykamy tylko miejscowych rolników którzy pracują przy ryżu. Ciężka robota.

Image

Image

Image

Image

Image

Pojechaliśmy na Selong Benalak. Parkujemy skuter, parkingowy kasuje nas 10 tysięcy rupii od skutera. Pierwszego dnia- potem nie wiedzieć czemu płaciliśmy po 5 tysięcy. Garść informacji- leżaki (podwójne) po 50 tysięcy, piwo u beach boysów chyba 35 tysięcy. To w ogóle jakiś fenomen. Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć czemu piwo na plaży jest tańsze niż w sklepie? ;)
Plaża jest szeroka, piaszczysta, woda ma ze 31 stopni. Spędzamy na niej cały dzień. Trochę tylko przeszkadzają plastikowe torebki pływające w wodzie, ale i tak jest ich zdecydowanie mniej niż na Bali.

Image

Image

Image

Image

Kolejne dni przeznaczamy na odwiedziny kolejnych plaż. Wygląda to w ten sposób że jedziemy główną drogą i widzimy tabliczki kierunkowe z informacją. Skręcamy, jedziemy polną drogą, w końcu docieramy. Podchodzi do nas na oko 7 letni chłopiec i mówi że musimy zapłacić 20 tysięcy od skutera za parkowanie. Negocjacje z dzieckiem w takim wieku są wyjątkowo ciężkie. Pytam go jak sie nazywa i co tu robi, on mówi że nazywa się John i jeżeli chcemy być na plaży to musimy mu zapłacić. Rzut okiem pozwala ocenić ilość ludzi- nie było absolutnie NIKOGO ;) Mówimy mu, że nie ma ludzi, i jeżeli odjedziemy bo mu nie zapłacimy to nic nie zarobi. Pokiwał głową i powiedział coś w stylu "no to trudno". W końcu ulegamy i płacimy za parking i leżaki. Plaże muszę zaliczyć do absolutnych top3 które widziałem w życiu. Zero ludzi, tylko nasza czwórka.

Image

Image

Image

Image

Image

Nazwy tej miejscówki nie pamiętam, ale wiem że warunki do pływania były kiepskie. Coś nad cały czas podgryzało, na dodatek piasek miał taką granulację że co krok zapadaliśmy się po kolana, co stwarzało w morzu dość niebezpieczne sytuacje. Ewakuowaliśmy się na kolejną plażę.

Co mnie zaskoczyło na Lomboku to wszechobecne "mikropłatności". Jestem na takie rzeczy niestety uczulony. Nie wiem jak wygląda sprawa własności i praw do drogi w tej części świata, ale jak jadę na skuterze na plażę, i kilkaset metrów od niej widzę szlaban z bambusa i pięciu 15 latków którzy za przejazd chcą 10 tysięcy rupii to się trochę denerwuję. Do tego stopnia że przed szlabanem na plażę Tampah Beach po prostu dodajemy gazu i przejeżdżamy bez płacenia wzbudzając alarm. Czy to buractwo czy nie pozostawiam Wam do oceny ;)

Image

"Centrum" przy plaży Selong Benalak:

Image

Na obiad/kolację jeździmy dziennie do Kuty. Paliwo tankujemy w przydomowych stacjach benzynowych. W okolicy naszego hotelu nie ma żadnego Indomaretu, zaopatrujemy się w centrum. Co chwila przystajemy i robimy zdjęcia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Włóczymy się skuterami po okolicy mijając tabliczki z napisem "TSUNAMI" pokazujące kierunek ewakuacji. W tamtych okolicach ludzie są trochę inaczej nastawieni niż na Bali. Próbuję zagadywać rolników i ludzi prowadzących bydło, ale nikt nie chce ze mną rozmawiać, po angielsku nie umieją ani słowa. Nie ma się co dziwić.

Image

Image

Widać że asfalt wylali tam stosunkowo niedawno. Lokalsi używają go do suszenia ryżu. Trzeba manewrować między nim, bo raz wysypany jest na jednej stronie ulicy, a raz na drugiej ;)

Image

Kolejne kilka dni spędzaliśmy na plażowaniu na wg nas najlepszej plaży Selong Benalak. W końcu jednak przyszedł czas na opuszczenie Lomboku i powrót na Bali. W tym celu odpaliłem whatsupa w którym miałem podany numer telefonu do wcześniej wspomnianego gościa któremu zapłaciliśmy 400 tysięcy rupii za zabranie nas z Kuty do Bangsal. No i tutaj zaczyna się druga część historii. Sulvi (tak, przypomniałem sobie jego imię) podał mi numer NIEAKTYWNY. Niestety, nie sprawdziliśmy tego wcześniej, bezpośrednio przy nim. Widziałem że na whatsupie był ostatnio widziany miesiąc temu. Nie odpisywał na wiadomości, a gdy do niego dzwoniłem to odzywała się automatyczna sekretarka i mówiła coś po indonezyjsku. Postanowiliśmy poprosić o pomoc dziewczynę z recepcji. Zadzwoniła do niego ze swojego telefonu i powiedziała nam że "nie ma takiego numeru". Zrezygnowani wzięliśmy transport z hotelu do Bangsal za 550 tysięcy rupii. Gość mnie strasznie zdenerwował, a ja nie mogłem sobie darować że dałem się tak wrobić. Całą drogę do portu obmyślałem jak mam zareagować jak go spotkam, czy grzecznie poprosić o oddanie 400k, czy może się na niego wydrzeć. Rozwiązanie numer 2 przeważnie nie zdaje rezultatu w takich krajach, więc postanowiłem po prostu pójść do tego blaszaka i wytłumaczyć na spokojnie że nas oszukał i że chcemy nasze pieniądze spowrotem. Do Bangsal jedziemy inną drogą niż przyjechaliśmy, mijamy jakiś lokalny targ, jedziemy przez niego w ogromnym korku, więc mam czas na porobienie kilku zdjęć:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zasypiam. Budzę się kilka kilometrów przed końcem podróży. Wysiadamy w porcie i od razu idziemy do budki w której gadaliśmy z Sulvim. Niestety go nie ma, więc gadam z innym gościem, nie wiem czy jego wspólnikiem, czy znajomym- ale zna go i dzwoni. Daje mi telefon, i zaczynam gadać z oszustem. Mówie mu, że czekamy na niego i ma nam przywieźć nasze 400k rupii. I o dziwo mówi że zaraz przyjedzie i nam odda ;)
Jego "zaraz" trwało około 45 minut. Przyjechał na tylnym siedzeniu skutera, zeskoczył z niego, oddał nam 300 tysięcy i powiedział że za 100 tysięcy to on musiał tu jakoś dojechać. Potem po prostu uciekł ;)
No nic, 100 tysięcy to nie jest majątek, ale ja po prostu nie lubię gdy robi się ze mnie debila. Jako że mamy jeszcze jakieś 2 godziny zanim przypłynie nasz speedboat, to idziemy do miło wyglądających panów policjantów którzy siedzą przy okolicznych budkach i jedzą ryż. Opowiadam im całą historię mając pewność że mnie zignorują. Spytali czy mam jakiś dowód na to co mówię, pokazuję im zdjęcie jego "biletu na powrót" który nam dał. Okazało się, że gość jest dobrze znany w okolicy. Jego identyfikacja zajęła całe dwie minuty. Byłem w szoku. Podszedł do nas właściciel knajpki który przysłuchiwał się rozmowie, podał nam dwa krzesła na których kazał usiąść i zaczęliśmy gadać. Powiedział nam, że tutaj jest "mafija", i czy my w Europie wiemy co to "mafija" i czy u nas też jest. Powiedziałem mu że u nas też jest, tylko na trochę większą skalę ;)
Na tripadvisorze można poczytać historie ludzi którzy zostali tu oszukani. Przykładowo- mówi się przyjezdnym że nie ma publicznych łodzi na Gili i jeżeli chcą się tam dostać to tylko prywatną, i to kosztuje 2 miliony rupii. I znajdują się tacy co płacą ;)
Policjanci powiedzieli że będą typa szukać, i tyle. Podpłynął nasz speedboat, zapakowaliśmy się na pokład i popłynęliśmy do Padangbai.

Image

Image

Image

Image

W Padangbai wsiedliśmy do busika który zawiózł nas do Ubud. Nie mieliśmy noclegu na ten dzień ani na kolejne, więc poszliśmy do dobrze mi znanego hotelu koło Monkey Forest. 3 lata temu również tutaj spaliśmy, i było bardzo miło. Basen, niewielki ale popływać się da, w cenie śniadania + małpy na balkonie w gratisie.

Image

Image

Image

W Wenara Bali wypożyczamy skutery, przy kilkudniowym najmie cena spada do 40 tysięcy za dzień. W połączeniu z tanim paliwem stwarza to nieodpartą chęć do eksplorowania wyspy. Zwiedzamy okoliczne świątynie, jak również i te dalsze. Jedziemy do Pura Tirta Empul:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Co ciekawe- w kolejce do kąpieli sporo więcej turystów niż Balijczyków ;)

Image

Image

Image

Image

Wieczorami włóczymy się po Ubud, wchodzimy od knajpki do knajpki, czasami kryjemy się przed deszczem. Akurat trafiliśmy na taką aurę- nic dziwnego, marzec to nie szczyt pory suchej. Rano słońce, po południu deszcz. Intensywny ale krótki, po chwili wychodzi słońce i suszy asfalt.
Czas na konfrontację plaż na Lomboku z tymi Balijskimi. Ustawiamy GPS na White Sand beach i jedziemy. Po drodze w serwisie Hondy ( ;) ) dopompowujemy przednie koło w moim skuterze i modlimy się aby wytrzymało.

Image

Image

Plaża White Sand mieści się trochę na odludziu, nie ma po drodze żadnych drogowskazów, trzeba się trochę wysilić i popytać żeby do niej trafić. Droga do niej też wygląda jakby nie była zbytnio uczęszczana. Podejście jest dosyć strome, a sama plaża niedostępna z innej strony.

Image

Image

Image

Image

Image

Na samej plaży jest kilka bambusowych chatek pełniących rolę jadłodajni. W jednej z nich zamawiamy najlepszą rybę jaką jadłem w życiu. W sumie na grilla poszły dwie barakudy i jedna jakaś inna której nazwy nie pamiętam. Wiem tylko że barakudy były mniej smaczne ;) Na danie czekaliśmy jakąś godzinę, bo dopiero po zamówieniu kilka dzieciaków zaczęło obierać czosnek, rozpalać grilla i patroszyć rybę. Do kompletu podali ryż i jakąś ostrą sałatkę. Całość za 120 tysięcy rupii.
Fale były spore. Tak spore że żona bała się wchodzić do wody. Faktycznie, trzeba było do sprawy podejść sposobem. Nie ma szans utrzymać pionu gdy woda w nas uderzy. Trzeba albo położyć się na wodzie, albo schować pod falę. Widziałem jak raz jedną kobietę taka fala przeczołgała po ziemii.

Image

Image

Po powrocie do Ubud szukamy pamiątek. Nie w centralnym Ubud tylko w okolicznych wioskach, tam gdzie mniej turystów. Ceny trochę niższe i wybór szerszy. Standardowo- sarongi, jakieś kawy, herbaty, mydełka.

Image

Image

Ostatnie dni spędzamy w Kucie na Bali. 3 lata temu nie byliśmy w niej w ogóle, bo naczytałem się że to hałaśliwe miejsce, lekko skażone turystyką. No nic, chyba nie może być aż tak źle pomyślałem. Znaleźliśmy hotelik i wzięliśmy taksówkę w Ubud. Co mnie zaskoczyło w tym miejscu to kursy wymiany w kantorach. Były o kilkaset rupii bardziej korzystne niż w Ubud. Skoro taka okazja to trzeba wymienić. I tu mała uwaga ;) Wszystkie kantory z lepszymi kursami to oszustwo. Podjechaliśmy do pierwszego na skuterze. Żona poszła z wujkiem wymienić pieniądze. Przychodzi po 3 minutach, daje mi pieniądze, ja przeliczam i pytam czy resztę schowała do swojego portfela. Żona pyta "jaką resztę?" Mówię że przecież jest tylko 800 tysięcy rupii, powinno być 1.2 miliona. No i pada hasło "NIEMOŻLIWE" ;) Liczymy jeszcze raz i tym razem idę już z nią do tego kantoru. Dajemy pieniądze na stół i mówię, że powinniśmy dostać tyle i tyle wg kursu z tabelki, a dostaliśmy 800 tysięcy. Chłopak za ladą się lekko przeraził i mówi "no sir, really sorry" i oddaje nam nasze pieniądze. Mówię że chcemy wymienić i żeby nam po prostu dał te 400 tysięcy i będzie ok. Mówi że nie może, że się pomylił i mamy iść do banku. No nic, trochę nas to zdziwiło ale szukamy kolejnego kantoru. I tam również to samo. Kładziemy 100 dolarów, biorę do ręki kalkulator i wstukuję ile kasy mamy dostać, pytam czy tyle dostaniemy, dostaję odpowiedź "YES". Gość za ladą liczy kasę, robi 15 kupek po całej ladzie, zbiera, liczy jeszcze raz, po czym daje mi do ręki i mówi żebym przeliczył. Nie spuszczam z niego wzroku i mówię że jeszcze musi dodać. On się śmieje i mówi że przecież jest jeszcze podatek. I że ta cena wymiany napisana kredą na tablicy to nie do końca jest taka jaką dostaniemy. Pytam się, czy to jest scam czy o co chodzi. W odpowiedzi on mnie pyta czy chcemy kupić "mushrooms". Biorę mu z ręki nasze 100USD i idziemy do kolejnego kantoru, choć już chyba w sumie tylko dla potwierdzenia procederu oszustwa ;) Z odpowiedzią przychodzi wujek google. Fakt jest dobrze opisany na różnych stronach podróżniczych i trwa od lat. Kantory mają wypisane ceny wymiany na tablicach, potwierdzają to przed wymianą, po czym dają 400-500 tysięcy mniej niż pierwotnie to było umówione. Na dodatek tak przekładają te pieniądze między palcami, zagadują, odwracają wzrok klienta tak, że niewprawne oko nie zauważy że nie dostaje tyle pieniędzy ile ma dostać. Cechy charakterystyczne scamu jakie zauważyłem to wypłata pieniędzy w nominale 50k IDR i brak karteczki którą dostajemy przy wymianie w "oficjalnym" kantorze. Ciekawe czy miejscowa policja też jest w to zamieszana. Zawsze mnie to ciekawiło, jak to jest że trwa to tyle lat i nikt nie jest w stanie temu zaradzić. Koniec końców podjeżdżamy trochę dalej i wymieniamy po standardowym kursie.

Image

Image

Image

Image

Image

Odpoczywamy na plaży w Kucie. Woda ciepła, ale sporo naganiaczy i syfu w wodzie. Miejscowi twierdzą że tak w porze deszczowej po prostu jest, i że to normalna sprawa bo prądy przynoszą te wszystkie śmieci. Nie można przepłynąć dwóch metrów żeby nie natknąć się na plastikową reklamówkę, butelkę czy paczkę po czipsach. Cóż, mam nadzieję że zmienią nastawienie do robienia syfu i sprzątania po sobie bo za kilka lat to po prostu w tych śmieciach utoną ;)

Jedziemy na skuterach tam gdzie ostatnim razem też nie dotarliśmy- do Uluwatu. Po drodze mijamy wiec wyborczy- pełno ludzi na skuterach w koszulkach jakiejś lokalnej partii i jego kandydata, samochody z flagami, wszyscy trąbią i jadą całą szerokością drogi. Dołączamy się do pochodzi i jedziemy z nimi kawałek drogi. Miło ;)
Ubieramy sarongi i idziemy zwiedzać. Klify są wysokie, fale rozbijają się o podłoża. Agresywne małpy towarzyszą nam co krok. Chodzenie po schodach w tym upale jest naprawdę wykańczające ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Jesteśmy świadkami jak małpa kradnie japonka Japonce, dość komiczna scena ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Przy wyjściu jakiś pan chciał sobie zrobić ze mną zdjęcie. Ciekawe czy ktoś zgadnie kto to :D

Image

Po prawie trzech tygodniach pozostaje się tylko spakować i podjechać na lotnisko. Rano w dzień wylotu pogoda nas trochę zaskakuje, jest burza, deszcz i ogromny wiatr.

Image

Lotnisko na Bali jest dosyć przyjemne, znajduję ciekawą knajpę:

Image

Image

Do naszego 777 ładujemy się bez opóźnienia, godzinę po starcie podają jedzenie. W ramach eksperymentu wziąłęm hindu + standardowo dwie kawy.

Image

Image

Pod nami chyba Maskat:

Image

Image

Image


Lecimy z Denpasar do Kataru, gdzie mamy długą przesiadkę- bierzemy trochę pieniędzy z kantoru i zwiedzamy Dohę. Po przylocie z Indonezji doznajemy lekkiego szoku kulturowego. Na ulicach mijają nas Rolls Royce, przy naszym hotelu nie widzimy ani jednej kobiety, są tylko mężczyźni którzy siedzą na trawie na kocach i dyskutują. Dziwny widok ;) Bierzemy taxi i jedziemy do centrum.

Image

Image

Image

Image

Image

Udajemy się na napotkany po drodze nocny targ, mieścił się w centrum w wielkiej hali:

Image

Image

Image

Image

Image

Miałem ochotę na ten dywan po lewej, bo cena była dosyć atrakcyjna, ale niestety lecę tylko z podręcznym:

Image

Image

Image

Image

Image

Powoli ogarnia nas senność, ale musimy jeszcze wpaść na Suk Waqif. Wskakujemy do taksówki i jedziemy. Myślałem że obejdziemy go w jakieś pół godziny, okazało się jednak że jest naprawdę ogromny, i żeby zobaczyć go od A do Z to trzeba byłoby poświęcić kilka dobrych godzin. Sporo rzeczy do kupienia- od miodu i przypraw aż po sokoły.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dobiła druga w nocy, czas zwijać się do hotelu, wstajemy przecież rano. Niestety poczułem głód ;) Poszedłem z żoną pochodzić po uliczkach naokoło hotelu, okazało się że znajdowaliśmy się w dzielnicy nepalskich imigrantów. Wszedłem do knajpy gdzie nikt nie mówił po angielsku, zawołali więc kucharza z którym dało się dogadać i zamówiłem "beef + rice". Wszyscy na nas patrzyli jakoś tak dziwnie, ale nie czułem jakiegoś niebezpieczeństwa. Jedzenie zamówiliśmy na wynos, więc podali nam go w tych styropianowych opakowaniach. W hotelu zacząłem jeść moją kolację, jednak nie dałem rady. Była to najostrzejsza rzecz jaką jadłem w życiu. Zjadłem tylko ryż, zupę zostawiłem bo po prostu się nie dało. Wypiłem przy tym jakieś 2 litry wody i poszedłem spać.

Image

Image

Image

Image

Image

Rano pobudka i przejazd na lotnisko. Burza piaskowa skutecznie ograniczała widoczność.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Warszawa przywitała nas czterema stopniami Celsjusza i deszczem. Zawsze się dziwię jak to szybko można się przyzwyczaić do innej temperatury ;)

Podsumowując, w Indonezji spędziliśmy prawie 3 tygodnie, odwiedziliśmy Bali i południe Lomboku. 3 lata temu Bali bardzo nam się spodobała, w szczególności Ubud które ma swój specyficzny klimat. To bardzo interesujący, egzotyczny kraj, i choć nie jest tak "prosty" w obsłudze jak Tajlandia, to naprawdę warty odwiedzenia. Są rzeczy które mnie rozczarowały, między innymi wspomniane wcześniej "mikropłatności", sztuczna życzliwość, oszustwa i traktowanie białych jak bankomat ;) Mimo wszystko te minusy da się przeżyć. Polecam zawszę Indonezję każdemu z zaznaczeniem, że podróżowanie tam wymaga trochę więcej wysiłku niż w innych krajach Azji SE. Aktualnie planujemy następną podróż, w planach Laos, Filipiny lub... Indonezja ;) Może tym razem jakieś Moluki, Celebes. Zawsze chce się tam wracać.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group